wtorek, 12 kwietnia 2011

Kochamy wciąż za mało i stale za późno

Ponad tydzień temu minęła kolejna trzecia rocznica śmierci mojego Syna. Jak do tej pory robię wszystko, aby tylko nie zabrać się do pisania na ten właśnie temat. Zastanawiam się, skąd się to u mnie bierze, dlaczego akurat, tak dziwnie się zachowuję? Jedyna sensowna myśl, która przychodzi mi do głowy to ta, że na ten moment nie jestem w Polsce i nie czuję atmosfery, miejsca i emocji, jakie byłyby ze mną, gdybym była w domu. Już parę razy, zauważyłam u siebie pewną moją prawidłowość, iż jeśli wyjeżdżam poza miejsce zamieszkania, to wówczas przestawiam się na inne tory myślenia. Powiedziałabym, że dzieje się to, poza moją wolą i kontrolą. Tak, jakbym zamykała na chwilę drzwi od "ciemnej komnaty" i jakiś dobry duszek szeptałby mi do ucha: zostaw za sobą smutek, problemy, cmentarz i tak tutaj powrócisz...

Ja, odbieram tę reakcję w kategoriach samoobrony własnego organizmu. Czuję wtedy, że moja psychika broni się przed ciężarem zmartwień i daje mi trochę odpocząć. Przecież za kilka dni znowu będziesz w swojej smutnej rzeczywistości, a teraz jedź, zregeneruj się, spróbuj trochę odpocząć - nie uciekniesz od tego! To wcale nie znaczy, iż zapominam o tym, co zostawiam, ale bywam wtedy zajęta bieżącymi sprawami. Oczywiście wracam, ale wówczas kołacze się we mnie inna "pokutna myśl", że nie było mnie przez kilka dni przy moim Synu. Wiem, że to, co napisałam może być trudne w odbiorze, niezrozumiałe dla kogoś i mogę zaraz usłyszeć: kobieto, życie toczy się dalej, a ty nie możesz biegać ciągle na cmentarz, pewnych spraw już się nie cofnie, zacznij żyć tu i teraz! Być może w ramach troski, ktoś nawet zaproponuje wizytę u psychologa. Powiem tak, ja jestem dosyć dobrze obeznana ze sposobami przeżywaniem żałoby w sposób teoretyczny, ale gorzej wychodzi mi to w praktyce. Uważam, że i tak poczyniłam postępy, iż nie chodzę tak często na cmentarz, jak miało to miejsce jeszcze niedawno, czyli codziennie. Wiadomo, że gdybym była teraz w Polsce na pewno ten dzień przeżywałabym inaczej, bardziej emocjonalnie, a tak jestem oddalona dziesiątki tysięcy kilometrów. Wiem też, że po powrocie zrobię dokładnie to, co zrobiłabym, gdybym była trzeciego kwietnia blisko mojego Syna. Z pewnością odbędzie się msza w Jego intencji, powiadomię rodzinę i znajomych, pójdę na cmentarz, kupię jedną, długą karminową różę taką jaką On zwykł dawać mi z okazji jakichś uroczystości. Posiedzę nad Jego grobem i powiem Mu, jak za Nim tęskniłam i jak cieszę się z powrotu do domu. W samym domu zapalę świece, powyciągam trochę zdjęć i ustawię je na komodzie...

Niedziela (dzień rocznicy) była smutna, kupiłam bukiet kolorowych tulipanów, zapaliłam świecę i pomodliłam się. Tamten dzień z przed trzech lat pamiętam tak, jakby to wszystko było wczoraj i bardzo chciałabym pamiętać o nim już do końca. Opiszę go, co wtedy zaszło, ale jeszcze nie teraz, nie na tym etapie. Wydaje mi się, że od samego początku coś dziwnego dzieje się z tą moją żałobą. Wiem już, że każdy człowiek przeżywa ją po swojemu w różnym tempie i o tych sprawach (zachowaniu, emocjach) nie powinno się dyskutować, czy też oceniać ich.

Momentami czuję się tak, jakbym była "emocjonalnie zamrożona" i wtedy kompletnie nic do mnie nie dociera. Jak to, mój Syn nie żyje? Co to znaczy, że Jego nie ma i już nie będzie, jak mam przyjąć do wiadomości fakt, że On nigdy już nie powróci i powinnam zrobić coś z Jego osobistymi rzeczami. Do tej pory, żeby jakoś egzystować "wkręciłam" sobie film o "synu marnotrawnym", który gdzieś wyjechał, nie wiem dokąd, nie utrzymuje ze mną żadnego kontaktu, nie wiem kiedy i czy w ogóle wróci! Jak na razie takie życie w iluzji pomagało mi przetrwać, ta forma zaprzeczania powodowała, że nie mierzyłam się z rzeczywistością, żeby uspokoić powiem tylko, że wiem o konsekwencjach takiego postępowania, ale do tego czasu nie mogłam inaczej! BÓL ZMIERZENIA SIĘ Z PRAWDĄ Z RZECZYWISTOŚCIĄ BYŁ DLA MNIE ZBYT SILNY! To była i jest nadal moja próba przeżycia w tym świecie - wiem też, co jest pocieszające, że nie można reszty darowanego czasu przeżyć w ułudzie, ale wiem też, że na wszystko przyjdzie pora.

Po powrocie do domu będę chciała w szczególności przeprosić moją Mamę i powiedzieć Jej, że dopiero teraz rozumiem Jej ból i łzy po śmierci Filipa. Mój Syn był dla Niej pierworodnym wnukiem. Kiedy przyszedł na świat, moja Mama była wtedy jeszcze młodą, energiczną, zadbaną i elegancką kobietą sprawiającą wrażenie, że równie dobrze, to Ona mogłaby być jego Mamą. Ja w tym czasie studiowałam, więc Mama bardzo pomagała mi w opiece nad dzieckiem. Pamiętam pierwszą kąpiel Filipa - ja umierałam ze strachu, że zrobię Mu krzywdę, a Mama z czułością myła Mu główkę. Ja byłam przydatna tylko do polewania Jego ciałka wodą, żeby nie zmarzł w kąpieli. To Mama była moją najlepszą nauczycielką - pokazała mi, jak zrobić masaż brzuszka, kiedy krzyczał z powodu kolki jelitowej, to Ona nosiła Go po nocach na rękach, kiedy czasami nie mogło Mu się odbić po jedzeniu (ja w tym czasie uczyłam się do egzaminów, a mąż pracował na zmiany). Było ciężko, ale zawsze mogłam liczyć na Jej pomoc. Nie wiem dlaczego, ale tak mi się teraz przypomniało, że Filip całe życie mówił do jednej i do drugiej babci - babcia, a nie np. babciu, zwracając się przy tym z takim specjalym tylko dla Nich obu zrozumiałym akcentem.

W chwili kiedy to piszę świeca pali się w pokoju, jest taki miły nastrój i gdzieś tęsknota za czymś czego już nie ma i nigdy nie będzie... Dlatego "śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Dlatego też śpieszmy się Ich przepraszać, jeśli czujemy taką potrzebę. Ja spróbuję przeprosić moją Mamę za to, że nie mogłam znieść Jej łez, kiedy tylko zaczynałyśmy mówić o Filipie, że nie mogłam wytrzymać tego napięcia, bo Ona, jako Babcia płakała, a ja dusiłam się w środku. Mimo rozrywającego bólu trzy miesiące po Jego śmierci jeszcze nie popłynęła mi ani jedna łza. Czułam się odrętwiała, "zamrożona" od środka. Teraz jest u mnie 11 w nocy, siedem godzin różnicy - to u Ciebie Mamo, jest szósta rano, wstaje nowy dzień. Znając Ciebie, z pewnością modlisz się już na różańcu o spokój duszy swojego wnuka, tak jak co dzień. Dlaczego, tak trudno czasami powiedzieć: kocham Cię Mamo, przepraszam, że wtedy nie rozumiałam Twojej tak wielkiej rozpaczy, że momentami byłam zazdrosna o te Twoje "babcine łzy"? Teraz czuję, rozumiem i przepraszam. To Ty uczyłaś mnie miłości do moich dzieci - dziękuję Ci za te lekcje życia, chociaż bywało, że buntowałam się przeciwko Twoim metodom, ale po latach przyznaję, że to Ty miałaś rację. Dziękuję, że Ty jesteś moją Mamą. Przepraszam, zrobiło się trochę łzawo, ale i taki nastrój czasami jest potrzebny. A tak do przemyślenia...

"Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy (...)
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego.(...)
Kochamy wciąż za mało i stale za późno.
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą (...)"

ks. Jan Twardowski, tomik "Miłość za Bóg zapłać"

Dopala się świeca, pora spać... Dzięki tym wspomnieniom dane mi było chociaż przez chwilę pobyć z moimi bliskim. Synku, czy to znaczy, że już czas, by powiedzieć Ci do widzenia? Jeszcze nie, proszę...                                                                                      

                                                                                                          Clara 

10 komentarzy:

  1. Tak, jakbym widziała siebie i moją Mamę...

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, u mnie po ponad trzech latach od śmierci Mamy ciągle czasem wraca jeden sen: że tak naprawdę Mama żyje, tylko nie było jej jakiś czas i właśnie wróciła. Męczący sen, bo nawet w tym śnie się nie możemy porozumieć... choć i to się zaczęło zmieniać.

    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  3. Margerytko, na swój sposób jesteś szczęśliwcem, bo masz chociaż sen o Mamie. Ja bardzo chciałabym, aby przyśnił mi się Filip lub mój mąż, a tu pustka przeogromna...
    Może nadszedł czas, żebyś znalazła drogę do Mamy, widać nie jest za późno. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Nasze relacje nie były dobre... może też dlatego trudno mi sobie to do końca poukładać.

    Może faktycznie, gdybym nie miała tych snów... byłoby jeszcze trudniej...

    OdpowiedzUsuń
  5. Margerytko, podobno trzeba spróbować zamknąć jedne drzwi, aby otworzyć następne! Wiem, że to łatwo się pisze, gorzej z wykonaniem. Może chociaż podejmij próbę, a zobaczysz jak się czujesz.

    OdpowiedzUsuń
  6. Od niedawna zaczęłam coś pisać. Swoją drogą blog, (na którego zresztą zapraszam) a swoją drogą... coś, co ma mi pomóc poukładać w głowie to wszystko. Jeśli się spodoba- będzie nie tylko do szuflady pisaniem.

    W ogóle bardzo doceniam to, co daje mi pisanie.

    Mam nadzieję, że Ci nie przeszkadza, że adres Twojego bloga umieściłam w linkach na swoim blogu? Chcę do Ciebie zaglądać a tak mi najwygodniej...

    Jest też coś takiego, że niejako samo życie "domaga się", żebym uporządkowała to co między mną a mamą...

    Jakiś czas temu potrzebowałam rady znajomej mojego znajomego. Nawiązała się z tego ciekawa znajomość. Czasem mówimy o sobie nawzajem jako o "przyszywanej mamie" i "przyszywanej córeczce" co nawet wiekowo jest w sam raz;)

    Wiele rzeczy wraca, ale też goją się stare rany.

    OdpowiedzUsuń
  7. Margerytko, to chyba dobrze, że piszesz, może ktoś coś weźmie dla siebie. Jasne, że nie przeszkadza mi umieszczenie mojego adresu u Ciebie, bo też jest nadzieja, że przy okazji ktoś nowy zajrzy.
    Nie chcę się wymądrzać, ale te relacje z "przyszywaną" mamą i córką mogą spowodować samo dobro. To coś, czego nie zdążyło się dać biologicznej mamie czy córce, może chociaż w nowej formie zacznie przynosić korzyści. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam Ci odpisać, ale skończyło się całą notką, którą podsyłam:

      http://margerytkowo.blogspot.com/2012/01/nic-mi-nie-da-rozpamietywanie.html

      Pozdrawiam ciepło

      Usuń
  8. Margerytko, przeczytałam, wpis na Twoim blogu i wiesz co, nie do końca się zgadzam w kwestii dotyczącej żalu etc. Wydaje mi się, że ten żal trzeba z siebie próbować wywalać, wtedy, gdy on napływa niczym krytyczna fala. Ja i tak zaglądam do Ciebie często.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wiesz, ja ciągle szukam odpowiedzi jak to sobie poukładać, co dla mnie jest dobre a co nie... i chwilami naprawdę nie wiem. Co do wywalania, pewnie masz rację, ale nie chcę pozwolić by żal do Mamy mocno wpływał na moją relację z "przyszywaną mamą". Czytałaś może "Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd?

    OdpowiedzUsuń

Drogi Gościu,

Zanim napiszesz choćby jedno słowo, nie krytykuj, nie osądzaj, tak od razu! Znasz raptem mój pseudonim, ale nie znasz mojej historii...