środa, 17 sierpnia 2011

A we mnie obrazy są...

Witam,

Dziś mija drugi tydzień pobytu Poli w domu. Zadaję sobie pytanie, kiedy to zleciało? Dlaczego wszystko, co miłe i przyjemne, tak szybko mija? Próbujemy jak najwięcej czasu spędzać ze sobą, dokładnie tak, jak byśmy chciały wyspać się na zapas, a przecież to niemożliwe.

Parę dni temu pojechałyśmy na Kaszuby nad piękne jezioro, aby odwiedzić moją teściową, a Pola tym samym chciała odwiedzić babcię. Było to pierwsze spotkanie po roku nieobecności Poli w kraju. Muszę zaznaczyć, że moja teściowa, ma bardzo ładne imię, którego zresztą od dzieciństwa nie lubi - Domicela, w skrócie Micia (tak, pieszczotliwie nazywała ją, jej mama), czyli Babcia Micia. Czas, niestety rzeźbi nasze sylwetki. Kłopoty z poruszaniem się babci Mici, to smutny widok, a przecież jest we mnie inny jej obraz. Pamietam ją, jako energiczną kobietę, która wybudowała dom. Miał być to dom marzeń, niestety życie zweryfikowało te plany.

Moje dzieci, jako małe brzdące uwielbiały przyjeżdżać tam ze względu na jezioro, z którego prawieże nie wychodziły. Mogę tylko cieszyć się, że w przypadku babci Mici - phizis nie współgra z psyche! Wprawdzie ciało powoli odmawia jej posłuszeństwa, ale psychika jest dalej w dobrej kondycji, może między innymi dlatego, że znalazła dla siebie klucz do lepszego samopoczucia. Z tego, co pamiętam, zawsze uciekała w świat ksiażek. Kiedy było jej ciężko - odgradzała się od niego, gdy był jej nieprzyjazny i złowrogi. Czytanie, było i jest dla niej takim swoistym ładowaniem akumulatorów, aby później mogła stawić czoła rzeczywistości. To właśnie jeden z tych obrazów, który jest we mnie i w Poli.

Przyjazdy do domu, na tę kaszubską wieś, od długiego już czasu pełne są nostalgii, ale i radości, że coś dane nam było wspólnie przeżyć. Pozostaje tylko żal, że za szybko wszystko się skończyło, a przecież mogło być inaczej... Są w nas obrazy, które od czasu do czasu odkurzamy, przypominając sobie przy tym o naszej przeszłości. Pilnujemy, żeby za bardzo nie pokryły się tą pajeczyną smutku, bo później byłoby ciężko dotrzeć do tych rzeczywistych jeszcze nie skażonych czasem barw. Pola mówi, iż są to slajdy z naszego życia i że musimy skrzętnie przechowywać je w naszej pamięci. Im częściej będziemy te slajdy wyświetlać, tym większa jest nadzieja, że barwy te nie zatrą się, może tylko trochę wypłowieją.

Napisałam tytuł posta: "A we mnie obrazy są..." i uważam, że może odnosić się on do każdego z nas. Ten obraz, to scena z przeszłości na którą patrzymy każdy po swojemu, zwracając uwagę na coraz to inne szczegóły. Moja teściowa lubi usiąść sobie na przedprożu swojego domu i snuć wspomnienia. A we mnie obrazy są... - ostatnio mawiała. Patrzę długo na obrazy, których nikt poza mną nie widzi i czuję wtedy, że jestem bogata w te bezcenne dzieła sztuki.

Na jej obrazie, było lato któregos roku, słońce, bez opamiętania świecące i tłumy kąpiących się na maleńkiej plaży. Idę dziarskim krokiem nad jezioro - snuła swoją opowieść i trzymam w ręku dwa zimowe szlafroki, wzbudzając przy tym ogólną wesołość wczasowczów. Pora roku i lejący się z nieba żar, nijak nie pasowały do materiału z którego były uszyte. Ja, chciałam tylko - mówiła, aby moje wnuki wreszcie wyszły z tej wody. Widziałam z oddali małą Polę, skuloną i trzęsącą się z zimna i szczękającego zębami Filpa, bez opamiętania skaczącego na główkę do jeziora. Żadna siła nie była w stanie wywlec ich z tej wody, o założeniu szlafroków nie wspominając - kontynuowała swoją opowieść, babcia Micia. Oboje syczeli przez zęby, że tylko ośmieszm ich przed kolegami. Wreszcie po długich błaganiach nałożyli te szlafroki i z minami skazńców wrócili do domu. Wtedy były to lamenty i spazmy, jako żywa reakcja na troskę babci, a dziś jest czułość i radość, że taki obraz zachował się w naszej pamięci, bo przecież te obrazy w nas są...

Gdy tam jesteśmy, lubimy chodzić do lasu i nad jezioro, i o dziwo, nasza wyobraźnia podsuwa nam wówczas podobne sceny, na przykład pierwszy w życiu spacer po lesie naszego maleńkiego pieska, albo Filipa uczącego się jeździć na łyżwach po zamarźniętym jeziorze. Łyżwy, czyli buty były conajmniej o dwa numery za duże, a on tym samym wymyślił jazdę z użyciem kijków od nart. Bardzo ciekawie i humorystycznie to wyglądało. Babcia Micia nie byłaby sobą, gdyby nie przytaszczyła kilku par skarpet z owczej wełny na te okoliczność. Miały stanowić wypełnienie w tych zadużych butach. Tym razem, to my - Pola i ja widziałyśmy prawieże ten sam obraz z tą różnicą, iż wtedy była sroga zima, my hasaliśmy po zamarźniętej (przy brzegu) tafli jeziora. My - mój mąż, Filip, Pola i ja oraz babcia Micia znowu zatroskona. Uważała, że jej wnuk niechybnie połamie sobie nogi na tych łyżwach, jeśli ona nie wymusi na nim założenia owych nieszczęsnych skapet! Roześmiani, o czerwonych od mrozu policzkach, byliśmy wówczas szczęśliwi nawet nie wiedząc o tym...

A dziś, jest w nas i inny obraz, ostatnio namalowany kolorami lata - Pola i ja siedzimy, niczym dwa łabędzie nad brzegiem tego samego jeziora, tylko pora roku nie ta i tylko ludzi, których kochamy nam brak...

                                                                                                         Clara    

2 komentarze:

  1. http://nieobiektywna.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jestem czytelniczką bloga "Nieobiektywnej", do niedawna nie wiedziałam o Jej istnieniu i dlatego nie wpisuję komentarza na Jej blogu. Zajrzałam tam z ciekawości i od kilku dni nie mogę zapomnieć uśmiechniętej twarzyczki w okularach.... Twarzy Igora, który powiększył grono aniołów.[*][*][*]
    Boże daj mu wieczną radość, a jego Rodzicom ukojenie i siłę, aby mogli dalej żyć po tej stracie.
    Matka syna chorego na schizofrenię
    hannajp@o2.pl

    OdpowiedzUsuń