wtorek, 16 lipca 2013

Im bliżej szczytu, tym zimniej

Wprawdzie zapowiadałam, że nie będę pisała o szpitalach, w których przebywał Filip i poniekąd słowa dotrzymuję, ale mozolnie wdrapując się na ten swój szczyt, muszę wspomnieć choćby o ostatnim z nich. W końcowych miesiącach życia, mój syn czuł się szczególnie źle. Poszedł do szpitala we wrześniu, a wyszedł parę dni przed Bożym Narodzeniem, tym razem na moją prośbę. Pola miała przylecieć na święta i był to jedyny czas, aby trochę razem pobyć. Przebywał w nim tyle tygodni, ale ani on nie czuł większej poprawy, ani ja jej nie widziałam. Wydawało mi się, że może przyjazd siostry, wpłynie na niego pozytywnie i uda się nam miło spędzić święta. Kilka dni później miałam przekonać się, że były to nasze pobożne życzenia...

Owszem w szpitalu, trochę go podleczyli, znowu zmienili leki i w stanie, jak ja to określam, nieznacznej poprawy wypisali do domu. Przez fakt, że Filip bardzo lubił swoją doktor, na odchodne, postanowił wręczyć jej kwaiaty. Pamiętam, że tego dnia, śnieg iskrzył w pięknym słońcu, a ja z nadzieją i ogromnym bukietem jechałam odebrać go ze szpitala. Gdy mniej więcej w tym samym czasie, na drugim kontynencie, moja córka szykował się do lotu, syn już za chwilę miał wrócić do domu! Przepełniała mnie ogromna radość i ta ciagła nadzieja, że skoro za parę dni, mamy tradycyjnie dostąpić cudu narodzin, to może szczęście zagości i w naszym domu. Niestety, pani doktor, długo nie wychodziła z gabinetu, a my staliśmy u jej wrót, czekając na zmiłowanie. Widziałam, że Filip z minuty na minutę, czuł się coraz gorzej! Znowu miał "jazdy", jak nazywał te swoje urojenia. Nie był w stanie już dłużej wytrzymać i prosząc mnie o kluczyk od samochodu, po prostu uciekł - sytuacja nie do ogarnięcia! Ja, stojąca jak sierota pod gabinetem z bukietem, który to Filip miał wręczać, zdenerwowana, bo nie wiedziałam, co się z nim dzieje! Czułam, jak ta cała radość w mgnieniu oka ulatywała ze mnie, czyli znowu nie wyszło! Gdy dowlokłam się do samochodu, mój syn leżał na tylnym siedzeniu, zwinięty w kłębek z dwoma kapturami na głowie! Jak mi później powiedział, chciał, aby te kaptury (jeden od bluzy, drugi od kurtki), ochroniły go przed tym, co tylko on widział! Czy wtedy, jakoś mogłam mu pomóc?! Niestety, nie mogłam!

Dzień przed Wigilią, Filip zapragnął pojechać do babci i dziadka, na drugi koniec miasta - tam zawsze spędzaliśmy święta. Jakie było znowu nasze rozczarowanie (Poli i moje), gdy w Wigilię w południe przedzwonił, prosząc, aby przyjechałać po niego, bo nie będzie w stanie dotrwać do kolacji. Nie pomogły nasze prośby, iż bardzo chcemy, żeby był z nami. I co z tego, że my chcieliśmy, skoro on nie mógł! Musiałam przyjechać po niego, by po chwili, położył się do łóżka. Biedny mój syn, nie mógł poradzić sobie, nie potrafił ujarzmić objawów - choroba znowu wygrywała! Co po tych naszych prośbach, skoro on naprawdę, czuł się źle! Ganię siebie za to, że wtedy tego nie rozumiałam! Pojechałyśmy same i smutne na tę kolację... W naszych sercach nie było radości, gdy dzieliliśmy się opłatkiem, pozostawała już tylko nadzieja na cud! Czy któreś z nas, siedząc przy wigilijnym stole i patrząc na to puste miejsce, w ogóle pomyślało, że jest to nasza ostania Wigilia z Filipem, mimo iż bez niego? Czym prędzej wróciłyśmy do domu. W jego pokoju było ciemno, a on leżał sam, pogrążony w swoich myślach. Nie interesowały go świąteczne przysmaki przyrządzone przez babcię ani prezenty - ostatnia, smutna Wigilia mojego syna i nasza... Czy wtedy w jego sercu, też radycyjnie narodził się mały Jezus?! Czy raczej panował w nim mrok i ciemności?! Niestety, już się tego nie dowiem...

                                                                                                                    Clara
                                                                                                                 

PS.

Wiem, że z tematyką tego posta, powinnam może poczekać na inną porę roku, choćby jesień, ale technicznie nie jest możliwe. Tak jak napisałam w tytule, im bardziej zbliżam się w swojej wędrówce do szczytu góry, tym robi się zimniej i nieważne, że na dole świeci piękne słońce i męczy upał.

środa, 3 lipca 2013

U podnóża góry stałam

Pisanie mojego bloga, mogłabym przyrównać do mozolnego wdrapywania się na wierzchołek góry. Po co ludzie uskuteczniają wspinaczkę, po co zdobywają szczyty, jakie przyświecają im cele? Pewnie ile ludzi, tyle odpowiedzi. Niektórzy tym sobie podnoszą adrenalinę, walczą ze swoimi słabościami, wreszcie wspinają się dla widoków zapierających dech w piersiach! Gdy zaczynałam pisać tego bloga u podnóża góry stałam... Gdzieś oczyma wyobraźni widziałam ten skalisty szczyt na tle wysoko świecącego słońca. Wiedziałam od początku, że może być ciężko, ale czułam, że muszę spróbować tej wspinaczki. U podnóża góry, była jeszcze ziemia, pokryta bujną roślinnością, więc te pierwsze posty pisało mi się w miarę łagodnie, ale im wyżej, tym ziemia i powietrze tężało! Droga bywała i dalej jest kręta, wyboista. Im wyżej, tym napotykałam pierwsze kamienie, wystające małe skałki, które raniły stopy. Tymi skałkami okazywały się być wszystkie ciężkie sytuacje, które przypominały mi pobyty mojego syna w szpitalach, jego lęki, nietrafione leki, gorsze samopoczucie - to wszystko bardzo mnie raniło. Z postu na post zmieniała się temperatura moich uczuć, czasami brakowało powietrza. Bywały dni, że świadomie zmieniałam trasę wędrówki, bo wcześniejszy zamysł, wydawał mi się zbyt ciężki i nie do przejścia. Musiałam oszczędzić Czytelnika i samą siebie, aby pominąć po drodze coś, co wprawdzie było ważne, ale mogło bardzo boleć i ranić.

Teraz też siedzę na kamieniu w drodze na górę i łapię kolejny oddech. Na tej wysokości jest już cicho i spokojnie, ptaki nie śpiewają, powietrze staje się rzadsze, a ten upragniony szczyt jawi się na wyciągnięcie ręki. W słońcu wygląda pięknie i majestatycznie, tylko nocą bywa groźny, spowity czarnymi chmurami, wtedy boję się, że nie dokończę wędrówki! Jak będzie, gdy już tam się wdrapię, czy mój wysiłek warty będzie tych widoków? Czy odczuję spełnienie, oczyszczenie, jedność z Siłą Wyższą, a może radość z bycia cząstką wszechświata?! Zobaczymy! Przede mną jeszcze parę etapów. Spoglądam na ten szczyt i niestety, ale obmyślam kolejną zmianę, czy aby nie pójść łagodniejszym szlakiem, bo skoro mam dokończyć tę relację, to ona może wydać się zbyt ciężka dla czytających.


Jeśli ten wysiłek jest tak ogromny, to po co się męczysz, może ktoś powie z sarkazmem?! No, właśnie dlatego, żeby dostąpić tego emocjonalnego oczyszczenia i spokoju, żeby móc pisać jak było po drodze i wtedy, gdy już dotknę stopą tego wierzchołku góry. Każdym postem, wspinam się wyżej i wyżej, staję do walki ze sobą, własnymi uczuciami. Tylko ten plan muszę trochę zmienić, ominąć te wielkie głazy po drodze! Dlaczego? Ano dlatego, żeby później mieć siłę na spokojne zejście z wierzchołka do jej podnóża, bo tylko tam na dole toczy się prawdziwe życie i czekają na mnie bliscy. Dobrze wiemy, że szczyty zdobywa się tylko od czasu do czasu w naszym ziemskim życiu.
                                                                                                             
                                                                                                                                     Clara