sobota, 30 kwietnia 2011

"Kołysanka dla Okruszka"

Witam,

Na początek mała korekta do poprzedniego posta pt. "Gdzie jesteś mój Synku?". Otóż błędnie napisałam, że piosenka autorstwa Seweryna Krajewskiego pt. "Kołysanka dla Okruszka" adresowana była do młodszego syna Maksymiliana. Korekta - ta kołysanka została specjalnie napisana dla starszego syna Sebastiana. Przepraszam za tę pomyłkę i jednocześnie dziękuję jednej z osób - Izis za poprawienie mnie. Artykuł dotyczący odejścia ich młodszego synka, czytałam parę lat temu i stąd pokręciłam fakty.

A ja od niedawna zakochałam się w kołysankach i jak na razie nic nie jest w stanie tego zmienić. Zresztą, wcale nie mam zamiaru odkochiwać się - to takie miłe uczucie. Rozsmakowałam się w ich tekstach, spokojnej muzyce. Dla mnie kołysanki niosą w sobie wielkie przesłanie: mówią prawdę o miłości i prostocie uczuć do dziecka. One wydobywają miłość z mroku naszej duszy, zagladają w przepaść naszego serca i rozświetlają naszą codzienność. Dlatego na dobranoc czasami włączam sobie jedną z ulubionych kołysanek i odpływam...

Niestety, często za tym pojawia się ucisk w sercu, że dla mnie coś już się skończyło i nie wróci, że jakiś etap w moim życiu został zamknięty bezpowrotnie. Przychodzi żal, że kiedy moje dzieci były małe, ja nie śpiewałam Im kołysanek. Dlaczego? Bo sama z siebie nie znałam tego typu piosenek, bo może mnie nikt ich nie śpiewał, a po drugie nie było jeszcze, czy też ja, nie miałam komputera. Podobnie w radiu i telewizji, gdy leciały tego typu piosenki, ja nie przywiązywałam do nich większej uwagi. A teraz odkryłam je za późno...
W życiu każdego człowieka jest czas na miłość, rodzenie i odchodzenie. Jeśli coś się przeoczy, tak jak ja te kołysanki, straconego czasu nie nadrobi się już nigdy, a jeśli nawet, to zawsze pozostanie jakiś osad na dnie duszy, że to nie ten czas - ten właściwy dawno juz minął...

"Kołysanka dla Okruszka"

"Królu mój ty śpij ty śpij a ja
Królu mój nie będę dzisiaj spał
Kiedyś tam będziesz miał dorosłą duszę
Kiedyś tam kiedyś tam...
Ale dziś jest mały jak okruszek
Który los rzucił nam.

Skarbie mój ty śpij ty śpij a ja
Skarbie mój do snu Ci będę grał
Kiedyś tam będziesz spodnie miał na szelkach
Kiedyś tam kiedyś tam...
Ale dziś jesteś mały jak muszelka,
Którą los zesłał nam."
                                                                        tekst Seweryn Krajewski




                                                                         
                                                                                             












czwartek, 28 kwietnia 2011

"Gdzie jesteś, mój Synku?"

Witam,

Chciałabym opowiedzieć  pewną historię po części związaną z cudowną piosenką pt."Kołysanka dla Okruszka", którą to przed wielu laty śpiewał Seweryn Krajewski. Byłam wtedy młodą dziewczyną, gdy on święcił triumfy swojej popularności, a właściwie kariery solowej. Potem po latach, czytając w jakichś kolorowych pismach o życiu gwiazd dowiedziałam się, że ma on żonę i dwóch synów. Jeden z synów (młodszy), o ile dobrze pamiętam na imię miał Maksymilian. To właśnie dla niego została stworzona ta piękna kołysanka. Później już w dobie internetu czasami na nią trafiałam.

Otóż pewnego razu może siedem albo osiem lat temu podczas jakichś generalnych porządków po remoncie mieszkania, robiłam selekcję gazet typu: te do kosza, a te jeszcze poczytam, natknęłam się na gazetę, gdzie już z okładki krzyczał napis, że S.Krajewski stracił w wypadku syna Maksymiliana. Nie mogłam w to uwierzyć, była to wiadomość z gatunku czytam i nie dowierzam! Obszerny artykuł poświęcony był właściwie jego żonie Elżbiecie i jej rozpaczy po stracie syna. W wywiadzie tym mówiła o swoim bólu, zamknięciu się na świat i ludzi. Chłonęłam ten artykuł tak, jakbym chciała zapamiętać dokładnie jego treść. Po co? Odpowiedź miała nadejść już po kilku latach.

Mówiła ona, że w czasie tej rozpaczy każdy z członków rodziny zamknął się w swoim świecie. Ona była bliska obłędu, pogrążona w depresji, nie chciała dalej żyć (z próbą odebrania sobie życia włącznie). Zabijało ją poczucie winy, że ta tragedia wydarzyła się przez nią. To ona siedziała akurat za kierownicą samochodu, w którym doszło do wypadku ( ich synek miał sześć lat). Starszy syn pozostał sam ze swoim smutkiem po stracie brata. Mama (Elżbieta) albo leżała w pokoju z zasłonietymi żaluzjami albo jeździła na cmentarz i tato, który całkowicie poświęcił się muzyce i koncertom. Tak, każdy przeżywał tę rozpacz po swojemu! Ja, niestety w tym opisie widzę po części samą siebie i moją wtedy samotną córkę. Dopiero teraz dostrzegam, że była to kompletna destrukcja dla tamtej, jak i mojej rodziny. Ale może człowiek w obliczu takich wydarzeń nie umie, nie potrafi żyć inaczej.

Elzbieta, po tej tragedii zaczęła wychodzić z mroku, ale trwało to bardzo długo, zaczęła pisać wiersze, medytować, otwierać się na życie. Założyła coś na wzór Szkoły Przetrwania (temat psychotroniki). Znalazła dla siebie sposób na życie w wierze, pisaniu poezji, a w nim jakieś ukojenie. Po co to wszystko piszę? Otóż w wywiadzie tym zamieszczony był przepiękny wiersz jej autorstwa. Mojemu czytaniu i medytacjom nie było końca. Przecież mogłam spokojnie tę gazetę wyrzucić do kosza. ALE NIE, COŚ MI MÓWIŁO, ŻEBYM TEGO NIE ROBIŁA! Zatrzymałam całą gazetę i odłożyłam ją gdzieś na wieczne kurzenie się na półce. W tym czasie mój Syn nie był jeszcze chory albo inaczej w tym czasie Jego choroba była jeszcze w utajeniu, nie dawała żadnych objawów, dopiero czaiła się do skoku!

Minęło parę lat (dramatyczny wybuch choroby Syna, leczenie, odejście). Kiedy przyszedł czas na postawienie nagrobka dla Syna przypomniałam sobie o tym wierszu. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, nie mogłam w zdenerwowaniu znaleźć go, gdzieś się zapodział. Moje szczęście nie miało granic, gdy w końcu znalazłam go, a w te poszukiwania włączyłam nawet modlitwę o pomoc do św. Antoniego. Ten wiersz czekał sobie cichutko w "poczekalni smutku" na swój czas i miejsce. Czy w takiej sytuacji, można płakać ze szczęścia? Widocznie można, skoro płakałam... Z całego wiersza wybrałam tylko jeden, maleńki fragment i umieściłam go na pomniku. Tych parę słów jest dla mnie kwintesencją tego, co czuję do Syna.

"Gdzie jesteś mój Synku?
Kim lub czym jesteś?
Moim Słońcem, moim Życiem wszak byłeś..."
                                                                             tekst Elżbieta Seweryn

Jakieś dwa miesiące temu czytałam, że po długim czasie Seweryn Krajewski wreszcie wydał swoją nową płytę. Przy okazji w mediach przypomnieli jego krótką historię (karierę, życie). No właśnie... przy tej okazji znalazło się też kilkanaście przykrych wpisów na portalu dotyczących tej dawnej tragedii. Ludzie, jak to ludzie pisali różnie, od niechęci w stosunku do żony przez obojętność do współczucia. A oni, jako rodzina z "połamanym życiorysem" odnaleźli się i na swój sposób są szczęśliwi - zwyciężyli, wybrali życie, mają siebie! "Piosenką dla Makusia", którą dołączam u góry wpisu chyba rozliczyli się z przeszłością, a ich syn dalej jest częścią ich życia.

Jeszcze parę miesięcy temu może grzmiałabym na takie obelżywe treści i ich autorów, ale teraz no cóż... takie jest życie, proszę Państwa.

                                                                                                           Clara Fabio


                                                                   

                                                                                                   









sobota, 23 kwietnia 2011

"Tam było ci najlepiej, wiem"

Witam,

Znowu jest sobota tym razem inna, bo już świąteczna, a mnie przy Tobie nie ma, mój Synku... Dzwoniłam dzisiaj do Polski, tam padał deszcz, może jutro wyjrzy słońce. Tylko dziadkowie pójdą Cię odwiedzić. Kupią świąteczny stroik, zapalą lampki, wyszepczą cichą modlitwę. Człowiek wznosi się na różne poziomy w swojej tęsknocie. A ja, no cóż... tak po ludzku zazdroszę tym, którzy jutro pójdą na cmentarz do swoich bliskich. Synku, niedługo już za parę tygodni wracam i nadrobię to wszystko, obiecuję.

Przesyłam Tobie i wszystkim dzieciaczkom, niczym promyk do nieba taką piekną piosenkę, a właściwie jej słowa - Krystyna Prońko "Tam było ci najlepiej, wiem".

"Tam było ci najlepiej, wiem
Cicho... ciepło... ciemno...
I długo śnił się dobry sen że zawsze będziesz ze mną

Tam moje serce stuku puk szeptało ci zaklęcia
A ja czekałam jak na cud jak na małego księcia
Wreszcie już mogę cię synku zobaczyć przytulić i dotknąć
Bo skończyło się długie czekanie i smutna wśród ludzi samotność

Tyś taki bezbronny maleńki w kołysce splecionej z mych ramion
A jutro się do mnie uśmiechniesz i kiedyś tam powiesz mi mamo
Nieraz ci przyjdzie palce gryźć w bezsilnej złości w szlochach
Więc żebyś synku umiał żyć nauczę cię świat kochać.

Pokażę ci gwiazdy i wróble trawy i żółte motyle...
I będziesz tak ładnie się dziwił i pytań zadawał mi tyle
Dziś taki bezradny maleńki w kołysce splecionej z mych ramion
A jutro się do mnie uśmiechniesz i powiesz nie smuć się mamo"

                                                                                 autor tekstu Magdalena Czapińska.

Przepraszam Cię Synku, ale jednak troszkę mi smutno... czy powinnam dopisać - tam jest Ci najlepiej, wiem.


                                                                                                          mama

wtorek, 19 kwietnia 2011

Jeśli ktoś jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem


Witam,

Przez ostatnie kilkanaście dni przypomniałam sobie o wielu aspektach dotyczących przeżywania żałoby bądź zatrzymania się jej na jakimś etapie. Wiele nowych spraw dotarło do mnie na które wcześniej nie zwracałam uwagi, a na kolejne spojrzałam zupełnie inaczej niż dotychczas. W którymś z poprzednich postów wspomniałam, że w pierwszych tygodniach po odejściu Filipa nie mogłam i nie chciałam spotykać się z moją mamą. Jeśli tylko rozmowa schodziła na Jego temat, moja mama zalewała się łzami, a ja czułam się przy Niej okropnie - jak jeden wielki "emocjonalny lodowiec". Właściwie mogę śmiało powiedzieć, że nie czułam nic, tak jakby ktoś podał mi zastrzyk znieczulający nerwy. Nastapiło we mnie całkowite zamrożenie emocji. Chociaż nie... parę negatywnych uczuć, jednak tkwiło niczym drzazga, która potwornie doskwierała. Pojawiała się też niechęć, wściekłość, zdenerwowanie, poirytowanie, ale wówczas wydawało mi się, że te przykre reakcje kieruję na moją mamę! W istocie tak było, ale jak to możliwe, że moja mama będąc babcią tonie w morzu łez, a ja... matka? Co się ze mną dzieje? Czyżbym była tak wyrodną matką, że po własnym dziecku nie mogę, nie potrafię płakać? Do tej pory było to tylko nędzne pojękiwanie. Czułam pieczenie, rozrywający ból w okolicy klatki piersiowej, ale ani jedna łza nie popłynęła. Wpadałam w jakieś potworne poczucie winy, że skoro byłam taką zimną matką, to nie dziwota, że mój syn miał mnie dosyć. Niestety, ale naprawdę w tym ponurym czasie, tak o sobie myślałam. Potem dotarło do mnie, że nie denerwowałam się na mamę, tylko na samą siebie, bo nie radziłam sobie ze swoimi emocjami. Przecież każdy ma prawo opłakiwać kogoś, tak jak mu serce dyktuje, co mnie do tego?!

Pewnego razu mniej więcej po ośmiu miesiącach od śmierci Filipa, będąc u kresu wytrzymałości psychicznej zapakowałam parę rzeczy i pojechałam sama na weekend nad nasze (moich dzieci i moje) ukochane morze. Nie wiem dlaczego, ale bez większego zastanowienia przy pakowaniu wrzuciłam do torby również kolorową sukienkę i szpilki. Być może ktoś powie z oburzeniem: jak to możliwe, że upłynęło dopiero osiem miesięcy od śmierci syna, a ona pakuje już kolorową sukienkę? To był z mojej strony odruch! Jeszcze wtedy nie rozumiałam, dlaczego tak postapiłam.

Moja córka i ja nie nosiłysmy po Filipie żałoby w sensie czarnego koloru. NIE MOGŁYŚMY TEN KOLOR NAS PRZERAŻAŁ, ZABIJAŁ! Ja nosiłam ubrania w kolorze czarnym w czasie innej, wcześniejszej żałoby. O dziwo, tak bardzo zrosłam się z tym kolorem, wręcz chowałam się za niego do tego stopnia, że rodzina i znajomi pytali, czy już na zawsze pozostanę w czerni, a teraz co się ze mną stało? Nie wiem, jak córka, ale żeby nie zwariować, ja poszłam w kierunku zaprzeczania! Bo jak można nosić żałobę po kimś, kogo nie ma, przecież nie wiem dokąd syn pojechał, nie wiem kiedy i czy w ogóle wróci?! JEGO TYLKO NIE MA I TO WSZYSTKO! Takie myślenie pozwalało mi przetrwać kolejny dzień. Owszem, nosiłyśmy ciemne rzeczy (granatowe, szare), ale rzadko bądź prawie nigdy czarne z wyboru!

A tu nagle zabieram ze sobą wrzosowo - różową sukienkę, po co? Pobyt miałam zarezerwowany w jakimś cichym ośrodku na uboczu. Traf chciał, że akurat był tam początek turnusu i po kolacji miał się odbyć, jakiś wieczorek zapoznawczy dla kuracjuszy. Na posiłku, osoby od mojego stolika zaprosiły mnie na ten wieczorek. I od tego momentu zaczęłam się czuć tak, jakbym odgrywała jakąś kiepską rolę napisaną specjalnie dla mnie. Ubrałam tę swoją kolorową sukienkę, szpilki, zrobiłam bardzo staranny makijaż, użyłam perfum, których zapach mój Syn, tak bardzo lubił i poszłam. Już wtedy, gdy robiłam sobie makijaż, chciałam przekonać się, na ile moja twarz się zmieniła. Od śmierci Filipa nie malowałam się, zapomniałam, że istnieje farba do włosów, a moje siwe odrosty przeszkadzały wszystkim, tylko nie mnie. I nagle coś makabrycznie mi odwala! Fryzura, puder na podpuchniete powieki, pomadka na usta, a właściwie na dwie ciągle zaciśnięte niteczki.
Moje dzieci zawsze "ustawiały" mnie, były takimi strażnikami mody, pilnowały, karciły. Po śmierci Syna pozostałam głucha i uodporniona na ciągłe nawoływania córki, która wprost mówiła mi, że wstydzi się chodzić ze mną nieumalowaną, że nienawidzi moich siwych włosów, że ludzie już mnie nie poznają. Wiem, że próbowała wtedy mną potrząsnąć z marnym skutkiem.

Kiedy już robiłam się tak na wyjściowo, wydawało mi się, że to wszystko, co zostawiłam w domu (cmentarz, smutek) jest niczym koszmarny sen, który minie po tym, jak zmienię się, przeobrażę, tak jak za dawnych czasów, przecież do cholery, nie tak odległych! Muszę się w końcu z tego letargu obudzić, a to wszystko nie może być prawdą! Tak jak w tej bajce o księciu i żabie kiedy książe całuje żabę, ona zamienia się w piękność... Ja też pragnęłam ZAMIANY, ale swojego życia! Chciałam wyjść na tę imprezę, zatrzasnąć "drzwi smutku" za sobą... i wrócić do nowego lepszego świata pozbawionego bólu. Czy ktoś w ogóle jest w stanie zrozumieć, o czym piszę?

Tam na tej sali nikt nie znał przecież mojej historii, a na parkiecie byłam anonimowa. Przeszłość została kilkaset kilometrów ode mnie - NIE CHCIAŁAM JEJ! Tylko momentami pojawiał się lęk, że od rzeczywistości nie ucieknę, co ja tu robię! A ja na tym parkiecie tańczyłam, aż do utraty tchu w osiem miesięcy po śmierci Syna! Chciałam paść z wysiłku, chciałam "zatańczyć" się na śmierć, niczym alkoholik zapić się na śmierć, żeby nie czuć bólu istnienia! Albo wrócić z nadzieją, że były to demony przeszłości, które wyrzuciłam ze swojego życia! Tak bardzo nie chciałam wracać do pokoju w obawie, że te demony zła nie uciekły, że one gdzieś tam cały czas na mnie czekają. Oczywiście, ucieczka od rzeczywistości nie powiodła się! A w lustrze przy zmywaniu makijażu zobaczyłam znowu starzejącą się smutną kobietę. Moje nerwy nie wytrzymały tego napięcia i zwymiotowałam, bynajmniej nie od wypiciu jednej lampki wina. Chyba w końcu dotarłam do zakamarków swojego serca, bo wreszcie pierwszy raz od tylu miesięcy zaczęłam płakać. To nawet nie był szloch, to było wycie.
Dopiero nad ranem przyszła ulga..., ale zaraz za nią znowu pojawiło się poczucie winy. "Kamienowałam" się bezlitośnie o wszystko! Od tamtej pory minęło już sporo czasu, a dalej są dni, kiedy ciężar win mnie przytłacza.
JEŚLI KTOŚ JEST BEZ WINY, NIECH PIERWSZY RZUCI WE MNIE KAMIENIEM...


                                                                                                     Clara Fabio

piątek, 15 kwietnia 2011

Czy przyjmiecie moje zaproszenie?


Witam,

Napisałam tytuł tego posta i chciałabym zapytać Was Drodzy Czytelnicy, czy przyjmiecie zaproszenie do współtworzenia ze mną tego bloga? Chodzi mi o pisanie przez Was komentarzy, choćby krótkich, jeśli poczujecie taką chęć w sobie. Czasami jedno zdanie dla kogoś czytającego może okazać się zbawienne, przynieść duchową korzyść. Mam na myśli sytaucje, kiedy przeczytaliście jakiś wpis lub inny komentarz i coś Was poruszyło bądź macie odmienne zdanie od mojego, zauważyliście jakieś nieścisłości czy też błąd z mojej strony. Chętnie zamieszczę Wasze komentarze w tym blogu.

I druga sugestia - zapraszam Was do grona Obserwatorów tego bloga. Będzie mi niezwykle miło, jeśli przyjmiecie zaproszenie. Możecie wstwić tam swoje zdjęcie lub pozostać jako Obserwatorzy Anonimowi. Ważne jest, żeby ten blog żył. Jeżeli ktoś go czyta, a przy okazji daje temu wyraz jakimś komentarzem to znaczy, że coś z tego mojego pisania i innych komentatorów bierze do siebie. Także jeszcze raz serdecznie Was zapraszam. Może pojawią się jakieś sugestie z Waszej strony - wszystko jest ważne, jeśli służy innym.
Jedna z osób w swoim komentarzu napisała np. o szukaniu pomocy dla siebie w trudnych chwilach - typu pójście do psychologa. Ważne, żeby czasami ktoś pomógł spojrzeć nam z dystansu na swoje problemy tak, aby to życie mniej nas bolało. Inny młody człowiek przedstawił swoje racje, co do klasyfikacji tego schorzenia, jakim jest schizofrenia argumentując, że schizofrenia nie jest chorobą tylko zaburzeniem i tu przytoczył cały swój wywód. Ma prawo, aby tak sądzić - szanuję Jego wypowiedź, ale domagam się też, aby i ktoś inny uszanował moje stanowisko. Nie można nikomu nic na siłę narzucać! W mojej ocenie jest to choroba (takie dostawałam zewsząd informacje), ktoś inny ma prawo mieć odmienne zdanie - tylko nie wywierajmy presji jeden na drugiego. Mój syn cierpiał na bardzo ciężką postać schizofrenii, która doprowadziła go do śmierci. Słyszał głosy, miewał "myśli prześladowcze", które nakazywały popełnić mu samobójstwo. Przy tej okazji nasuwa się szereg pytań: czy to znaczy, że skoro w/g oceny jednego z komentatorów, to tylko zaburzenie, a nie choroba, ja nie powinnam była leczyć syna w sensie pobytu w szpitalach lub nawet ignorować podawanie mu leków? W tym momenie nie jest ważne dla mnie, jak to coś się nazywało tylko, co się z Nim działo. Istotne było, żeby Mu pomóc uśmierzyć jego psychiczny ból. I nie ważne też, skąd te objawy i zachowania się wzięły, czy z kłoptów środowiskowych, społecznych, rodzinnych czy innych! Ważne, że on strasznie męczył się w tym stanie, a to nie pozwalało mu normalnie żyć. Mało tego, to zaburzenie - według jednych, choroba według drugich, wyłączała go z tego życia w ogóle! To nie było życie, to była wegetacja! Dla mnie odpowiedź nasuwa się sama. Odwołuję się do niektórych komentarzy pod wpisami.

Wydaje mi się również, że o samej żałobie, czasie i sposobie jej przeżywania, właściwie nie powinno się dyskutować. Dlaczego? Bo każdy z nas przeżywa ją po swojemu i we własnym tempie. Między innymi, dlatego tak bardzo zależałoby mi na komentarzach osób, które straciły swoich bliskich. Ja od niedawna znalazłam swój kawałek miejsca na ziemi na dwóch forach. Czuję się tam, jak u "Pana Boga za piecem". Ci ludzie czasami emocjonalnie poranieni, wiedzą o czym "mówię". Tam nikt nikogo nie ocenia, czuje się przy tym niesamowite ciepło i psychiczne wsparcie. Ale te grupy ludzi przebywają w swoim środowisku. Chciałoby się tak delikatnie poprosić na forum: Droga Mamo, napisz coś o swoim smutku, także pod moim postem - może przyniesie Ci to chwilową ulgę, a komuś otworzy oczy... Wiele razy czytałam, jak "smutna mama" pisze, iż jej syna nie ma już 500 dni, a ona dalej nie może zapanować nad żalem i cierpieniem. Pozostaje nadzieja, że komentarz zamieszczony w tym, czy innym blogu przez którąś z "zapłakanych mam" przeczyta ktoś, kto ma w swoim kręgu osoby pogrążone w żalu. Może nastąpi jakieś wewnętrzne przebudzenie, że nie na miejscu jest ciągłe szczebiotanie o swoich pociechach, kiedy ktoś inny cierpi. Być może akurat jakaś matka przeżywa żałobę po stracie dziecka bez względu na to, czy ono jeszcze się nie narodziło, czy przeżyło lat kilka, czy kilkanaście. Internet to potęga ważne, aby uczynić z tego "instrument pokoju".


                                                                                                      Clara Fabio

wtorek, 12 kwietnia 2011

"Kochamy wciaż za mało i stale za późno"

Witam,

Ponad tydzień temu minęła kolejna trzecia rocznica śmierci mojego Syna. Jak do tej pory robię wszystko, aby tylko nie zabrać się do pisania na ten właśnie temat. Zastanawiam się, skąd się to u mnie bierze, dlaczego akurat, tak dziwnie się zachowuję? Jedyna sensowna myśl, która przychodzi mi do głowy to ta, że na ten moment nie jestem w Polsce i nie czuję atmosfery, miejsca i emocji, jakie byłyby ze mną, gdybym była w domu. Już parę razy, zauważyłam u siebie pewną moją prawidłowość, iż jeśli wyjeżdżam poza miejsce zamieszkania, to wówczas przestawiam się na inne tory myślenia. Powiedziałabym, że dzieje się to, poza moją wolą i kontrolą. Tak, jakbym zamykała na chwilę drzwi od "ciemnej komnaty" i jakiś dobry duszek szeptałby mi do ucha: zostaw za sobą smutek, problemy, cmentarz i tak tutaj powrócisz...

Ja odbieram tę reakcję w kategoriach samoobrony własnego organizmu. Czuję wtedy, że moja psychika broni się przed ciężarem zmartwień i daje mi trochę odpocząć. Przecież za kilka dni znowu będziesz w swojej smutnej rzeczywistości, a teraz jedź, zregeneruj się, spróbuj trochę odpocząć - nie uciekniesz od tego! To wcale nie znaczy, iż zapominam o tym, co zostawiam, ale bywam wtedy zajęta bieżącymi sprawami. Oczywiście wracam, ale wówczas kołacze się we mnie inna "pokutna myśl", że nie było mnie przez kilka dni przy moim Synu. Wiem, że to, co napisałam może być trudne w odbiorze, niezrozumiałe dla kogoś i mogę zaraz usłyszeć: kobieto, życie toczy się dalej, a ty nie możesz biegać ciągle na cmentarz, pewnych spraw już się nie cofnie, zacznij żyć tu i teraz! Być może w ramach troski, ktoś nawet zapropnuje wizytę u psychologa. Powiem tak, ja jestem dosyć dobrze obeznana ze sposobami przeżywaniem żałoby w sposób teoretyczny, ale gorzej wychodzi mi to w praktyce. Uważam, że i tak poczyniłam postępy, iż nie chodzę tak często na cmentarz, jak miało to miejsce jeszcze niedawno, czyli codziennie. Wiadomo, że gdybym była teraz w Polsce na pewno ten dzień przeżywałabym inaczej, bardziej emocjonalnie, a tak jestem oddalona dziesiątki tysięcy kilometrów. Wiem też, że po powrocie zrobię dokładnie to, co zrobiłabym, gdybym była trzeciego kwietnia blisko mojego Syna. Z pewnością odbędzie się msza w Jego intencji, powiadomię rodzinę i znajomych, pójdę na cmentarz, kupię jedną, długą karminową różę taką jaką On zwykł dawać mi z okazji jakichś uroczystości. Posiedzę nad Jego grobem i powiem Mu, jak za Nim tęskniłam i jak cieszę się z powrotu do domu. W samym domu zapalę świece, powyciagam trochę zdjęć i ustawię je na komodzie...

Niedziela (dzień rocznicy) była smutna, kupiłam bukiet kolorowych tulipanów, zapaliłam świecę i pomodliłam się. Tamten dzień z przed trzech lat pamietam tak, jakby to wszystko było wczoraj i bardzo chciałabym pamiętać o nim już do końca. Opiszę go, co wtedy zaszło, ale jeszcze nie teraz, nie na tym etapie. Wydaje mi się, że od samego początku coś dziwnego dzieje się z tą moją żałobą. Wiem już, że każdy człowiek przeżywa ją po swojemu w różnym tempie i o tych sprawach (zachowaniu, emocjach) nie powinno się dyskutować, czy też oceniać ich.

Momentami czuję się tak, jakbym była "emocjonalnie zamrożona" i wtedy kompletnie nic do mnie nie dociera. Jak to, mój Syn nie żyje? Co to znaczy, że Jego nie ma i już nie będzie, jak mam przyjąć do wiadomości fakt, że On nigdy już nie powróci i powinnam zrobić coś z Jego osobistymi rzeczami. Do tej pory, żeby jakoś egzystować "wkręciłam" sobie film o "synu marnotrawnym", który gdzieś wyjechał, nie wiem dokąd, nie utrzymuje ze mną żadnego kontaktu, nie wiem kiedy i czy w ogóle wróci! Jak na razie takie życie w iluzji pomagało mi przetrwać, ta forma zaprzeczania powodowała, że nie mierzyłam się z rzeczywistością, żeby uspokoić powiem tylko, że wiem o konsekwencjach takiego postępowania, ale do tego czasu nie mogłam inaczj! BÓL ZMIERZENIA SIĘ Z PRAWDĄ Z RZECZYWISTOŚCIĄ BYŁ DLA MNIE ZBYT SILNY! To była i jest nadal moja próba przeżycia w tym świecie - wiem też, co jest pocieszające, że nie można reszty darowanego czasu przeżyć w ułudzie, ale wiem też, że na wszystko przyjdzie pora.

Po powrocie do domu będę chciała w szczególności przeprosić moją Mamę i powiedzieć Jej, że dopiero teraz rozumiem Jej ból i łzy po śmierci Filipa. Mój Syn był dla Niej pierworodnym wnukiem. Kiedy przyszedł na świat, moja Mama była wtedy jeszcze młodą, energiczną, zadbaną i elegancką kobietą sprawiającą wrażenie, że równie dobrze, to Ona mogłaby być jego Mamą. Ja w tym czasie studiowałam, więc Mama bardzo pomagała mi w opiece nad dzieckiem. Pamiętam pierwszą kąpiel Filipa - ja umierałam ze strachu, że zrobię Mu krzywdę, a Mama z czułością myła Mu główkę. Ja byłam przydatna tylko do polewnia Jego ciałka wodą, żeby nie zmarzł w kąpieli. To Mama była moją najlepszą nauczycielką - pokazła mi, jak zrobić masaż brzuszka, kiedy krzyczał z powodu kolki jelitowej, to Ona nosiła Go po nocach na rękach, kiedy czasami nie mogło Mu się odbić po jedzeniu (ja w tym czasie uczyłam się do egzaminów, a mąż pracował na zmiany). Było ciężko, ale zawsze mogłam liczyć na Jej pomoc. Nie wiem dlaczego, ale tak mi się teraz przypomniało, że Filip całe życie mówił do jednej i do drugiej babci - babcia, a nie np. babciu, zwracając się przy tym z takim specjalym tylko dla Nich obu zrozumiałym akcentem.

W chwili kiedy to piszę świeca pali się w pokoju, jest taki miły nastrój i gdzieś tęsknota za czymś czego już nie ma i nigdy nie będzie... Dlatego "śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Dlatego też śpieszmy się Ich przepraszać, jeśli czujemy taką potrzebę. Ja spróbuję przeprosić moją Mamę za to, że nie mogłam znieść Jej łez, kiedy tylko zaczynałyśmy mówić o Filipe, że nie mogłam wytrzymać tego napięcia, bo Ona, jako Babcia płakała, a ja dusiłam się w środku. Mimo rozrywającego bólu trzy miesiące po Jego śmierci jeszcze nie popłynęła mi ani jedna łza. Czułam się odrętwiała, "zamrożona" od środka. Teraz jest u mnie 11 w nocy, siedem godzin różnicy - to u Ciebie Mamo, jest szósta rano, wstaje nowy dzień. Znając Ciebie, z pewnością modlisz się już na różańcu o spokój duszy swojego wnuka, tak jak co dzień. Dlaczego, tak trudno czasami powiedzieć: kocham Cię Mamo, przepraszam, że wtedy nie rozumiałam Twojej tak wielkiej rozpaczy, że momentami byłam zazdrosna o te Twoje "babcine łzy"? Teraz czuję, rozumiem i przepraszam. To Ty uczyłaś mnie miłości do moich dzieci - dziękuję Ci za te lekcje życia, chociaż bywało, że buntowałam się przeciwko Twoim metodom, ale po latach przyznaję, że to Ty miałaś rację. Dziękuję, że Ty jesteś moją Mamą. Przepraszam, zrobiło się trochę łzawo, ale i taki nastrój czasami jest potrzebny. A tak do przemyślenia...

"Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy (...)
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego.(...)
Kochamy wciąż za mało i stale za poźno.
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą (...)"

ks. Jan Twardowski, tomik "Miłość za Bóg zapłać"

Dopala się świeca, pora spać... Dzięki tym wspomnieniom dane mi było chociaż przez chwilę pobyć z moimi bliskim. Synku, czy to znaczy, że już czas, by powiedzieć Ci do widzenia? Jeszcze nie, proszę...                                                                                      

                                                                                                    Clara Fabio

czwartek, 7 kwietnia 2011

Czy nadejdzie kiedyś dzień rozgrzeszenia?

Witam,

Zastanawiam się, czy możliwe jest wyleczenie każdej emocjonalnej rany. Niektóre z nich mogą wyryć tak głęboki ślad w naszej psychice podobnie jak doznane rany fizyczne, że pozostawią blizny, które "towarzyszyć" nam będą bardzo długo lub czasem zostaną na zawsze. Kiedy matka traci dziecko bez względu na to w jakim wieku ono było, czy też jeszcze się nie narodziło - jest to rana, którą nosi w swoim sercu przez całe życie. Czytałam kiedyś, że "czasami celem uzdrowienia emocjonalnego nie jest całkowite wyleczenie". Patrząc na samą siebie jeszcze do niedawna nie chciałam robić zakupów w jakichś centrach handlowych, bo mogłam natknąć się na kolegów syna. Niektórzy z nich szli z dziewczynami, inni już dumnie pchali wózek przed sobą bądź trzymali za rękę swoją partnerkę, która była wysoko w ciąży. Takie obrazki z jednej strony wywoływały we mnie wzruszenie, a z drugiej strony ogromny ból i taką matczyną zazdrość, że mojemu Synowi nie dane było zostać ojcem, że ja już nigdy nie zobaczę takiej sceny z Nim w roli głównej. Wtedy pojawiał się ból w sercu i uciekałam do domu. Pamiętam, jak któregoś razu wybrałyśmy się z córką na zakupy. Miałyśmy miło spędzić czas, weszłyśmy do sklepu z ubraniami dla młodzieży z głośników sączyła się muzyka. Wystarczyła chwila, aby przypomnieć sobie, że przecież skądś znam tę muzykę, która akurat leci. Potrzebowałam tylko potwierdzenia od córki, że tak, to jest muzyka, którą Filip słuchał ostatnio. Potem tę Jego płytę przesłuchiwałam wielokrtotnie, a tkwiła ona w discmanie, który otrzymałam ze szpitala wraz z Jego rzeczami. Momentalnie, gdzieś nastrój spokoju rozpłynął się jak bańka mydlana. Przed oczami stanęły mi sceny, które właśnie wryły się głęboko w pamięć. Podobnych przykładów można by monożyć.

Jeszcze do niedawna takie sytuacje wywoływały we mnie straszny ból, a teraz uprzytomniłam sobie, że patrzę na nie zupełnie inaczej. Jak? Cieszę się, że pamiętam o nich, łapię się na tym, że chcę zatrzymać chwile z życia Syna w takich prostych wspomnieniach. Podobno "człowiek żyje dopóty, dopóki pamięć o nim trwa", stąd ja chciałabym pamiętać jak najdłużej i jak najwięcej szczegółów, ale wiem, że z biegiem lat te obrazy będą się zacierały . Teraz zareagowałbym inaczej, po prostu cieszyłabym się, że pamiętam takie sceny.

Zadaję sobie sporo pytań między innymi: dlaczego jedni ludzie szybciej, a drudzy wolniej przebaczają, od czego to zależy? Dlaczego po tych ciosach emocjonalnych inni podnoszą się szybciej i mimo bólu idą dalej, a drugim wychodzi to dość ślamazarnie? Ja, niestety należę do tej "gorszej" grupy - wszystko idzie mi wolno jak po grudzie!

Chcę przytoczyć taki siedmioetapowy przewodnik na który natknęłam się, a dotyczy tzw. "strategii uzdrawiania emocjonalnego". Podobno, żeby nastąpiło skuteczne, długotrwałe uleczenie emocjonalne, powinno się przerobić pięć pierwszych kroków, a nagrodą będzie pokonanie jeszcze ostatnich dwóch.

"PIĘĆ NIEZBĘDNYCH KROKÓW

1) Wnikliwa analiza - zbadanie istoty poniesionej krzywdy
2) Ekspresja - wyrażenie niektórych uczuć wywołanych przez tę krzywdę
3) Komfort - przyjęcie wsparcia i zachęty ze środowiska
4) Pocieszenie się - znalezienie sposobów powetowania sobie doznanej krzywdy
5) Perspektywa - spojrzenie na krzywdę w jej szerszym kontekście.

DWA KROKI DODATKOWE

1) Działanie zastępcze - wykorzystanie bolesnego doświadczenia w sposób konstruktywny tak, by pomóc samemu sobie, ale też i innnym potrzebującym.
2) Przebaczenie - udzielić rozgrzeszenia temu komuś lub czemuś, co cię zraniło i próbować pozostawić wszystko za sobą".

Tak, wszystko to bardzo mądrze napisane (przytoczony tekst wzięłam oczywiście w cudzysłów), ale jak się to ma np. do straty dziecka? Ile czasu potrzeba, aby do tego dojrzeć, aby zacząć wprowadzać takie działania w czyn? Jest wiele sposobów, metod pracy związanej z przebaczaniem. Można napisać list do osoby, która ciebie skrzywdziła lub ty możesz napisać list do osoby, którą uważasz, że skrzywdziłeś. Możesz napisać wiersz, piosenkę albo jakieś opowiadanie, tak abyś czuł, że wyraża to twoje przebaczenie.

Ja, przygotuję chyba dwa krzesła (jak sugeruje autorka) i ustawię je na przeciwko siebie, a na jednym z nich postawię zdjęcie Syna i będę próbowała powiedzieć monolog, bo przecież nie mogę nazwać tego rozmową. Zaraz, a dlaczego nie mogę nazwać tego "dialogiem z moim Synem"? Przecież patrząc na Jego zdjęcie, będę czuła w swoim sercu to, co On do mnie powie. Takie są moje marzenia na dziś... Tak bardzo chciałabym, aby Syn wybaczył mi wiele z mojego zachowania w związku z Jego chorobą. Gdybym wiedziała (dobrze wiem, że znowu włączam "gdybanie" ), że ta choroba zabierze mi Jego nigdy nie nastawałabym, aby tyle razy przebywał w szpitalu. Niestety w Jego przypadku pobyty w szpitalu nie kończyły się żadną poprawą. Potem wiedzieli już o tym i sami lakarze. Zmiany leków, dawek - nic nie pomagało. Nie nakłaniałabym Go, by tyle się uczył, zaliczał egzaminy. On biedak robił to dla tzw. "świętego spokoju", żebym nie czepiała się Jego. Przecież dobrze wiedziałam, jak ciężko przychodziła Mu nauka po braniu tych silnych leków. Kiedy po dużych dawkach leków leżał w swoim pokoju i ciągle spał (skutek uboczny) próbowałam wymuszać na Nim jakąkolwiek aktywność, choćby dbałość o samego siebie, posłanie łóżka. Dla Niego nic nie miało sensu ani znaczenia na wszystko był obojętny, oziębły uczuciowo. NIESTETY, TO WSZYSTKO CZYNIŁA CHOROBA! Przed nią był zupełnie innym chłopakiem. Czasami golenie się sprawiało Mu wysiłek. JAK BARDZO NIENAWIDZĘ SIEBIE ZA TO WSZYSTKO, CO MU ZROBIŁAM!!! To niestety tylko maleńka część tego, co chciałabym powiedzieć mojemu Synowi prosząc Go o przebaczenie. Czuję, że teraz patrząc na to moje zachowanie (ze swojego lepszego świata) może spróbuje mi wybaczyć, bo przecież chciałam dla Niego jak najlepiej. Wszystkie moje starania miały Mu pomóc wyzdrowieć! Czasami po prostu nie zdawałam sobie sprawy ze skutków mojego działania. Dlatego będę próbowała bardzo szczerze przeprosić Go, że nieświadomie przyczyniałam się do zadawania Mu psychicznego bólu. Piszę o przebaczeniu, a przecież w niedzielę 03.04 minęła trzecia rocznica odejścia mojego Syna, a ja nie potrafię stawić temu czoła i cokolwiek napisać. Może następnym razem...

A tak w ogóle, czy nadejdzie w moim życiu moment, iż będę mogła zasadzić gdzieś kwiat, drzewo lub krzew, jako znak mojego rozgrzeszenia względem Syna?
                                                                                                        Clara Fabio




                                                               
                                                                                                    

niedziela, 3 kwietnia 2011

Dzień dobry, Słońce - dziś jestem ptakiem...

Witam,

Znowu upłynął tydzień, znowu jest sobota kiedy mogę pobyć sam na sam ze swoimi myślami. Jutro przede mną ciężki dzień, trzecia rocznica odkąd mojego Syna nie ma z nami. Ale to będzie jutro... inne emocje, inne myślenie. Uświadomiłam sobie, że odrzucałam książki w ogóle w tym ciężkim dla siebie czasie, ale teraz małymi kroczkami zaczynam do nich powracać. Czuję w nich dobroczynną siłę sprawczą. Treści w nich zawarte przynoszą mi ulgę i spokój. Ostatnio w książce, którą czytałam natknęłam się na list, napisany przez syna autorki tejże książki, a skierowany właśnie do niej. Gdyby nie końcowe zdanie pod tym listem, podejrzewam, że moja reakcja byłaby inna. Adresatka prosi, aby przekazywać go dalej. A ja uważam, że tylko nasze serca będą wiedziały, do kogo ten list powinien trafić. Z całego listu chcę wybrać tylko to, co mi w duszy gra, zmieniając przy tym początek. Ja chcę napisać list do Syna...

Kochany mój Synku,

Wiele razy zabierałam się do napisania listu do Ciebie, ale nie znałam i dalej nie znam Twojego adresu, dokąd więc mam go wysłać? Dziś wyszłam na spacer z nieodłączną muzyką i usłuszałam chyba to, co tak bardzo chciałam od dawna usłyszeć. Piękna pogoda, jasne niebo bez jednej chmurki i męski, ciepły głos, który śpiewa: "Dzień dobry, Słońce - dziś jestem ptakiem...", czyli wysyłam ten list w przestworza. Mam tylko nadzieję, że go odnjdziesz. Synku, chcę żebyś wiedział, że bardzo za Tobą tęsknię, a ten czas tak szybko leci. Znowu zmieniają się kartki w kalendarzu, pory roku. Nawet nie potafię wyobrazić sobie, jak tam u Ciebie jest...

Synku, wszystko w naszym życiu jest procesem, dojrzewamy do pewnych decyzji, by po czasie znaleźć odpowiedź na pytania, które wtedy były dla nas za trudne. Od jakiegoś czasu dojrzewa we mnie myśl, że cieszę się, iż dane nam było mieć Ciebie, chociaż przez te 22 lata Twojego życia, a one (te lata) tak szybko minęły. Wdzięczna jestem Opatrzności, że to właśnie Ty byłeś moim Synem. DZIĘKUJĘ ZA TWOJE ŻYCIE. Chcę Ci powiedzieć, że JESTEŚ MOIM SYNKIEM NADAL, TYLKO W INNEJ POSTACI - JESTEŚ ŚWIATŁEM, JESTEŚ MIŁOŚCIĄ, JESTEŚ PROMYKIEM BOSKOŚCI, bo czymże innym można być w myśl danej nam obietnicy? A teraz Synku przeczytaj uważnie, co ktoś inny napisał (syn do matki), a ja spełniam jej prośbę i podaję dalej, czyli do Ciebie. W tym liście odnajddziesz głos mojego serca...

WŁAŚNIE W TEJ CHWILI:

Ktoś wspomina, że był z Ciebie dumny
Ktoś wspomina i myśli o Tobie serdecznie
Ktoś wpomina, że mu na Tobie zależało
Ktoś za Tobą bardzo tęskni
Ktoś chciałby Ci o czymś opowiedzieć
Ktoś chciałby być z Tobą
Ktoś ma nadzieję, że jest Ci tam dobrze
Ktoś jest wdzięczny za pomoc, której mu udzielałeś
Ktoś wspomina, że trzymał Ciebie za rękę
Ktoś chce, żebyś był szczęśliwy, tam gdzie jesteś
Ktoś pragnie Twojej obecności
Ktoś nie może się doczekać, żebyś wyszedł mu na spotkanie
Ktoś wspomina, że cieszył się z Twoich sukcesów
Ktoś wspomina, że ofiarował Ci swoją miłość
Ktoś myśli, że BYŁES I JESTEŚ DAREM
Ktoś chciałby Ciebie uścisnąć
Ktoś Ciebie kocha
Ktoś podziwiał Twoją walkę z chorobą
Ktoś wspomina, że opiekował się Tobą
Ktoś uśmiecha się myśląc o Tobie
Ktoś wspomina, że płakał na Twoim ramieniu
Ktoś marzy o spotkaniu z Tobą
Ktoś wspomina, że bawił się z Tobą do białego rana
Ktoś wspomina, że marzył, by dzielić z Tobą swoje życie
Ktoś myśli, że byłeś JEDYNY NA ŚWIECIE
Ktoś wspomina, że chciał Ciebie chronić
Ktoś wspomina, że zrobiłby dla Ciebie wszystko
Ktoś wspomina, że bardzo go obchodziłeś
Ktoś prosi Ciebie o wybaczenie
Ktoś jest wdzieczny za Twoje wybaczenie
Ktoś chciałby się z Tobą pośmiać
Ktoś pamięta o Tobie
Ktoś chciałby Ciebie wysłuchać
Ktoś podziwiał Twoją mądrość
Ktoś chciałby, żebyś teraz z nią/nim był
Ktoś modli się za Ciebie gorąco
Ktoś dziękuje Bogu za Twoją obecność w jej/jego życiu
Ktoś pragnie wiedzieć, że Ty nadal kochasz ją/jego bezwarunkowo
Ktoś czeka na wiadomość od Ciebie
Ktoś wspomina, jak bardzo jej na Tobie zależało
Ktoś myśli o Tobie dzień i w nocy
Ktoś chce opowiedzieć Ci swój sen
Ktoś jest Ci wdzięczny
Ktoś chciałby Cię wziąć w ramiona
Ktoś pragnie, abyś to Ty wziął go w ramiona
Ktoś ceni Twoją duszę
Komuś się śnisz
Ktoś chciałby zatrzymać dla Ciebie czas
Ktoś dziękuje Bogu za Twoją przyjaźń i miłość
Ktoś żałuje, że nie poznał Ciebie lepiej
Ktoś nie może doczekać się, aby zobaczyć się z Tobą
Ktoś kocha Ciebie za to, kim byłeś
Ktoś chciałby podzielić się z Tobą swoim marzeniem
Ktoś uwielbiał być w Twoim towarzystwie
Ktoś chciałby się do Ciebie przytulić
Ktoś kochał Twój uśmiech
Ktoś chce, abyś wiedział, że zawsze będziesz w jego/jej myślach
Ktoś pragnął, abyś go nigdy nie opuścił
Ktoś cieszy się, że byłeś jego/jej najlepszym przyjacielem
Ktoś chciał być Twoim przyjacielem
Ktoś był Ci bardzo oddany
Ktoś marzył o Tobie po nocach
Ktoś żył dzięki Tobie
Ktoś pragnął być przez Ciebie zauważony
Ktoś żałuje, że się do Ciebie nie zbliżył
Ktoś pragnął, by być przy Tobie blisko
Ktoś za Tobą tęskni
Ktoś w Ciebie wierzył
Ktoś potrzebował Twojej opieki i rady
Ktoś pragnął Ciebie całym sercem
Ktoś myśli o Tobie czule
Ktoś pragnie otrzymać od Ciebie taki list
Ktoś potrzebuje Twojego wsparcia
Ktoś potrzebuje Twojej wiary w niego/nią
Ktoś potrzebuje Twojej przyjaźni
Ktoś słucha piosenek, które Ciebie przypominają
KTOŚ BARDZO OCZEKUJE OD CIEBIE TYCH SŁOW...
Ktoś będzie płakać ze wzruszenia, gdy to przeczyta.
                                                                                             
                                                                                           Twoja mama