sobota, 18 sierpnia 2012

Misternie tkaninę tkałam




Jedna z osób, napisała na moim blogu, aby dać podtytuł "Schizofrenia zabrała mi syna, ale zostałam jeszcze Pola i ja". Nie chcę rozszerzać tego bloga o tematy poboczne, bo "rozmydla" to główny wątek. Ten blog poświęcony jest mojemu synowi, jego zmaganiu z chorobą, wreszcie jego odejściu i niech tak zostanie. Tyle tylko, że czasami zdarzają się w życiu tak ważne sprawy, że będąc emocjonalnie zaangażowaną w pisanie tego bloga, nie mogę o czymś nie wspomnieć lub przejść obojętnie obok kogoś. Tak było choćby z tymi egzaminami Poli, tak jest i teraz. Chciałam napisać posta na zupełnie inny temat, ale wydarzenia z ostatniego "czarnego wtorku" spowodowały, że nagle opadły mi skrzydła, a przecież już za dwa dni muszę dosłownie i w przenośni wzbić się do lotu. Rzucano we mnie słowami ciężkimi jak kamienie, które potwornie raniły...

Dziś próbuję opatrzyć rany na swoim ciele, bo te słowa - kamienie, uderzały nie tylko w moje skrzydła, łamiąc je, ale przenikały również moją duszę! Wiem, że jeśli teraz nie oczyszczę się emocjonalnie, to nie będę mogła spokojnie odlecieć. Muszę zamknąć drzwi, których już więcej nie otworzę, ponieważ kończy się mój kontrakt w tym miejscu. Wyjeżdżając, chcę zostawić ład i porządek, bo wiem, że to przyniesie mi wyciszenie, które jest mi potrzebne. Może wyrzucenie z siebie złych emocji, pozwoli otworzyć się na odrobinę radości, która stanie się za kilka dni moim udziałem, przynajmniej taką mam nadzieję.

Mimo dnia, palę świeczkę o zapachu kawy, która ma zabierać złe moce. To moje ostatnie dni w East Islip, za kilkadziesiąt godzin wylatuję na spotkanie z córką setki mil stąd . Przede mną ciężki fizycznie tydzień, ale może ciekawy. Jakiś czas temu myślałam o końcu pracy z radością, bo jestem zmęczona, nie mogłam doczekać się spotkania z Polą, której nie widziałam od tylu miesięcy. A teraz jest we mnie tyle skrajnych emocji od tego "czarnego wtorku". Właściwie od wczoraj czuję się lepiej, mniej kłuje w sercu, emocjonalnie wracam do świata żywych, próbując "pozszywać" tkaninę, którą misternie "tkałam" dzień po dniu przez parę długich miesięcy. To wirtualne "tkanie", to taki odnośnik do pracy nad układami służbowo - koleżeńskimi z moją szefową. Pracowałyśmy razem nad wspólnym projektem, nie chciałam też wchodzić w układy koleżeńskie w pracy, bo nie przynosi to nic dobrego. Podpisałam kontrakt, chciałam wywiązać się z niego najlepiej, jak umiałam. Moja szefowa, Emily, jest profesjonalistką w tym, co robi. Jednakże od paru miesięcy ma poważne problemy osobiste z którymi sobie nie radzi. Jest trzecią żoną jednego z bogatszych biznesmenów w tym stanie Ameryki. Nie musiałaby pracować, biorąc pod uwagę luksus w jakim się pławi, ale chce realizować się zawodowo. Do pracy podjeżdża czerwonym corvette cabrio, gdy jest w dobrym humorze lub przywozi ją osobisty szofer jednym z całej galerii aut. Kiedy Emily, siedzi w swoim gabinecie i bez względu na porę dnia oraz nie zważając na pogodę zakłada okulary przeciwsłoneczne, wiadomo wtedy, że chmura gradowa wisi w powietrzu! Nie lepiej było podczas naszego pierwszego spotkania. Najpierw poczułam zapach perfum, potem zobaczyłam niedbale rzuconą torebkę Louis Viutton, a dopiero później zobaczyłam oblicze Emily. Cały zespół wie o jej problemach z mężem, który niekoniecznie szuka żony numer cztery, ale na pewno świetnie się bawi, wyjeżdżając w interesach, niestety Emily ma dowody jego zdrady! Bywało, że potrafiła dzwonić do mnie około dziesiątej wieczór, wpraszając się na kawę z bitą śmietaną i kostkami czekolady. OK! Wychodziła po drugiej w nocy spokojniejsza, bo robiłyśmy sobie psychoterapię, przecież bliźniemu trzeba pomóc! Po co o tym wszystkim piszę? Choćby po to, że chciałam doczekać szczęśliwego końca w tej pracy, zamknąć projekt i pożegnać się. Czasami Emily w przypływie pozytywnych emocji, nazywała mnie swoim opatrznościowym Aniołem, ja dodawałam, że tkam wirtualnie tkaninę z naszych pogawędek, wypitych kaw, pudełek wspólnie zjedzonych lodów i zdrowych układów w pracy. Wiedziałam, że dramat w domu przerasta ją, ale te jej humory, to była prawdziwa katastrofa dla zespołu!

W ten przykry dla mnie wtorek, przekazałam Emily służbową informację. Właściwie była to tylko próba przypomnienia tego, o czym mówiłam jej dwa tygodnie wcześniej i chęć upewnienia się, że ona panuje nad terminami, aby spokojnie zamknąć projekt. Powiedziałam o tym na odchodne, byłyśmy zmęczone pracą i wściekłą temparaturą za oknem. Owszem mogłam poczekać z tym do rana, ale chciałam przespać tę noc, wiedząc, że robię wszystko o czasie i czuwam nad całością. Jakież było moje zdziwienie, a właściwie przerażenie, gdy moja szefowa, przyjęła do wiadomości, tylko to, co chciała przyjąć, blokując się na resztę informacji! PROBLEM TKWIŁ W TYM, ŻE NIE CHCIAŁA PROWADZIĆ ZE MNĄ ROZMOWY, NIE MOGŁAM NIC WYJAŚNIĆ, DOKOŃCZYĆ, BO NIE CHCIAŁA MNIE WYSŁUCHAĆ! NIE BYŁAM W STANIE DO NIEJ DOTRZEĆ - TRZASNĘŁA DRZWIAMI I WYSZŁA! Gdyby spokojnie dała sobie wszystko wytłumaczyć, to mogłaby wściekać się, ale tylko na siebie i emocje, których nie potrafiła okiełznać, a tak cały kubeł z fekaliami wylała na mnie, bo akurat byłam pod ręką! W tym momencie, moja tkanina została rozerwana za jednym pociagnięciem niewidzialnego sztyletu! Brakowało tylko paru dni na jej dokończenie! Miałam wirtualnie "podzielić" ją i  połowę zabrać ze sobą, a drugą zostawić Emily jako wspomnienie tego, co czasami było sympatyczne. W jednej chwili, cała mozolna praca poszła na marne, moja materia została zniszczona! W domu z potwornym bólem głowy próbowałam dopatrzeć się swojej winy, nie znajdując jej! Rano już parę osób znało tylko wersję Emily, pokazującą mnie w bardzo niekorzystnym świetle! "My boss" przez dwa dni, w okularach na nosie, patrzyła na mnie, niczym na zło konieczne, odzywając się tylko służbowo! Czekałam na głównego szefa, który przyjechał dopiero na drugi dzień. Emily już telefonicznie przedstawiła mu swoją wersję. Po wysłuchaniu każdej z osobna, stwierdził, że racja jest po mojej stronie! Przeprosił mnie za zachowanie delikatnie ją usprawiedliwiając.

Czy wygrałam to starcie? Właściwie, co miałam wygrywać, skoro od początku fakty przemawiały za mną! Po co więc, był ten fatalny zgrzyt na koniec? Zabrakło "happy endu", wiem, samo życie! Na całym świecie istnieją konflikty w pracy i jest to wpisane w scenariusz układów międzyludzkich. Po co, aż tak się przejmować, szkoda zdrowia?! Niby o wszystkim wiem, ale nie potrafiłam zareagować inaczej! Przypłaciłam to trzema bezsennymi nocami, bólem rozsadzającym głowę i kłuciem w okolicy serca. Ok! można i tak, ale do czego to prowadzi? Wczoraj nie usłyszałam od niej słowa przepraszam, tylko parę zdań, żebyśmy zapomniały o tym incydencie, ale jak na razie, nie jest to łatwe, może z czasem. Na koniec na uroczystym obiedzie wygłosiłam mowę dziękczynno - pożegnalną do pozostałych, do tych z którymi było miło od początku. Jeszcze parę dni temu chciałam zabrać ze sobą tę wirtualną tkaninę i otulać się nią w zimowe wieczory, a teraz już wiem, że nie powinnam. Zostawię ją tam i po cichu zamknę drzwi, dla dobra swojego...
                                                                                                             
                                                                                                                Clara

czwartek, 2 sierpnia 2012

Modlitwa prostaczka

Dokładnie miesiąc temu, tj. drugiego lipca, Pola pisała te swoje egzaminy do Dental School. Złożyła już aplikacje do kilkunastu szkół medycznych i teraz czeka na rozpatrzenie dokumentów. Sprawdziła około sześćdziesiąt szkół dentystycznych w całych Stanach, gdyż jak wspomniałam, jej sytuacja wbrew pozorom, wcale nie wygląda klarownie! Pola musiała zapoznać się ze statutem każdej szkoły, sprawdzić czy przyjmują obcokrajowców, czy czwarte podejście do egzaminu uprawnia ją do składania papierów do danej szkoły, gdyż niektóre przyjmują tylko z pierwszego podejścia, a są i takie, które kompletnie nie zwracają na to uwagi, co nie znaczy, że są gorsze ze swoim poziomem nauczania.

Pomyślicie sobie, że przez tak długi czas, wspominałam o Poli rzadko, a tu nagle post za postem i końca nie widać. Obiecuję, że ten wpis będzie ostatnim z gatunku: Pola i jej egzaminy, ale jest jeszcze jedna kwestia, o której chcę napisać, a zarazem boję się, iż narażę się na śmieszność, bo tak jak nie powinno dyskutować się o gustach, podobnie sprawy mają się z rozmowami na temat wiary. Każdy wierzy jak może, potrafi i umie, o ile w ogóle są to dobre określenia dotyczace wiary i religii

Dzięki temu wpisowi, chciałabym utrwalić pewne momenty, zdarzenia, jakie towarzyszyły mi, właśnie drugiego lipca. Wydaje mi się, że tak gorliwie jak tego właśnie dnia, w swoim dotychczasowym życiu, modliłam się może ze trzy razy. Za pierwszym razem były to prośby o udaną operację, o wyzdrowienie mojego męża. To nie były nawet modlitwy, tylko błagalne wołanie o pomoc, prawie na pograniczu histerii, bo przez tydzień odchodził z tego świata, młody trzydziestosiedmioletni mężczyzna, zostawiając mnie i dzieci na pastwę losu! Pamiętam, iż myślałam wtedy, że być może moja modlitwa nie miała w sobie tego żaru, stąd nie została wysłuchana, ale ja na tamten czas, nie umiałam modlić się inaczej, głębiej, gorliwiej, ona i tak płynęła z najgłębszych zakamarków mojego serca!

Za drugim razem, moją modlitwą, też wołałam o litość dla mojego syna, to było skamłanie o miłosierdzie dla niego! Jechałam do akademii medycznej, w której przebywał Filip i prosiłam Boga o łagodniejszy wyrok dla niego! Błagałam Go, aby nie było to dożywocie dla tak młodego człowieka! Niestety, ale ta diagnoza - SCHIZOFRENIA, zabrzmiała jak dożywocie, bez możliwości złagodzenia kary nawet po latach! I znowu myślałam, że poruszam niebo i ziemię, modląc się do Najwyższego o pomoc! Mój Bóg w tych dwóch przypadkach zrobił po swojemu, jeżeli w ogóle mam Go w to mieszać!

fot.Clara 
Kiedy Pola zaczynała pisać testy, był poniedziałkowy, upalny poranek. Wzięłam dzień wolny z pracy i poszłam do parku, bo i tak myślami byłam tylko przy niej. Przez całą drogę modliłam się, a gdy usiadłam na ławce, zaczęłam wysyłać smsy do przyjaciół z prośbą o modlitwę w jej intencji. Moja koleżanka, której córka chora jest na porażenie mózgowe, szybko odpisała mi w żartobliwym tonie, że wszystko rzuca i zabiera się do "roboty"! Sporo znajomych odpowiedziało na mój apel, a to przyniosło mi ukojenie. No cóż, od tego momentu wystawiam się świadomie na śmieszność, bo siedząc na ławce wyłożyłam wszystkie zabrane z domu elementy i utworzyłam na potrzeby chwili, maleńki "Ołtarzyk prostaczka". Było tam sporo tego: obrazek z napisem "Jezu, ufam Tobie", który dostałam od mojej Mamy, dziesiątka różańca z paciorkami z bursztynu kupiona w Kołobrzegu, moneta z Papieżem, dana przez przyjaciela i maleńka ikonka Matki Bożej z Dzieciątkiem, którą dostałam od wspaniałego sędziwego pana, który był Żydem. Ów pan, zmarł rok temu i był całkowitym zaprzeczeniem tego, co mówi się o cechach charakteru tej nacji. Przepraszam, ale muszę wspomnieć o Nim - jestem Mu to winna! Gdy wywieziony, jako młody chłopak na Syberię, wrócił z rodziną po zakończeniu wojny do Polski, znalazł z kolegą (Polakiem) beczkę wypełnioną po brzegi złotymi monetami. Podobno gdzieś pod jakimś bankiem wybuchła bomba, stąd te skarby! Nie uległ namowom kolegi, który prosił Go, aby po podzieleniu łupu, zostawił wszystko w Polsce i uciekł z nim do Kanady! Swoją część złotych monet skrzętnie wziął, ale po to tylko, aby założyć we Wrocławiu sierociniec. Powiedział do mnie: co mi z tych pieniędzy, kiedy patrzę na kalekie dzieci bez rąk i nóg, które przeżyły wojnę i jeszcze utraciły rodziców?!

fot.Clara 
Gdy wydawało mi się, że moje moce słabną :) poszłam dalej, pod figurę matki Bożej, monument ten stoi blisko kościoła St.Mary w Islip. Swoimi prośbami znowu chciałam poruszyć ziemię i zaświaty! Znajomy ksiądz powiedział mi kiedyś, że jeżeli mam problemy, to powinnam modlić się do swoich orędowników, tam w niebie, do mojego męża i syna. To oni mają być większymi pośrednikami przed Bogiem, aniżeli nawet inni święci. Prosiłam też o wsparcie duchowe tych, którzy odeszli już z tego świata, "pukałam" do drzwi zastępów anielskich. Wreszcie skierowałam się do kościoła, aby tam posiedzieć w ciszy i chłodzie świątyni. Tam, przy figurze Pana Jezusa zapaliłam dwie świece. Moja droga powrotna, to kolejne trzydzieści minut próśb o zabranie lęków przez Ducha św., a danie daru pamięci i spokoju dla Poli. Znowu wchodziłam gdzieś w stan gorącej, żarliwej modlitwy powtarzanej, niczym mantra! Było to tak niesamowite uczucie rozmodlenia, że skłonna byłam przypuszczać, iż weszłam na wyższy poziom kontaktu z Siłą Wyższą, była to taka modlitwa prostaczka - Panie, ofiaruję Ci teraz wszystko, co mam i pokornie proszę wysłuchaj mnie..



fot.Clara 
Po przyjściu do domu byłam wyczerpana, nie wiedziałam, że modlitwą można tak się zmęczyć! Spojrzałam na duży obraz Pana Jezusa i powiedziałam do Niego: Panie Jezu, zrobisz, co zechcesz, ja naprawdę przyjmę Twoją wolę, ale masz jeszcze półtorej godziny, gdzie Pola pisze egzamin, więc może popatrzysz na nią ojcowskim okiem?! Przypomnij sobie, cały jej trud jaki włożyła w przygotowania do egzaminów, doceń, że nie poddała się po pierwszej czy kolejnej próbie, tylko walczyła! Panie Boże, ja nie targuje się z Tobą! Panie, pokornie proszę, pochyl się nad moją córką...

Może moje prośby i całej rzeszy bliskich mi osób tu na ziemi i tam w niebie poruszyły serce Najwyższego, bo za godzinę przedzwoniła Pola i powiedziała, że zdała egzamin, sama jeszcze w to nie wierząc. A ja próbuję też nieśmiało wierzyć, że po trosze mam swój udział w tym zdanym egzaminie przez moją córkę.
                                                                                                                       
                                                                                     Clara