niedziela, 28 sierpnia 2011

Od dziś już wiem

Witam,

Z przerażeniem spojrzałam na datę mojego ostatniego posta, tak dawno nie pisałam. Czas biegnie jak oszalały, a ja ciągle pytam Polę, ile nam jeszcze zostało, tego wspólnego pobytu. Ona wyjeżdża 11 września i nie wiadomo czy przyleci na Święta Bożego Narodzenia, czy też dopiero na przyszłe wakacje. Tak jak nie można wyspać się na zapas, tak nie można "nabyć się" z drugim człowiekiem na zapas...

A ja, od dziś już wiem dlaczego - dlaczego co? Poprawnie, to zdanie powinno brzmieć: od dziś już wiem, dlaczego mogę przeżyć każdy kolejny dzień. Nie mówię o jakości tych dni, bo są one przeraźliwie beznadziejne, ale o tym, że muszę JAKOŚ egzystować. Jeśli miałabym namalować pejzaż, to byłby on w szarościach i różnych odcieniach czerni. Na dziś nie jestem w stanie wziąć do ręki jakiegoś rozbielonego błękitu, tylko ciemny granat, a moje niebo,  tylko czasami bywa błękitne...

Tak dokładniej, to może akurat nie od dziś już wiem, tylko od jakiegoś czasu, że udaje mi się przeżyć kolejny dzień, ponieważ staram się nie myśleć codziennie o  Filipie (wiem, że od tego myślenia idzie zwariować) o tym, że już go nie ma i nigdy nie będzie! Nie mogę zbyt często roztrząsać tego, co wydarzyło się w związku z jego śmiercią, samego pogrzebu, bo nie mogłabym egzystować, nie miałabym siły wstać z łóżka - to byłoby ponad moje siły! Widziałam, co działo się ze mną w parę miesięcy po jego odejściu - byłam psychicznym wrakiem człowieka! Spadałam głową prosto w przepaść, gdzie na jej dnie czaiła się już tylko rozpacz! Wiedziałam, że nie mogę dać się wciągnąć w te wiry, bo przepadnę, przestanę istnieć, choćby jako matka swojego jedynego dziecka, Poli. Dzisiaj również nie jestem w stanie zbyt często oglądać zdjęć, czy to z ceremonii pogrzebowej, czy z naszego wspólnego życia. Ta świadomość, że one tam są na dnie szuflady -  to jest dla mnie najważniejsze! Parę razy obserwowałam siebie, co dzieje się, gdy wręcz chłonęłam treść tych fotografii. Dziesiątki zużytych chusteczek i ja patrząca przez kilkanaści minut na każdą z nich, tak jakbym chciała nauczyć się tych treści na pamięć. I kolejny raz niedowierzanie - przecież to nie może być prawda! Jak to możliwe, że on odszedł?! Podobne emocje targają mną, gdy wchodzę na blog "Nieobliczalnej" i patrzę na fotografię Jej 11 letniego syna - Igora, którego nie ma wśród nas! Znowu kołacze się...przecież to nie może być prawda, przecież jeszcze parę tygodni temu pozował do tego zdjęcia roześmiany...

Kiedy zbyt często jestem blisko Filipa, to znaczy, dotykam jego ubrań, oglądam fotografie, czytam notatki, widzę jakieś gadżety, wówczas po takim "spotkaniu" jestem ciężko chora. Czuję, jak ból rozsadza mi głowę, boli mnie każdy centymetr ciała, a ja niestety, nie zawsze mogę płakać. Raz jestem rozedrgana emocjonalnie i płaczę, a innym razem czuję się jak sopel lodu - zamorożona od środka. Po tak smutnej sesji, przejście do rzeczywistości nie jest łatwe. Czuję się rozwalona psychicznie, zupełnie tak, jakbym po ciężkiej chorobie wróciła do świata żywych. Takie otworzenie drzwi do przysłowiowego pokoju z rzeczami Filipa, powoduje we mnie rozstrój psycho-fizyczny. Wiem też, że przebywanie w tym świecie smutku za długo, bywa złowrogie i niszczące, zbyt szybko można poczuć się swojsko w tych specyficznych klimatach na granicy życia i śmierci, a wtedy to pierwszy krok do depresji. Podobnie było, gdy przez długie miesiące prawieże nie wychodziłam z cmentarza i traktowałam to jako stan całowicie normalny. Jak to? Przecież musiałam codziennie pojechać do mojego syna, tak jak jeździłam do niego do szpitala, odwiedzić go, nagle ten cmentarz stał się miejscem bardzo bliskim i tak dobrze znanym.

Moje wewnętrzne dziecko czasami podszeptuje mi, iż jeśli sama nie zatroszczę się o siebie, nikt tego za mnie nie zrobi! Problem polega na tym, że dobrze o tym wiem, ale nie zawsze dostosowuję się! To są te dobre podszepty Anioła (zatroszcz się o siebie), ale w sukurs za tym idą smutne myśli, że za rzadko jestem blisko Filipa, że jestem egiostyczna... Wiem, że na ten moment jest to"chore myślenie", ale ono jest częścią mnie, nie mogę i nie potrafię na razie wyrzec się jego...

                                                                                                      Clara

środa, 17 sierpnia 2011

A we mnie obrazy są...

Witam,

Dziś mija drugi tydzień pobytu Poli w domu. Zadaję sobie pytanie, kiedy to zleciało? Dlaczego wszystko, co miłe i przyjemne, tak szybko mija? Próbujemy jak najwięcej czasu spędzać ze sobą, dokładnie tak, jak byśmy chciały wyspać się na zapas, a przecież to niemożliwe.

Parę dni temu pojechałyśmy na Kaszuby nad piękne jezioro, aby odwiedzić moją teściową, a Pola tym samym chciała odwiedzić babcię. Było to pierwsze spotkanie po roku nieobecności Poli w kraju. Muszę zaznaczyć, że moja teściowa, ma bardzo ładne imię, którego zresztą od dzieciństwa nie lubi - Domicela, w skrócie Micia (tak, pieszczotliwie nazywała ją, jej mama), czyli Babcia Micia. Czas, niestety rzeźbi nasze sylwetki. Kłopoty z poruszaniem się babci Mici, to smutny widok, a przecież jest we mnie inny jej obraz. Pamietam ją, jako energiczną kobietę, która wybudowała dom. Miał być to dom marzeń, niestety życie zweryfikowało te plany.

Moje dzieci, jako małe brzdące uwielbiały przyjeżdżać tam ze względu na jezioro, z którego prawieże nie wychodziły. Mogę tylko cieszyć się, że w przypadku babci Mici - phizis nie współgra z psyche! Wprawdzie ciało powoli odmawia jej posłuszeństwa, ale psychika jest dalej w dobrej kondycji, może między innymi dlatego, że znalazła dla siebie klucz do lepszego samopoczucia. Z tego, co pamiętam, zawsze uciekała w świat ksiażek. Kiedy było jej ciężko - odgradzała się od niego, gdy był jej nieprzyjazny i złowrogi. Czytanie, było i jest dla niej takim swoistym ładowaniem akumulatorów, aby później mogła stawić czoła rzeczywistości. To właśnie jeden z tych obrazów, który jest we mnie i w Poli.

Przyjazdy do domu, na tę kaszubską wieś, od długiego już czasu pełne są nostalgii, ale i radości, że coś dane nam było wspólnie przeżyć. Pozostaje tylko żal, że za szybko wszystko się skończyło, a przecież mogło być inaczej... Są w nas obrazy, które od czasu do czasu odkurzamy, przypominając sobie przy tym o naszej przeszłości. Pilnujemy, żeby za bardzo nie pokryły się tą pajeczyną smutku, bo później byłoby ciężko dotrzeć do tych rzeczywistych jeszcze nie skażonych czasem barw. Pola mówi, iż są to slajdy z naszego życia i że musimy skrzętnie przechowywać je w naszej pamięci. Im częściej będziemy te slajdy wyświetlać, tym większa jest nadzieja, że barwy te nie zatrą się, może tylko trochę wypłowieją.

Napisałam tytuł posta: "A we mnie obrazy są..." i uważam, że może odnosić się on do każdego z nas. Ten obraz, to scena z przeszłości na którą patrzymy każdy po swojemu, zwracając uwagę na coraz to inne szczegóły. Moja teściowa lubi usiąść sobie na przedprożu swojego domu i snuć wspomnienia. A we mnie obrazy są... - ostatnio mawiała. Patrzę długo na obrazy, których nikt poza mną nie widzi i czuję wtedy, że jestem bogata w te bezcenne dzieła sztuki.

Na jej obrazie, było lato któregos roku, słońce, bez opamiętania świecące i tłumy kąpiących się na maleńkiej plaży. Idę dziarskim krokiem nad jezioro - snuła swoją opowieść i trzymam w ręku dwa zimowe szlafroki, wzbudzając przy tym ogólną wesołość wczasowczów. Pora roku i lejący się z nieba żar, nijak nie pasowały do materiału z którego były uszyte. Ja, chciałam tylko - mówiła, aby moje wnuki wreszcie wyszły z tej wody. Widziałam z oddali małą Polę, skuloną i trzęsącą się z zimna i szczękającego zębami Filpa, bez opamiętania skaczącego na główkę do jeziora. Żadna siła nie była w stanie wywlec ich z tej wody, o założeniu szlafroków nie wspominając - kontynuowała swoją opowieść, babcia Micia. Oboje syczeli przez zęby, że tylko ośmieszm ich przed kolegami. Wreszcie po długich błaganiach nałożyli te szlafroki i z minami skazńców wrócili do domu. Wtedy były to lamenty i spazmy, jako żywa reakcja na troskę babci, a dziś jest czułość i radość, że taki obraz zachował się w naszej pamięci, bo przecież te obrazy w nas są...

Gdy tam jesteśmy, lubimy chodzić do lasu i nad jezioro, i o dziwo, nasza wyobraźnia podsuwa nam wówczas podobne sceny, na przykład pierwszy w życiu spacer po lesie naszego maleńkiego pieska, albo Filipa uczącego się jeździć na łyżwach po zamarźniętym jeziorze. Łyżwy, czyli buty były conajmniej o dwa numery za duże, a on tym samym wymyślił jazdę z użyciem kijków od nart. Bardzo ciekawie i humorystycznie to wyglądało. Babcia Micia nie byłaby sobą, gdyby nie przytaszczyła kilku par skarpet z owczej wełny na te okoliczność. Miały stanowić wypełnienie w tych zadużych butach. Tym razem, to my - Pola i ja widziałyśmy prawieże ten sam obraz z tą różnicą, iż wtedy była sroga zima, my hasaliśmy po zamarźniętej (przy brzegu) tafli jeziora. My - mój mąż, Filip, Pola i ja oraz babcia Micia znowu zatroskona. Uważała, że jej wnuk niechybnie połamie sobie nogi na tych łyżwach, jeśli ona nie wymusi na nim założenia owych nieszczęsnych skapet! Roześmiani, o czerwonych od mrozu policzkach, byliśmy wówczas szczęśliwi nawet nie wiedząc o tym...

A dziś, jest w nas i inny obraz, ostatnio namalowany kolorami lata - Pola i ja siedzimy, niczym dwa łabędzie nad brzegiem tego samego jeziora, tylko pora roku nie ta i tylko ludzi, których kochamy nam brak...

                                                                                                         Clara    

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

W pajęczynie smutku

Witam,

Parę dni temu przyleciała na wakacje, moja córka Pola, po rocznej nieobecnosci w domu. Bardzo cieszę się z jej przyjazdu, mimo iż nie obyło się bez problemów typu: zmiana terminu wylotu o dzień później, ponieważ utknęła w korku na autostradzie, gdzie doszło do karambolu i po prostu nie zdążyła na samolot. Ofiary w ludziach, helikoptery, karetki pogotowia, straż pożarna - to co oglądała w mrożących krew scenach z filmów, stało się nagle smutną rzeczywistością. Cysterna z przyczepą wywróciła się i stałanęła w poprzek trzech pasów autostrady, kierowca zasnął za kierownicą, a nadjeżdżające auta z impetem uderzały w cysternę. Jeśli tak wygląda piekło, to ludzie stali u jego bram... Mój smutek usadowił się wtedy na delikatnej pajęczęj nici...

Rzecz znamienna, że już na drugi dzień spotkałyśmy dwóch, a właściwie trzech chłopców, którzy są znajomymi (sąsiadami z dzielnicy), a chorują na schizofrenię. Czy to przypadek, czy też te spotkania miały nam coś powiedzieć. Proszę, nie zrozumcie mnie źle, że teraz chodzę i rozmyślam nad znaczeniem i powodem tych spotkań. Tyle tylko, że było to bardzo dziwne, a zarazem smutne...

Jeden z chłopców Paweł - rówieśnik Poli, miły, przystojny chłopak, od kilku lat jest na rencie z powodu schizofrenii. Ma za sobą pobyty w szpitalach, ciężkie psychozy, przerwy w braniu leków i długą drogę do akceptacji choroby. Na dziś już wie, że bez leków nie może ogarnąć tej choroby. Ma też świadomość, że jego ciało, postura zmieniły się pod wpływem brania psychotropów. Zrobił się otyły, ociężały w ruchach. Niestety, jest to cena, którą musi płacić za okiełznanie tego wroga. Dopóki organizm nie przyzwyczai się do leków, człowiek bywa otumaniony, senny, bez energii. Brak ruchu powoduje nadwagę i inne skutki uboczne. Tak, to bardzo przykre, ale nie można zrezygnować z brania leków kierując się li tylko zmianą figury i sennością. To dokładnie tak, jakby kobieta chorująca na raka powiedziała, że rezygnuje z brania chemioterapii, ponieważ z tego powodu wypadają jej włosy, a dla niej to atrybut kobiecości. Wybranie mniejszego zła, to może klucz do jakiegoś małego sukcesu, ale żeby takie wybory nastąpiły trzeba czasami przejść "drogę cierniową". Ta pajęcza sieć okryła i ten smutek - Poli i mój.

Było nam strasznie smutno, gdy Paweł mówił nam, że tak bardzo chciałby mieć dziewczynę. Przypominały nam się sceny, kiedy Filip, to "ciacho" z przed choroby, miał problemy ze znalezieniem dziewczyny w jej trakcie. Wprawdzie umawiał się z nimi, ale trwało to bardzo krótko, dopóty dopóki dziewczyna nie zorientowała się, że czasami wygłaszał on te swoje mądrości nijak nie przystające do panujących w ówczesnym świecie norm. Huśtawka nastrojów, której podlegał, a z którą on sam nie mógł sobie poradzić powodowała, że dziewczyna odpływała w siną dal. Wtedy i jego dosięgała pajęczyna smutku. Próbował szukać odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje, ale ta odpowiedź raczej nie nadchodziła, więc szukał dalej...

O, ten pająk smutku był zachłanny i zaborczy - swoją pajęczą sieć zarzucał i na mnie. Powoli wpuszczał swój jad w moje ciało, w mój mózg paraliżując emocje. Nie wiedziałam, jak pomóc synowi, co uczynić, aby choć trochę był szczęśliwy?! Przecież nie mogłam złapać dziewczyny niczym barwnego motyla i usadowić jej na tej pajęczej sieci - to byłoby powolne konanie! Nie miałam moralnego prawa, aby tak postapić, więc znowu miotałam się w swoim smutku... Czasami miałam wrażenie, że ta pajęczyna była drugą powłoką dla Filipa przez którą on nie miał siły przedrzeć się, oplatała go niczym kokon, wręcz dusiła go.

Bartosz, drugi fajny chłopak, niestety też w szponach tej choroby. Przykre, ale oprócz leków bierze czasami narkotyki, jak sam mawia, żeby złagodzić skutki choroby. Jego "schizy" nie pozwalają mu funkcjonować. Przebywa w ośrodkach odwykowych przez parę miesięcy, po czym wychodzi i wraca do nałogu. Sympatyczny, uśmiechnięty, dobrze ubrany młody człowiek, zawsze gotowy do pomocy, a jednak...
Ilekroć patrzę na nich, serce mi pęka, ale przystaję przy nich, z radością rozmawiamy, czuję, że jestem wtedy bliżej Filipa. Smutno mi, Boże - po co, na co, dlaczego to wszystko? Wiem, że odpowiedzi nie znajdę, a pajęczyna smutku coraz bardziej mnie oplata...

Trzeci chłopak też Paweł, tym razem rówieśnik Filipa. Będąc na studiach, zachorował. Skończył z trudem licencjat i nie mógł dalej kontynuować nauki. Pamiętam go z przed wybuchu choroby: szczupły, typ południowca, tyle tylko, że wysoki i smagły, teraz bardzo otyły. Ma za sobą ciężki epizod choroby w schizofrenii katatonicznej. Mógł siedzieć nieruchomo przez kilkanaście godzin w dziwacznej pozycji, niczym człowiek z kamienia. Kiedy ocknął się z tego odrętwienia, walił pięściami w drzwi oddziału szpitalnego, błagajac matkę, aby zabrała go stamąd. On - cierpiący psychiczne męki po jednej stronie drzwi i matka szalejąca z rozpaczy po drugiej stronie. Po wielu tygodniach okazało się, że te drzwi stały się bramą do spokojniejszego jutra. Został w szpitalu, psychoza minęła. Paweł, jest bardzo religijny, kiedy jestem w kościele, szukam go wzrokiem, modlę się za niego. Gdy wychodzi, czasami specjalnie idę za nim, patrzę ukradkiem. Rozmyślam, jak wyglądałby Filip, gdyby żył. Nienormalne, być może, ale nie zważam na to! Są dni, kiedy widuję go w autobusie, czy tramwaju. Siedzi, tempo patrzy w okno i mówi coś do siebie, a właściwie nie do siebie, tylko do kogoś kogo on sam widzi...smutne

Pola, powiedziała ostatnio, że to nie tak, iż ona nie chce z nimi rozmawiać, tylko tak strasznie jej smutno i ciężko, kiedy patrzy na nich i nic nie może zrobić. Wtedy myślę bojowo, jak to nic! Może dać im cząstkę swojego czasu, swojej uwagi, swojej delikatnej czułości. Zerwać choć na chwilę te pajęcze nici smutku z nich i  samej siebie.
                                                                                                        clara