piątek, 20 kwietnia 2012

My z pierwszej połowy nowego wieku

Próbuję nadać tym postom jakąś chronologiczną całość i odwołując się do ostatniego wpisu, wspomniałam, że mój syn w końcu poddał się i zgodził na szpital. Gdyby nie smutna rzeczywistość, iż nie mógł poradzić sobie z agresją, emocjami i tym co siedziało w jego głowie z pewnością odwlekałby to pójście.

Pamiętam, jak kiedyś przechodziłam obok oddziału psychiatrycznego w jednym ze szpitali i na samą myśl o nim przeszły mnie dreszcze, czym prędzej stamtąd uciekłam. Do tej pory mam przed oczami ogromne, niebieskie litery - ODDZIAŁ PSYCHIATRYCZNY. Oddział ten umiejscowiono na końcu szpitalnego korytarza, tak jakby po zamknięciu bramy, furty szpitalnej, człowiek znalazł się za bramą miasta, wyrzucony poza nawias społeczeństwa, niczym w "enklawie zadżumionych".
Aż tu nagle któregoś razu sama wraz z synem musiałam przestąpić próg tego miejsca przed którym parę lat wcześniej uciekłam. To zdumiewające, że w życiu człowieka zdarzają się sytuacje, o których nie śniłby w najgorszych snach. Z jednej strony, oboje baliśmy się przekroczyć te czeluści piekieł, jak nam się wtedy wydawało, a z drugiej oczekiwaliśmy pomocy, ulgi i wybawienia. Próbuję przypomnieć sobie, albo inaczej próbuję wyobrazić sobie, co czuł mój syn i każdy inny, kiedy musiał wejść na oddział psychiatryczny. Zdenerwowanie, lęk, przerażenie, frustrację z powodu tego, iż z jego umysłem coś jest nie w porządku?!

Zawsze musi być ten pierwszy raz w życiu, mam na myśli jego pobyty w szpitalu. Poszedł tam sam, by po dwóch dniach wypisać się na własne żądanie, twierdząc, że oni mu nie pomogą, że czuje się lepiej. Po kolejnych trzech dniach znowu wyraził chęć powrotu do szpitala, bo widział, co działo się z nim w domu. Ta huśtawka emocjonalna wykańczała nas wszystkich! Przecież oni nawet nie zaczęli go diagnozować! O dziwo, wtedy po raz pierwszy spotkałam się z irytacją ze strony lekarza psychiatry i zarazem przysłowiową łaską, że przyjmuje go z powrotem?! Nie zapomnę pytania lekarza prowadzącego: panie Filipie, czy zdaje pan sobie sprawę, iż blokuje miejsce i wprowadza zamieszanie? Gdyby takie pytanie zadał stażysta na oddziale psychiatrycznym, jeszcze zrozumiałabym, ale lekarz z wieloletnim doświadczeniem? Zanim postawiono diagnozę w akademii medycznej, Filip przebywał dwukrotnie w naszym miejscowym szpitalu. Lekarze są bardzo ostrożni w wydawaniu takiej czy innej diagnozy, szczególnie jeśli dotyczą one chorób psychicznych. Na przestrzeni trzech lat, gdy był kilkanaście razy w szpitalu, zmieniały się tylko sale szpitalne, czasami lekarze prowadzący i pacjenci z którymi przebywał. Cóż tam zobaczyłam? ŻYCIE z jego odcieniami szarości i czerni. Czasami wkradał się niezdarnie uśmiech, przedzierała radość przez pokłady smutku. Bywało, że na tym oddziale kończyło się czyjeś życie, odchodziły osoby starsze z demencją z Alzheimerem, leżące w pampersach bez większego kontaktu ze światem, krzyczące po nocach. Po korytarzach snuli się często bezdomni alkoholicy będący na detoksie, osoby w średnim wieku, którzy niedawno zachorowali i ludzie młodzi dopiero zaczynający dorosłe życie. Wszyscy zmieszani w jednym tyglu! Niestety, bardzo dużo młodych ludzi choruje na schizofrenię i inne zaburzenia psychiczne. Oni żyją za zamkniętymi drzwiami oddziałów szpitalnych, ale chcą być zdrowi, zaleczeni. Wielokrotnie podejmują leczenie szpitalne. Idą tam sami, czasami na prośbę rodziny lub rodzina umieszcza chorego, gdy jest sądownie ubezwłasnowolniony i np. nie ma poczucia choroby. TO NIE JEST ŚWIAT ZADŻUMIONYCH! Ci ludzie sami dla siebie, bądź ich rodziny szukają ratunku, czekając na cud, na specyfik, który niczym antybiotyk zabiłby zarazki atakujące mózg i system nerwowy. Co wiemy o samej chorobie, schizofrenii? My z pierwszej połowy nowego wieku, spychamy niejednokrotnie tych ludzi na margines życia, wstydzimy się ich, boimy przyznać, że ktoś z naszych najbliższych cierpi na zaburzenia psychiczne, a tym młodym ludziom wali się na głowę cały świat, marzenia i plany.

Od dawna znam wiersz Małgorzaty Hillar pt. "My z drugiej połowy XX wieku". Autorka przedstawia w nim  świat ludzi żyjących w XX wieku ich podejście do życia i uczuć. Próbuje pokazać obraz ówczesnego życia, strach człowieka przed miotającymi nim emocjami. Człowiek w tym utworze nie jest zaangażowany w sferę uczuciową, tak skrupulatnie skrywaną na dnie swej duszy. Jego głównym celem dokonywanie jest nowych odkryć i osiągnięć, odrzucanie emocji, uczuć i drugiego człowieka. Nie potrafi otworzyć się przed bliźnim, na twarzy ma maskę. Jednak dochodzimy do wniosku, że pod tą maską są uczucia. Potrafi okazać je tylko sam przed sobą, w zaciszu swego domostwa tam, gdzie nikt go nie widzi.

Zastanawiam się, czy to naprawdę nasz obraz. Zdarza się, że jesteśmy nieczuli , obojętni na drugiego człowieka. Może zatem popatrzmy na ludzi wokół nas i nie osądzajmy ich pochopnie. Nie wiesz, czy za ścianą Twojego mieszkania nie rozgrywa się dramat rodziny z chorobą w tle! Nie zawsze agresja jest skutkiem tylko i wyłącznie złego wychowania! Przeczytajcie, proszę, ten wiersz. Ile jest w nim nadziei na to, iż we współczesnym świecie, mimo wszystko umiemy okazywać swoje emocje.  Popatrzmy na drugiego człowieka łaskawiej. Nie bądźmy tymi ludźmi li tylko z drugiej połowy XX wieku.

Małgorzata Hillar

"My z drugiej połowy XX wieku"

"My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów

Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi

Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami

Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami

Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce umieramy z miłości"
                                                                                                           Clara                                                                                                    

piątek, 13 kwietnia 2012

Dobra i zła normalność

Próbuję przypomnieć sobie, jak wyglądało życie mojego syna po zakończeniu tego koszmaru z aresztem i sądem. Jego koledzy wrócili do normalności, czego niestety, nie mogę powiedzieć o Filipie. On ani wtedy, ani później nie wrócił już do swojej normalności. Mam na myśli studia (powrócił na uczelnię na krótko, ale nie mógł sobie poradzić), kontakty z kolegami, bliską znajomość z dziewczyną. To była ta "dobra normalność", bo była i ta zła, wcześniejsza, kiedy nie zawsze mogłam załapać z nim kontakt, gdy wchodziły w grę narkotyki nieważne, że lekkie. Narkotyk, zawsze pozostanie narkotykiem ze swoim niszczącym ciało i psychikę działaniem! Ten pierwszy epizod - wybuch choroby, który być może nastąpił w wyniku zbyt silnego stresu, wstrząsu emocjonaknego (opisywałam w poprzednich postach) spowodował, że nie mogłam pozostać bierna. Widziałam, że stało się z nim coś złego, że weszła do naszego domu choroba i z dnia na dzień coraz bardziej się w nim panoszyła! Wszytko było dla mnie nowe, straszne i nieznane. Nigdy wcześniej nie wiedziałam o istnieniu takich zachowań, bo nie miałam kontaktu z osobami zaburzonymi psychicznie. Moja wiedza na ten temat była znikoma, właściwie na poziomie zerowym. Zaczęłam więc czytać wszystko, co wpadło mi w ręce. Szukałam pomocy dla niego i dla siebie.

Mój syn wrócił do domu, a ja nie mogłam go poznać, był dla mnie emocjonalnie kimś obcym! To nie był ten sam Filip, który wyjechał z kolegami na wakacyjny weekend. Ale w tamtym momencie nie było ważne, że wcześniej stwarzał problemy. Liczyło się tu i teraz. Już nie dojdę, ile w tym jego zachowaniu było skutków działania narkotyków (agresja, oziębłość uczuciowa), a ile zmian, które zachodziły pod wpływem rozwijającej się choroby. Mojego syna emocjonalnie i uczuciowo nosiło! Był tak naładowany złymi emocjami, agresją słowną, że my wszyscy, tzn. Pola, ja oraz dziadkowie, nie mogliśmy sobie z nim poradzić. Chodził od pokoju do pokoju, mrucząc coś złowrogiego pod nosem. Nawet pies go drażnił i gdyby mógł, to kopnąłby jego! Gdyby mógł dla rozładowania emocji waliłby pięściami w ścianę! Nie potrafił siedzieć, stać czy leżeć - musiał ciągle chodzić - w tę i z powrotem i tak przez cały dzień. Ten widok był dla nas strasznie ciężki. Gdy wspomniałam o pójściu do lekarza - krzyczał, wrzeszczał, że on nie jest chory, że wmawiam mu jakaś chorobę. Płakał, że jestem okrutna i dlaczego mu to robię! On płakał w jednym pokoju, a ja w drugim. Nie mógł spać w nocy, wiec dla zabicia czasu wypalał paczkę papierosów. Wszystko go drażniło, nie mógł słuchać muzyki, oglądać telewizji, o czytaniu książki nawet nie wspomnę.

Kiedy któregoś razu zaczęło robić się pięknie nad morzem, wzięliśmy psa i we trójkę pojechalismy na plażę. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej cieszył się jak zawsze z takiego wypadu, ale gdy tam dotarliśmy, on chciał już wracać. To nie był przyjemny spacer brzegiem morza, tylko gonitwa w jedną i drugą stronę, aby jak najszybciej znaleźć się w samochodzie i wyjechać stamtąd jak najdalej. Pierwsi śmiałkowie zażywali wodnych kąpieli i wygrzewali się na plaży. Świeciło piękne słońce, ale nie dla nas! Później (po pierwszym pobycie w szpitalu), gdy leki zaczęły już działać i ponawialiśmy próbę wyjazdu, było już lepiej, spokojniej. Spacer był dla nas w miarę przyjemny. Wtedy Filip potrafił przepytwyał Polę z materiału z geografii, który miała zdawać na maturze. Przekomarzali się, kto jest lepszy. Pies radośnie biegał po plaży. Niby na pozór szczęśliwa rodzinka. Łapałam te spokojne chwile, gdy był wyciszony, bo ciągłe życie na najwyższych obrotach powodowało, że wszyscy spalaliśmy się w tym nadmiarze złej energii. Być może ktoś będący w temacie, powie złośliwie: był wyciszony za pomocą prochów, nazwij to po imieniu, mamusiu, otumaniałaś synka za pomocą leków! Tak to wszystko prawda! Ale jak inaczej mogłam mu pomóc, tylko dzięki lekom, które przyjmował. Miałam pozwolić, aby choroba rozwijała się w nim i dewastowała go psychofizycznie? I tak robiła spustoszenie!

Specjalnie zatrzymałam się na tym krótkim epizodzie, żeby pokazać, iż na początku osoba chora, nie ma poczucia i świadomosci choroby (bądź nie zawsze ją ma). Filip, kompletnie nie wiedział, co się z nim dzieje i dlaczego. Nie umiał poradzić sobie ze swoją agresją. Czasmi mówił do mnie, żebym nie gniewała się na niego, kiedy jest wściekły, zły i nie potrafi tego określić, a przede wszystkim zapanować nad sobą. Sam czuł inność tej sytuacji i swoich zachowań, ale to było ponad jego możliwości. Strasznie to go męczyło. Walczył sam ze sobą, a kiedy nie miał sił na dalsze szarpanie się, przystał na pójscie do szpitala. Zastanawiam się jaki tytuł nadać dla tego posta. Przychodzi mi na myśl jedno: dobra i zła normalność. Co to dla mnie oznaczało? Tamata dobra normalność odeszła bezpowrotnie, nastała zła normalność z która trzeba było żyć, wyrywać dla siebie okruchy spokoju. Słowo, AKCEPTACJA dla tej złej normalności, jeszcze wtedy w moim słowniku nie istniało.

                                                                                                                        Clara

piątek, 6 kwietnia 2012

Pascha

"Był wieczór Paschy w milczeniu głębokim
siedli napoju pożywać i jadła
Wieczernik szarym napełniał się mrokiem.


Półjasność zmierzchu, mglista i wybladła
Na stół białymi zasłany rańtuchy
i na ich twarze łagodnie się kładła.


I cisza była a w tej ciszy głuchej
przez kratę okna powiew coraz rzadszy
gnał z pól zielonych wiośniane podmuchy.


Pośród rybitwów tych ubogich siadłszy
chleb w obie ręce wziął i kielich wina
i zadumany w twarze uczniów patrzy.


A w tych źrenicach Człowieczego Syna
mistycznych brzasków grała jasność złota
i myśl ogromna jakaś i jedyna....


Z ich oczu, serca patrzała prostota
pierwsi pić mieli z Kielicha Miłości,
pierwsi pożywać mieli Chleb Żywota


Iż byli, jako ptaki leśne - prości"



                                
                             

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Synku, idź w stronę światła

Po kilku smutnych i tematycznie ciężkich postach, które ostatnio napisałam, chciałabym opowiedzieć Wam dosyć ciekawą historię, jaka przytrafiła mi się parę dni temu. Czekając na wizytę do lekarza, spotkałam tam od dawna nie widzianą znajomą Antonellę, która przyszła ze swoim 5 letnim synkiem. Chłopiec jest śliczny, typowo włoska uroda, ale jest dzieckiem autystycznym. Po wymianie serdeczności zaczęłyśmy rozmawiać, przy czym ona nie wiedziała, że mój syn nie żyje. Albo poczekalnia była na tyle mała, albo ja mówiłam zbyt głośno, chociaż wydawało mi się, że kontroluję sytuację (mały Giovanni roznosił ją w posadach), ponieważ temu wszystkiemu przyglądała się starasza pani, która dobrotliwie uśmiechała się do mnie. Kiedy jestem w Stanach, akurat takie zachowania, jak uśmiechy, mówienie "hi" przez nieznane sobie osoby, od zawsze budzą moją radość. Przez chwilę więc, nie byłam tymi uśmiechami zdziwiona. Dopiero, gdy znajoma weszła do gabinetu, owa pani niepewnie przysiadła się do mnie. Okazało się, że słyszała wszystko, co mówiłam o Filipie. Współczuła mi, ale zarazem chciała coś przekazać. Otóż wyciągnęła z portfela troszkę podniszczone zdjęcie młodego mężczyzny. Na fotografii jest (był) jej 23 letni syn, który zginął w wypadku na nartach w górach (porwała go lawina). To tragiczne zdarzenie miało miejsce ponad 20 lat temu, ale ona od zawsze ma jego zdjęcie przy sobie. Zaraz potem wyciągnęła zalaminowany skrawek kolorowej kartki na której widniał jakiś tekst. Powiedziała, że jest to jej modlitwa do syna, którą codziennie odmawia. W tych paru słowach zawarta jest cała jej miłość i tęsknota. Kiedy tak mówi do niego, jest jej lżej, czuje, że ma z nim duchowy kontakt. Najbardziej jednak zaskoczyło mnie, iż tę modlitwę przekazała mnie. W tym naszym kilkunastominutowym spotkaniu było tyle serdeczności i ciepła. Oto skrzyżowały się na chwilę dwie ścieżki życia dwóch zupełnie obcych sobie osób, a zjednoczyła je wspólna historia. Wprawdzie pani dała mi namiary na siebie, ale czuję, że nigdy do niej nie zadzwonię. W tej poczekalni, byłyśmy niczym dwa samotne meteory, które równocześnie  spadły w to samo miejsce, by potem rozpierzchnąć się w przestrzeni. Przychodzi mi na myśl pewne porównanie, kiedy to dwoje nieznanych sobie ludzi, spotyka się w pociągu, by po chwili zacząć opowiadać historie swojego życia. Widocznie oboje tego potrzebują - spotkanie mówcy i słuchacza, aby po wyjściu z pociągu już więcej się nie zobaczyć. Pani zdążyła jeszcze opowiedzieć o swojej córce, która mieszka w innym stanie Ameryki, o tym, jak za nią tęskni. W jej opowieści, widziałam momentami siebie i też czułam tęsknotę za swoją córką. Tyle podobieństw, wspólnych kolei losu...

I rzecz równie dziwna, bo tekst tej modlitwy, napisany jest na tle przedstawiającym wschód lub zachód słońca, podobnie jak na zdjęciu, która stanowi takie swoiste logo na moim blogu. Czyżby aż taki zbieg okoliczności? Patrząc na te dwie fotografie, tak różne, bo przecież każdy wschód i zachód słońca jest inny, a zarazem tak podobne, chciałabym wyszeptać cichutko, aby wszyscy ci, którzy odeszli, szli w stronę światła, w stronę boskości, by ogrzewali się ciepłem i miłością, jaka z niego emanuje. PODOBNO BÓG, TO ŚWIATŁOŚĆ, MIŁOŚĆ I ENERGIA...

Fot.Clara 
Ku Pamięci Mojego Drogiego Syna

Trzy małe słowa "nigdy Cię nie zapomnę"
tak mało mówią, a tak dużo znaczą.
My nigdy Ciebie nie zapomnimy,
ponieważ wciąż jesteś w naszych sercach.
Nieważne, jak spędzamy nasze dni
nieważne, co robimy.
Poranki nie wschodzą,
Wieczory nie zachodzą
bez myślenia o Tobie.

Bardzo kochający, bardzo tęskniący (za Tobą)



Ilekroć oglądam jedną z finałowych scen filmu z Patrickiem Swayze i Demi Moore pt."Duch" zawsze płaczę, to są takie łzy nadziei. W tej scenie z pewnością doskonale ją pamiętamy, główny bohater już jako duch żegna się ze swoją dziewczyną, by spokojnie iść na spotkanie nowemu życiu. Właśnie zmierza w stronę światła, a jego bliscy wyszli, aby go powitać. Cóż innego pozostaje mi, jeśli nie nadzieja, że fikcja filmu miesza się z prawdą. Cóż innego mogę powiedzieć, jak tylko: Synku, idź w stronę światła...

                                                                                                                  Clara