poniedziałek, 28 lutego 2011

Moja córka Pola i magia przyjaźni

Napisałam już kilka postów, a nie przedstawiłam do tej pory mojej córki. Chciałabym napisać córeczki, ale jest obawa, że się obrazi?! Bo czy można mówić zdrobniale - córeczka, jeśli jest się tak dorosłą i ma przeżyte całe 23 wiosny?! Oświadczam, że można i należy! Dla matki (rodzica), nieważne jest ile dziecko ma lat, jak się uczy, czy przysparza kłopotów, czy wyjęte jest prosto z poradnika dla rodziców pt. "Wychowanie bez problemów". DZIECKO KOCHA SIĘ MIŁOŚCIĄ BEZWARUNKOWĄ!!! ZA TO, ŻE JEST, ŻE PRZYSZŁO NA TEN ŚWIAT!

Moja mądra, rozsądna, jak na swój wiek córka ma na imię Pola. Bardzo Ją kocham, a tak rzadko mówię Jej o tym! Pocieszam się tylko, iż nie zawsze mówimy o uczuciach, ale za tym świadczy nasze zachowanie, wzajemne relacje. Wiem też, że nie mogę ochronić Jej przed złem tego świata. Tak się nie da i nawet nie jest wskazane, bo co z dojrzałością każdego młodego człowieka, ze zdobywaniem doświadczeń życiowych?!
Pola niestety, bardzo szybko ukończyła przyspieszony kurs dorastania! Po prostu życie do tej pory obchodziło się z Nią brutalnie. Odejście Jej kochanego Taty dla, którego była "małą córeczką tatusia", śmierć jedynego brata, jego choroba, z którą tak do końca chyba się nie pogodziła i wiele innych traumatycznych przeżyć po drodze! To trochę za dużo jak na jeden młody, niedojrzały organizm! Czuję, że momentami (niestety) zamieniamy się rolami, co nie jest dobre ani dla Niej, ani też dla mnie!

Dziś właśnie, dostałam od Poli wiadomość, że "zrobiła" miły gest ku upamiętnieniu rocznicy śmierci Filipa i w związku z tym zamieściła na swoim profilu Jego zdjęcie i krótki komentarz. Jej znajomi wiedzą, że straciła brata. Wydaje mi się, że dobrze się składa, iż w takich sytuacjach jak ta (rocznicowych) można "pobyć" z bliskimi nawet w wirtualny sposób. Nie chcemy (ona i ja) współczucia czy użalania się nad naszym losem, ale czasami miło jest wysłać komuś sygnał, zaznaczyć - wiesz, trzy lata temu straciłam brata, a to dalej boli między innymi tak napisała.
Okazało się, że odpisali ludzie, którym strata kogoś bliskiego nie była obca. Mam nadzieję, że nie naruszam niczyjej prywatności mówiąc, iż jedna z koleżanek wspomniała przy tej okazji o swojej Mamie, która odeszła dwanaście lat temu, a ból nadal tkwi jak zadra! Jak mają się te trzy lata do tych dwunastu?! Ile czasu musi jeszcze upłynąć, aby ten ból okazał się mniejszy?! Wiem, że to kolejne pytanie bez odpowiedzi.
Pola mówiła, że dostała od swoich znajomych w tych komentarzach i telefonach tyle ciepła i przyjacielskiej czułości. To ważne, bo jest to sygnał - nie jesteś sama, masz nas...,a my mamy ciebie! Takie momenty nazywam "słownym trzymaniem się za rękę".

Jedna z osób napisała tak wspaniały, wzruszjący tekst, że nie mogę o nim nie wspomnieć. Przeczytajcie proszę uważnie: "Bóg widział Ciebie, jak się męczysz, a leczenia nie było. Więc objął Cię i szepnął: chodź do mnie.... Ze łzami w oczach patrzyliśmy na Ciebie,jak odchodzisz... Mimo, iż kochaliśmy Ciebie bardzo mocno, nie mogliśmy Cię zatrzymać. Złote serce przestało bić, a pracowite ręce pozostały w spoczynku. Bóg złamał nasze serca, aby udowodnić nam, że zabiera do siebie tylko najlepszych". Ten tekst tłumaczony jest z angielskiego, więc może nie oddaje pełnego brzmienia. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że tekst napisała (przepisała) dziewczyna, która w ogóle nie znała Filipa, nie wiedziała, że jest chory na schizofrenię, że bardzo męczył się samym życiem, i że życie piekielnie Go bolało. Tak, dla Niego nie było lekarstwa! O ironio, czyżby za wcześnie się urodził? Chce mi się znowu wołać na szczycie góry: Panie Boże, czy mamy wierzyć i szukać w tych słowach pocieszenia, chociażby po to, żeby dalej żyć?

                                                                                           
                                                                                                       Clara


wtorek, 22 lutego 2011

Czasami patrzę w niebo i szukam Cię Synku

Tak naprawdę boję się dnia, który ma nadejść - trzecia rocznica śmierci Mojego Syna. W pierwszym poście wspomniałam, że pisanie tego bloga da mi sposobność, aby "podotykać" imienia Syna. Po tych kilku dniach stwierdzam jednak, że to wcale nie takie łatwe. Za bardzo boli używanie tego imienia, odmienianie go przez przypadki. Wolę już formę zastępczą, a zarazem bardzo bliską - mój Syn. Łapię się też na tym, że jeśli słyszę, gdy dzieci bawią się na placu zabaw, a ja akurat przechodzę obok i ktoś woła - Filip, kulę się wtedy w sobie, taki nagły paraliż całego ciała. Powstają od razu jakieś skojarzenia, wspomnienia. Prawdziwą mękę przechodziłam, gdy mój pies akurat w czasie zabaw dzieci na podwórku, miał ochotę na spacer. To było nie do zniesienia! Pewnego razu wspomniałam o moim zachowaniu lekarzowi, który był lekarzem prowadzącym mojego Syna w szpitalu. Wysłuchawszy tego powiedział, iż jeśli przyjdzie mi raz jeszcze być w takiej sytuacji, to żeby nie uciekać w panice do domu, tylko prawie że "wbić" się w ziemię, postać, przyjrzeć się, co robią te maluchy i na koniec... spróbować uśmiechnąć się do Nich, a najlepiej do tego, kto ma na imię Filip. Lekarz mówił o uśmiechaniu się, a mnie płynęły łzy jak grochy!
Zaznaczył, że nie będzie to łatwe, ale może to być pierwszy maleńki kroczek ku zdrowieniu. Chyba ten sposób działa, bo po pierwszych porażkach spokojnie już przechodzę i patrzę na bawiące się dzieci. Oswajam tego zwierza! Gdzieś ten paniczny galop do domu, żeby pozamykać okna i nie słyszeć imienia Filip powoli odchodzi. Ale na początku było ciężko. To była walka z samą sobą!

Kiedy nadchodzą niespodziewane momenty tęsknoty, której nie mogę ogarnąć idę na spacer i słucham muzyki mojego Syna. Niestety, dopiero kiedy odszedł zaczęłam ją poznawać. Była mroczna i ciężka w odbiorze.

Mam też parę sprawdzonych sposobów żeby "pobyć" bliżej Filipa. Ile spokoju płynie do mnie, kiedy patrzę w niebo, chociaż nie zawsze tak jest... Patrzę, ale jednocześnie mówię do Niego: Synku, co teraz robisz, jak spędzasz czas w miejscu do którego ja nie mogę jeszcze dotrzeć?! Jak Ci tam jest? Przecież w domu, to ja byłam blisko Ciebie, a tam kto się o Ciebie troszczy? Czasami niebo jest tak pełne słońca, że odbieram to jako coś pozytywnego na zasadzie: Spoko maminka - da się wytrzymać! Czasami, to niebo jest ciemne, groźne i wtedy bardzo boję się o Niego - kto mu pomoże? A jeżeli jest bezradny, tak jak małe dziecko! On wysoki, przystojny chłopak 1.83cm wzrostu o silnej budowie ciała, a potem... był na swój sposób, taki nieporadny! Niestety, długo myliłam pojęcia: nieporadność i lenistwo. Musiało minąć dużo czasu, żebym zaczęła myśleć inaczej.
Ta choroba zmieniła Filipa na tyle, że z chłopaka pełnego temperamentu i radości stał się zamknięty w sobie, zatopiony w ponurych myślach i w ogóle zamknięty w swoim świecie. Najbezpieczniej czuł się jednak w domu. Miał swoją muzykę, książki. Kiedyś nie było soboty bez wyjścia na imprezę bez spotkań z dziewczyną. Potem kiedy choroba wzięła Go w swoje szpony skończyło się wszystko. Koledzy powoli wykruszali się - ja nie obwiniam Ich za to. Nie mam moralnego prawa! On nie był już kompanem do szaleństw! Tamten Filip gdzieś odszedł na zawsze! On sam mówił, że nie czuje już kontaktu z Nimi, nie było tematów do rozmów. To poza domem toczyło się życie, a nie w nim! W domu była dla Niego tylko wegetacja! Kiedyś czyścioch, zawsze modnie ubrany z dobrą wodą perfumowaną, później nie czuł potrzeby, żeby brać codziennie prysznic, golenie się sprawiało mu przykrość i ogromny wysiłek! Kiedyś pomocny w domu, potem wszystko odkładający na później. Za dużo tego kiedyś i potem!
Ich światy - Filipa i kolegów, przyjaciół stawały się odmienne i coraz bardziej dalekie. To ja namawiałam Filipa, żeby czasem załapał jakiś kontakt z kimkolwiek. Widziałam, jak bardzo to Go męczy - te wyjścia z domu. Wszystko robił na siłę bez cienia entuzjazmu. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia! Parę razy dał się namówić dla tzw. "świętego spokoju". Przyjechał po Niego przyjaciel. On kiedyś świetny kierowca, później przestał jeździć samochodem, bo brał silne leki! Ta sytuacja, jak i wiele innych budziła w Nim bunt.
Pamiętam dokładnie, jak pewnej soboty Filip długo szykował się do wyjścia, tak jak za dawnych dobrych czasów. I co? Nie minęła godzina od wyjścia z domu, po czym był już z powrotem. Nie namawiaj mnie mamo więcej - powiedział. Źle się czuję w tym towarzystwie! Co mnie obchodzi to o czym oni mówią - to nie jest już mój świat. Taka obojętność na wszystko i wszystkich! Jeszcze niedawno, tak bardzo bliskich Mu ludzi. On powoli zamykał się na sprawy tego świata, a ja kuliłam się w środku z niemocy! Stałam, patrzyłam i waliłam głową w ścianę z bezsilności! Jakieś szaleństwo ogarniało mnie wtedy! Skoro, tak mówi i tak dziwnie się zachowuje, trzeba to zmienić: 1) lekarza 2) leki 3) znaleźć jakiś szpital. Przecież nie mogę być tak bierna! A ja czasami z tej ciągłej gonitwy "ciągnęłam nogi za sobą", bo byłam koszmarnie zmęczona. Jeszcze muszę tu przeczytać, tam sprawdzić, tam zadzwonić. No, przecież muszę! Może ktoś coś podpowie. To było szaleństwo, które doprowadzało mnie na skraj rozpaczy! Tak nie można było dłużej żyć! I nadszedł kiedyś dzień, że ktoś lub coś postanowił(o) inaczej!


                                                                                                   Clara

sobota, 19 lutego 2011

Głos wołającego na pustyni


Dziś, emocjonalnie mam ciężki dzień. Właściwie targają mną różne myśli, co do dalszego pisania tego bloga. Po co komu to moje pisanie potrzebne, kogo mogą obchodzić jakieś przemyślenia cierpiącej matki, której nieszczęściem było i jest, że syn zachorował na to dziadostwo?! Mało to jest dramatów w życiu?! Ludzie nastawieni są na czerpanie radości w każdej dziedzinie życia, a nie wczytywanie się w jakieś epistoły rozżalonej matki!

Tak, jestem dziś zła na wszystko i wszystkich na ludzi i na materię tego świata szeroko pojętą! Przyznaję sobie dziś prawo, aby się trochę powściekać! Niestety, to moje zachowanie wynika raczej z bezsilności w stosunku do wielu spraw i sytuacji. Ale po kolei... z jednej strony bardzo chcę pisać na ten właśnie temat, który czuję każdym skrawkiem mojego serca i duszy, a z drugiej strony POTWORNIE SIĘ BOJĘ! Czego? Tego mianowicie, żeby nie narobić sobie kłopotów, bo przecież znajomi nie znają całej prawdy o Filipie, tego jakim naprawdę był chłopakiem. Może lepiej byłoby zostawić to wszystko, tak jak jest do tej pory?

W środowisku w którym żyję nie wypada mieć kłopotów z dziećmi, mężem o dalszej rodzinie nie wspomnę - jest to po prostu w złym tonie mieć jakiekolwiek kłopoty! Nawet pies powinien pasować do całości! Dzieci - zawsze świetnie się uczą, studiują najlepiej dwa fakultety i oczywiście na najlepszych uczelniach, a potem to już tylko świetlana przyszłość latorośli. Mowy nie ma, aby były uwikłane w jakieś problemy, uzależnienia narkotykowo - alkoholowe! O tym po prostu nie mówi się! Moje środowisko czyta i słyszy o takich zjawiskach tylko w mediach. Nie ma oczywiście nic złego w tym, że te wszystkie mamusie i tatusiowie dwoją się i troją, aby ich pociechy zaznały "Ziemskiego Raju"! Jeśli trafi się już jakiś problem natury wychowawczej czy zdrowotnej u znajomych, czy sąsiadów, to wszystko jest odpowiednio komentowane przez markową pocztę pantoflową w trybie natychmiastowym! Budzi się we mnie refleksja: czy ironizuję z takich właśnie postaw, czy aby po trosze nie zazdroszczę, bo mnie akurat nie wyszło? Być może...

Dlatego najnormalniej w świecie drżę przed ewentualnym rozpoznaniem! Jak to? Jej syn był chory i akurat na taką właśnie chorobę? Nie ma wtedy współczucia, czego nawet nie chcę, tylko odtrącenie przez środowisko! Czujesz się jak trędowata! Nie pasujesz do towarzystwa! jesteś stygmatyzowana ty i twoje chore dziecko! Nie zależy mi na tym, ale przecież muszę gdzieś mieszkać! Boję się po prostu reakcji ludzi z mojego środowiska tego napiętnowania, tej niezdrowej fascynacji nowym tematem! Nie pasuję wtedy do tego ładnego obrazeczka w jakim tkwię, a w którym żyć muszę! Może usłyszałabym nawet wsparcie kogoś mądrego: niech nie zależy ci na opinii wszystkich ludzi, bo tak się nie da! Rozsądny i wiedzący na czym ta choroba polega na pewno tak nie zareaguje! Tylko ten, kto widzi swój czubek nosa i niewiele po bokach oraz zakochany w swoim wszechświecie, czyli rodzinie, będzie ciebie potępiał! Ale za co, pytam się? Zaraz gdzieś rodzi się we mnie bunt! Dlaczego, to ja mam być winną, że mój syn zachorował?! Ani ja nie czuję się winna, ani mój syn, że zachorował! Do tej pory lekarze twierdzą, że nieznane są przyczyny zachorowania na schizofrenię. Powodów może być wiele: geny, zażywanie w przeszłości narkotyków, słaby już od dzieciństwa tzw. kręgosłup psychiczny, problemy z ciążą matki, problemy przy porodzie i wiele innych. Dlatego też lekarze, tak szczegółowo przeprowadzali wywiady zarówno z synem, jak i ze mną.

Dlaczego, tak mało mówi się i pisze w mediach na temat schizofrenii? Tysiące młodych ludzi i nie tylko zapada, co roku na tę chorobę!!! MY JAKO SPOŁECZEŃSTWO NIE JESTEŚMY O TYM INFORMOWANI. Ach, taka tam marginalna choroba! NIEPRAWDA!!! Oddziały psychiatryczne w szpitalach, akademiach i instytutach są pełne, mało tego pękają w szwach od nadmiaru pacjentów chorujących na schizofrenię i choroby jej pochodne! Na miejsce na oddziale czeka się przeciętnie około miesiąca, chyba że chory naprawdę źle się czuje lub "zmajstruje" coś na tyle poważnego, iż zagraża to życiu jego lub rodziny, lub przywiezie takiego delikwenta policja! Ja mieszkam akurat mieście, gdzie z braku funduszy został zamknięty oddział psychiatryczny w jednym ze szpitali. Wiadomo, że tym samym kolejka na oddział wydłuża się do innego, a zarazem jedynego szpitala w mieście. Na miejsce w Instytucie w Warszawie mój syn czekał ponad 1.5 miesiąca i tak krótko! Żeby dostać się do ośrodka terapeutyczno-odwykowego czeka się np. dobrze ponad 3 m-ce. OCZYWIŚCIE NA WSZYSTKO BRAKUJE PIENIĘDZY!

Tylko raz jeden, któregoś roku w październiku, (miesiąc poświęcony schizofrenii) oglądałam program w TVP, pt. "Otwórzcie drzwi schizofrenii" w porze, kiedy to najczęściej oglądają programy panie niepracujące, a reszta w tym czasie jest poza domem. Chociaż muszę stwierdzić, że będąc kiedyś w Stanach widziałam program poświęcony schizofrenii dziecięcej... przed północą! O zgrozo! Jak taki materiał miał trafić do rzeszy ludzi?! Oczywiście ogłupiający serial nadawany był w porze największej oglądalności - nie chce mi się nawet tego komentować!

A tak jeszcze w ramach czepiania się...Polsce jest sieć placówek, gdzie swoje spotkania mają, np. alkoholicy i ich rodziny, są miejsca, gdzie spotykają się "Amazonki" w swoich klubach i chwała im za to! A gdzie są miejsca, gdzie mogą spotykać się rodziny chorych na schizofrenię, żeby dzielić się i wspierać w walce z tą chorobą?! Ja ich nie znam, bo po prostu nie ma ich w mieście, w którym mieszkam. Może należałoby podnieść jakieś larum i pomyśleć o samych chorych i ich rodzinach, to nie jest takie trudne do wykonania!

MY, JAKO SPOŁECZEŃSTWO, PIĘKNIE ZAMIATAMY TEN TEMAT POD DYWAN W MYŚL ZASADY, TO JEST MARGINALNA SPRAWA! NIEPRAWDA, TO JEST OGROMNY PROBLEM WIELU TYSIĘCY MŁODYCH I NIE TYLKO MŁODYCH LUDZI!

Mogłabym jeszcze długo tak grzmieć, ale czy mój głos nie jest tylko głosem wołającego na pustyni?! Nie wiem...


                                                                                                        Clara

Czy moje pisanie jest modlitwą?


Mimo, iż jest późny wieczór, postanowiłam podzielić się pewnymi przemyśleniami. Przeczytałam w jednej z książek, iż nasze "codzienne życie jest modlitwą". W swoich wynurzeniach na ten temat, autorka książki uważa, że nie zawsze musimy czy też powinniśmy padać na kolana, żeby się modlić. Według niej modlitwą właściwie jest wszystko. To, że pomagamy przyjacielowi w rozpaczy, że modlimy się naszym pragnieniem, naszym oczekiwaniem, naszą tęsknotą. Modlimy się kiedy pocieszamy, kiedy płaczemy. Cytuje też ona Oscara Wilde'a, który powiedział, że "w naszym życiu są tylko dwie tragedie: nie uzyskanie tego, o co się modlisz i uzyskanie tego, o co się modliłeś". W tej drugiej części cytatu wyczuwam nutkę ironii, no ale...

Dla mnie największą tragedią było i jest to, że nie otrzymałam tego o co się tak gorliwie modliłam. Te moje prośby, a właściwie usilne błagania najpierw dotyczyły samej diagnozy, aby nie była to schizofrenia u mojego syna. Pamiętam, jak jechałam do Akademii Medycznej w której syn przebywał parę tygodni i po drodze modliłam się najgoręcej, jak tylko umiałam: Panie Boże, spraw błagam Cię, żeby to nie była tylko ta choroba! Każda inna tylko nie ta, proszę! Wtedy wiedziałam już bardzo dużo na jej temat. Kiedy moje przypuszczenia stały się faktem i lekarze w akademii postawili diagnozę, dla mnie zabrzmiało to, jak wyrok! Filip w tym czasie nie identyfikował się jeszcze z jakąkolwiek chorobą psychiczną - na to potrzeba było czasu. W takich sytuacjach najpierw jest szok, potem niedowierzanie i na końcu akceptacja choroby, bądź nie! On biedny walczył po swojemu, nie wiedząc, co mu jest i jak ma pozbyć się tej zarazy! Dla nas wszystkich było to DOŻYWOCIE! Pojawił się też pierwszy bunt u wszystkich, u całej najbliższej rodziny! I co Panie Boże, nie jesteśmy godni, żebyś nas wysłuchał, żebyś pochylił się nad nami?! Jesteśmy tylko marnym pyłem w Twoich oczach?! Już słyszę te gromy pod moim adresem: no tak, jak Opatrzność nie wysłuchała, to najłatwiej się odwrócić! A gdzie pokora marny robaku?! Być może ktoś powie: i po co było, tak emocjonalnie podchodzić do tego?! Mało ludzi choruje i tak nie "przesadza" jak ty! Znowu być może ktoś ma rację, że wszyscy spalaliśmy się emocjonalnie, ale na tamten moment, nie umieliśmy inaczej.

Proszę nie traktujcie tego wynurzenia, jako formy użalania się nad sobą! Po prostu, stwierdzam i zapisuję suche fakty, tak było. Kiedy nie miałam już siły, aby dłużej walczyć z Bogiem, przychodziła determinacja i akceptacja choroby, ale na to wszystko potrzebny był znowu czas. Bo cóż innego pozostawało?! Niestety, stan mojego syna, mimo pobytów w szpitalach po parę miesięcy w roku nie poprawiał się. Ciągle więc wołałam o pomoc i wsparcie do nieba. To był taki handel wymienno - przemienny! Panie Boże, ja Tobie to, a Ty mnie tamto, OK! Boże, zabierz od mojego syna tę chorobę, a nałóż na mnie wszystko, co chcesz wszystkie choroby świata! Wszystko zniosę, byleby on był zdrowy - pozwól mu cieszyć się życiem, proszę...

Napisałam to zdanie i przemknęła mi myśl, że wprawdzie poprawy stanu zdrowia u syna nie było, ale przecież skądś dostawałam jakąś wewnętrzną siłę i moc, aby być przy nim. Niby skąd czerpałam tę siłę, skoro bywały dni, że sama nie miałam siły zwlec się z łóżka?! Byłam zmęczona szukaniem wiadomości po internecie, czytaniem blogów, zadawaniem pytań na forach. Teraz z perspektywy czasu zastanawiam się, jak to wszystko przeżyłam - nie roztkliwiam się bynajmniej i nie użalam nad sobą! Pytam samą siebie: skąd czerpałam na to wszystko siły? Jednak chyba muszę włączyć w to pomoc Pana Boga. Kiedy Filip odszedł krzyczałam znowu, że Boga nie ma skoro umiera bezbronny, młody człowiek! Panie Boże, dlaczego dopuszczasz do tego, co on uczynił złego? Panie Boże, czy słyszysz, co do Ciebie mówię? Za co nas karzesz? To była destrukcja psychiczna dla nas wszystkich!

Teraz szukam ratunku dla samej siebie, jak poukładać to wszystko, jak dalej żyć?! Prowadziłam też niekończące się rozmowy z księżmi, wręcz zadręczałam ich pytaniami. Mówiłam, że chciałabym wziąć do ręki kawał sękatego kija, wejść na szczyt góry i pogrozić Panu Bogu! Niech wie, niech wreszcie usłyszy moje wołanie, że mam żal do Niego, iż zabrał mi syna. Pytam jeszcze raz, dlaczego?! Wiem, że są to pytania z gatunku trudnych i bez odpowiedzi! Może ktoś nawet przestraszy się tego, co napisałam, mówiąc, że bluźnię przeciwko Bogu, że grzeszę, bo przecież taka była wola Najwyższego.

Dobrze wiem, że popadam teraz w jakieś niekończące się rozważania. O dziwo, pewien ksiądz nawet nie skarcił mnie, gdy mówiłam o tym wygrażaniu?! Powiedział tylko, że nie potrafi zrozumieć mnie, jako matki, mojego bólu, bo jest to po prostu niemożliwe, ale choć trochę próbuje. Powiedział, że nawet dobrze, iż tak wykrzykuję te swoje żale, że wyrzucam je z siebie, bo wtedy robię miejsce na coś dobrego. Usuwam zgorzel, żeby mogło narodzić się coś nowego. Tyle tylko, że to nowe rodzi się w ogromnych bólach i tak długo...

Dziś wieczorem zadzwoniła do mnie znajoma, której córka jest sparaliżowana po wypadku, jest jak roślina. Znajoma ta, opiekuje się jej małą córeczką. Jest dla niej babcią, a przede wszystkim zastępczą matką. Kiedy powiedziałam jej o zbliżającej się rocznicy śmierci Filipa, ona spojrzała na to wszystko przez pryzmat wiary. Wiesz, gdybym nie była wierząca, to już dawno zwariowałabym od tych problemów, powiedziała, a tak czerpię jakoś siły na każdy następny dzień. Sprawy, które mnie przerastają, które są dla mnie za trudne, tak po ludzku odpuszczam i oddaję Bogu. Ja, niestety nie mogę tego jeszcze powiedzieć o sobie. To jeszcze nie ten etap, ale mam nadzieję, że może kiedyś zaakceptuję to, co się stało.

                                                                                                         Clara 

Czy moja decyzja jest słuszna?


Wprawdzie minęło kilka dni odkąd napisałam swój pierwszy post i zaczęłam zastanawiać się, czy dobrze robię, pisząc do wielu odbiorców. Do tej pory chciałam napisać coś bardzo intymnego, coś na wzór listów do syna, niestety bez podania adresu odbiorcy. Miałam zamiar pisać te listy, tak po prostu "do szuflady". Myślałam raczej, by powiedzieć mu o tym, co czułam, jak teraz strasznie za nim tęsknię i jak widzę wszędzie sceny z przeszłości z nim w roli głównej. Nie zawsze były to miłe sceny na zasadzie stawiam i wynoszę mojego syna na ołtarze! Bywało wszak różnie, były momenty piękne, wzruszające, ale były także wydarzenia tragiczne w skutkach przede wszystkim dla niego, jak i całej rodziny. Chciałam, żeby to był sposób na rozgrzeszenie się i zarazem oczyszczenie przed synem. Chciałam jednocześnie przeprosić, że "ciągałam" go po tych wszystkich akademiach, instytutach o zwykłych szpitalach nie wspomnę! Wtedy i teraz zrobiłabym jeszcze raz to samo, ale... gdybym wiedziała, że to jemu pomoże. W tamtym czasie byłam pewna, że stanie się CUD, że wspólnymi siłami w XX wieku ujarzmimy tę chorobę, że skoro on idzie do szpitala i będzie pod moją kontrolą przyjmował leki, to wszystko będzie zmierzało w dobrym kierunku. Filip na początku bardzo długo nie akceptował choroby i to jest absolutnie normalne. Bywały momenty, że oszukiwał mnie, a przede wszystkim samego siebie i nie brał leków. A czy w ogóle można, tak zwyczajnie bez oporów zaakceptować taką czy inną chorobę?! Myślę, że nie - ta akceptacja, to proces. Każdy chory i najbliżsi oswajają się z tym inaczej, na różny sposób i w różnym czasie, ale nie wierzę, że nie ma w tym cierpienia!

Miliony razy mówiłam sobie, że przecież tyle ludzi na świecie JAKOŚ żyje z tą chorobą! Dlaczego więc mój syn ma sobie z nią nie poradzić?! Wprawdzie wiedziałam, że jest to choroba, która może doprowadzić do tragicznego końca. Właśnie może, ale nie musi! Uczepiłam się tego słowa pełna nadziei. Czytałam przecież, że jeśli ktoś nie bierze systematycznie leków, w stanach pogorszenia samopoczucia nie idzie do szpitala etc., to finał może być smutny. Byłam pewna, że jako matka jestem tak uświadomiona, wyedukowana i przygotowana do walki z wrogiem, że to po prostu musi się udać - nie dopuszczałam do świadomości innej opcji! Niestety ów cud się nie wydarzył, a wypadki same wymknęły się spod kontroli! Choroba wygrała i zebrała swoje żniwo!

Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy słusznie robię, próbując pisać, a tym samym upubliczniać kawałki z życia mojego syna. Nie wiem też, czy on wyraziłby na to zgodę. Smutne to i ciężkie, bo przecież nie napiszę do niego listu z zapytaniem o pozwolenie! Od paru dni męczą mnie pytania: czy mam moralne prawo pisać o tym wszystkim, czy nie naruszam zasad etyki dotyczących spokoju duszy Filipa, czy wreszcie nie przekraczam jakiejś niewidzialnej granicy? Dokąd wolno mi się posunąć, a od którego momentu nie powinnam iść, bo wkraczam już nie na swoje terytorium?! W końcu nie piszę tylko o sobie, ale będę pisała o zmaganiach syna z chorobą, ale też o skutkach jakie wywierała na najbliższych. Ta choroba jest jak zaraza, która swoim bezmiarem pochłania wszystko, co żyje i ma emocje! Schizofrenia rujnowała życie całej naszej rodziny, wysysała emocje!
Z drugiej strony patrząc, jeśli nie uwrażliwię kogoś, nie podejmę tego tematu, nie pokażę skutków choroby, co będzie ze mną? Ja patrzyłam na to wszystko i byłam, tak po ludzku bezradna, co będzie teraz z moimi emocjami? Czy będę spokojniejsza, jeśli tę szufladę zamknę, tak po prostu na klucz? A może trzeba mi chociaż te zgliszcza posprzątać?


                                                                                                        Clara 

Pozwólcie, że się przedstawię...


Drogi Czytelniku,

Chyba tak, powinnam się do Ciebie zwracać. Nie wiem, kim jesteś i pewnie nigdy się nie dowiem. Nieważne, ile masz lat, jakiej jesteś płci, jakiej muzyki słuchasz, wreszcie jaki masz kolor skóry. Chciałabym, jednak zagościć u Ciebie na dłużej, żebyś dał mi szansę pozostania w Twoich myślach, taki przysłowiowy kredyt zaufania w stosunku do mnie.

Pozwól, że się przedstawię, jestem Clara, to mój pseudonim. Dodam też, że to mój literacki debiut, o ile tego rodzaju pisanie, można zakwalifikować do jakiegokolwiek gatunku literackiego. Chcę i chyba muszę posługiwać się swoim pseudonimem chociażby po to, iż na razie, nie jestem psychicznie gotowa, aby całkowicie obnażać się z emocji przed ludźmi, których znam. Przyczyna jest bardzo prozaiczna, ludzie ci, po prostu nie znają okrutnej prawdy o tym, że mój syn chorował na schizofrenię. Nie wiedzą, jak bardzo był chory, jak cierpiał i jak to życie było dla niego jedną, wielką udręką. On właściwie nie żył - on wegetował zamknięty w czterech ścianach swojego pokoju.

Mój pseudonim Clara, wybrany jest świadomie z kilku powodów, ma być przewrotny, co do dalszych tekstów i powinien wywoływać emocje., np. skoro piszę w języku polskim, to dlaczego Clara przez "C", a nie przez "K"?! A emocje, nieważne czy wywoła te dobre, czy te złe! Ważne, żeby między innymi przykuł Twoją uwagę. Jeśli stwierdzisz, że mój pseudonim jest zbyt pretensjonalny, złości Cię lub intryguje, to już dobrze! Może stanie tak się, że zatrzymasz się na chwilę i zaczniesz czytać mój blog?! Bardzo bym tego chciała, a wiesz dlaczego? Bo mam nadzieję, że może włączysz myślenie i emocje, gdyż rzeczy, o których chcę pisać, dotyczyć mogą również Ciebie lub Twoich bliskich. Dotyczą zresztą najwyższej wartości, która jest w życiu, czyli samego życia, przecież nikt z nas nie chce,  być chory! Niestety, choroba nie wybiera, dobrze wiem, że to czysty slogan! Nigdy też nie wiemy, kiedy zapuka do naszych drzwi i bliskich nam ludzi. Jeśli moje wspomnienia, tutaj zapisywane, przeczyta choćby jedna osoba i spróbuje wyciągnąć z nich jakąś lekcję dla siebie, to znaczy, że warto było pisać.

Podobno w życiu nie ma przypadków, tak przynajmniej piszą specjaliści z gatunku mądrych książek psychologicznych. Skoro tak, to widocznie jestem we właściwym czasie i miejscu, żeby zacząć dzielić się z Tobą swoimi przeżyciami i przemyśleniami. Potrzebowałam, aż tyle czasu - trzech lat życia. Tak długo musiałam dojrzewać, aby zacząć pisać o tym, jak okrutna, podstępna i bezwzględna choroba schizofrenia, dzień po dniu, minuta po minucie zaczęła zabierać mi syna...

Za parę tygodni minie już albo dopiero trzecia rocznica śmierci mojego syna. Wyrazy śmierć, cmentarz bardzo bolą mnie i moich bliskich, dlatego staram się ich za często nie używać. Wolę napisać łagodniej, że będzie to trzecia rocznica, odkąd mój syn odszedł. Ale zaraz rodzą się pytania: jak to odszedł, dokąd odszedł, co to wszystko ma znaczyć, jakim prawem, kto mu pozwolił tak po prostu odejść sobie i zostawić mnie samą?! Niekończące się pytania, aż do bólu głowy, na które już nigdy w życiu nie dostanę odpowiedzi. Niestety, tego dnia nie będzie mnie przy nim, nie kupię kwiatów i nie zapalę świeczki. Jestem na ten moment za granicą. Tutaj nie ma takiego zwyczaju, jak w Polsce, napiszę kiedyś o tym. My Polacy, powinniśmy mieć szczególny powód do dumy, że tak celebrujemy święta w ogóle!

Jeszcze nie wiem, co zrobię tego dnia, może powtórzę to, co zrobiłam kiedyś, będąc na cmentarzu. Traf chciał, że tak jak teraz, wtedy też byłam akurat za granicą. Któregoś razu będąc na spacerze odkryłam cmentarz. Zupełnie bezwiednie znalazłam grób młodej dziewczyny, właściwie rówieśniczki mojego syna, coś kierowało moją uwagę na ten nagrobek. Być może jej wiek, tragiczne odejście wspomniane na epitafium, może jej zdjęcie - sama nie wiem?! Ale następnym razem poszłam już celowo i położyłam na jej grobie kwiaty. Czy był to tylko zwykły przypadek, czy tak miało być?! Potem jeszcze często odwiedzałam jej grób w ramach spaceru. Joan, tak było jej na imię, zginęła tragicznie. Rok wcześniej, czy później od mojego syna, dokładnie nie pamiętam. Czułam wtedy ogromny spokój i ukojenie, gdy przychodziłam do niej, siadałam na ławce i gdzieś zatapiałam się w swoich myślach. Dostawałam emocjonalnie skrawek tego, na czym tak bardzo mi wtedy zależało. Ile mądrości, emocji doświadczamy w tak szczególnym miejscu, jak cmentarz! Przekonałam się o tym, spacerując uliczkami starych, często różnych wyznań, cmentarzy.

Mój syn Filip, napisałam to zdanie i zastanawiam się, czy użyłam dobrego czasu. Tak brzmi, czy tak brzmiało jego imię?! Nigdy nie wiem, jak powinnam powiedzieć, napisać w takich sytuacjach. Budzi się we mnie ciągle ten sam potworny ból, który mimo upływu czasu nie mija, wręcz przeciwnie paraliżuje i wyłącza z życia! Ktoś kiedyś powiedział, że "to nie prawda, że czas leczy rany. On tylko mija, nie przynosząc ukojenia". W moim przypadku, to prawda. To uśmierzanie bólu jest tylko wtedy, gdy jestem czymś zajęta, czymś bardzo ważnym. Ktoś może powiedziałby o mnie, że to tylko obniżenie nastroju lub depresja, że wystarczy przyjąć serię pigułek i nastrój powróci! Przerabiałam to wszystko, niestety, na tego rodzaju ból nie wymyślono, jak na razie żadnej tabletki! Pisząc o synu mam szczególną okazję, by "dotykać" jego imienia, pobyć z nim (imieniem) tak blisko, jak tylko możliwe, wręcz poczuć go. Czy to już chore myśli, czy może ta ciągła tęsknota za nim, powoduje takie ciężkie emocje?! Czasami łapię się na tym, że teraz rzadziej wymieniam jego imię w ogóle. W mojej pamięci pojawiają się raczej jakieś sceny, obrazy, a jego imię powoli gdzieś odchodzi, tak jak i on gdzieś odszedł..., ale dokąd odszedłeś mój synku? Znowu i znowu niekończące się pytania! Chce mi się krzyczeć z bólu, że ktoś lub coś zabrało mi syna!! Kto i dlaczego o tym zdecydował? Kiedy odszedł miał, tylko dwadzieścia dwa lata i życie przed sobą! Nie chcę więcej słuchać, że przeżył chociaż tyle, że powinnam być wdzięczna Opatrzności za te lata, bo co mają powiedzieć rodzice, których dzieci odchodzą maleńkie?! Nie wiem, co w takiej sytuacji powiedzieć, to mnie przerasta, że każdy z nas ma przecież swój Mount Everest...
Za bardzo boli, by pisać dalej, rozdrapałam ranę, która nie była przez trzy lata zagojona! A może właśnie trzeba ją rozdrapać, by potem oczyścić, by zaczął się wreszcie proces zdrowienia i by pozostała po niej tylko blizna...


                                                                                                              Clara