czwartek, 24 marca 2011

Akceptacja, to zamknięcie oczu w modlitwie

Od dobrych kilku dni nie pisałam, a właściwie od ostatniej sobotniej nocy, gdy doszło do słownej polemiki na "kartkach" jednego z postów z moją przyjaciółką Lilą. Były nawet momenty, kiedy próba skłonienia mnie do wyjścia z ukrycia i pisania jawnie bez pseudonimów udała się, ale potem znowu nieprzespana noc i analizowanie jeszcze raz wszystkiego od początku. Kończąc rozważania na ten temat, który niejako został mi narzucony stwierdzam, że nie jestem w stanie żyjąc w Polsce, konkretnie w określonym środowisku pisać jawnie, ponieważ spotkałabym się z niezrozumieniem, drwinami i być może z całą inną negatywną paletą zachowań. Jeszcze raz Wszystkich bardzo przepraszam i oczekuję w tym względzie Waszego wsparcia, a nie oceny tej decyzji.

Tych parę dni upłynęło mi na wewnętrznej szarpaninie, stawianiu pytań i odpowiedzi. I wreszcie poczułam ulgę, ponieważ zdałam sobie sprawę, że zaakceptowałam sytuację opisaną powyżej. Tkwię w niej głęboko i nie mogę na ten moment jej zmienić. Właściwie, czym tak naprawdę jest akceptacja? To magiczne słowo, które po czasie udręki przynosi ulgę. Katherine Mansfield w swoich mądrych wywodach napisała, że "wszystko, co w naszym życiu naprawdę zaakceptujemy, zmienia się". Według mnie akceptacja, to poddanie się okolicznościom, problemom, uczuciom, stanowi zdrowia i jeszcze wielu innym sytuacjom. Zanim cokolwiek będziemy mogli zmienić w swoim życiu musimy najpierw zaakceptować to, że na ten czas sprawy mają się dokładnie tak, jak mają być na teraz. Nie chcę zadawać pytań o głębszy sens typu: co to za brednie, czy właśnie na tamto "teraz" mój Syn miał być chory? Jakaś kompletna bzdura! Wiem tylko, że ja nie miałam wyboru - MUSIAŁAM PO WIELU MĘKACH PSYCHICZNYCH ZAAKCEPTOWAĆ CHOROBĘ MOJEGO SYNA!

Ktoś napisał, że "akceptacja, to westchnienie ulgi dla duszy, zamknięcie oczu w modlitwie, to ciche łzy spływające po policzkach". To też szept do samej siebie - w porządku jest tak, jak jest! To także znaczy, że poddaję się sytuacji, bo nie wszystko zależy ode mnie, akceptuję to, co dzieje się w moim życiu, mimo, że czasami w ogóle pojąć tego nie mogę. Zaakceptowanie choroby Syna przyniosło mi spokój, ulgę i ukojenie. Dało mi przy tym siły do walki z chorobą! Dokonałam przy tej okazji niesamowitego odkrycia, mianowicie, jeśli mimo wszystko poddam się TEJ RZECZYWISTOŚCI, takiej jaką ona jest w danej chwili, kiedy zamiast opierać się i zmagać z jakimiś okolicznościami po prostu poddam się im i zaakceptuję je - MOJA DUSZA WTEDY ODPOCZNIE Z ULGĄ, a ja będę wyraźniej widziała swój następny krok.

W związku z tym szukając analogii do przytoczonej wcześniej sytuacji akceptuję ją taką, jaka jest - mówię jej TAK. Uznaję, to co jest, co się dzieje, gdyż żyję w społeczeństwie w którym chcąc żyć spokojnie muszę pisać anonimowo i jak na razie nie ma widoków na zmiany. TAKA JEST MOJA RZECZYWISTOŚĆ W TYM MOMENCIE CZASU I PRZESTRZENI. JEST OK! TO JEST MOJE ŻYCIE TERAZ I ŚWIADOMIE REZYGNUJĘ Z WALKI W ŻYCIU BO PRZECIEŻ...

"ŻYCIE NIE MIAŁO BYĆ WALKĄ" - Stuart Wilde


                                                                                                      Clara
                                                                         
                                                                                

3 komentarze:

  1. Czytam i czytam i mam niedosyt..
    Ciężko mi pojąć ludzi w Polsce.
    Współczuję Pani ; (

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też ciężko pojąć zachowania niektórych osób! Ubliżać komuś, w tym wypadku, mojemu zmarłemu synowi, wyzwać go od ćpunów, robić z niego narkomana i ubliżać mnie, to grozi sprawą karną! Dlatego zmuszona byłam do tego, aby filtrować komentarze.
      Pozdrawiam Cię serdecznie :).

      Usuń

Drogi Gościu,

Zanim napiszesz choćby jedno słowo, nie krytykuj, nie osądzaj, tak od razu! Znasz raptem mój pseudonim, ale nie znasz mojej historii...