sobota, 5 października 2013

Jak trzcina na wietrze

Gdy przyjmowano na oddział półotwarty mojego syna w jednym z najważniejszych ośrodków medycznych w Polsce, utkwił mi w pamięci moment pożegnania z nim. Filip spojrzał na mnie i powiedział: cześć mamo, tak po prostu, tak jak zwykle żegnaliśmy się. Wtedy jeszcze nie przeczuwałam, że widzę syna po raz ostatni w życiu. Wydawało mi się, że wyposażyłam go we wszystko, co było potrzebne na przetrwanie tych kilku tygodni w oddziale. Wiedziałam, że niebawem przyjadę, aby odwiedzić go i porozmawiać z lekarzem prowadzącym. To było bodajże dwanaście długich, męczących dni, które Filip tam spędził i przez ten czas nie czuł się dobrze - wspomniałam o tym w poprzednim poście. Potrafił dzwonić do mnie w nocy, mówiąc, że źle się czuje i nie może spać. Szedł wtedy do dyżurki i prosił o tabletkę na sen. Przez cały jego pobyt słyszałam prośby, abym zabrała go do domu. On prosił mnie, a ja błagałam jego o wytrwanie, o kolejny dzień, gdy zmienią mu leki, zrobią kolejne badania i wreszcie stanie się cud - zacznie czuć się lepiej! Ten ośrodek medyczny miał być dla nas tą ostatnią deską ratunku! Pamiętam scenę na kilka dni przed wyjazdem do szpitala, gdy Filip stał przed lustrem (już wtedy zmieniał fryzurę, odchodząc od krótkich włosów), patrzył na te swoje mocne, ładne włosy i mówił, że dobrze się składa, iż pobędzie w tym szpitalu przez jakiś czas, akurat włosy fajnie odrosną i na wiosnę pokaże nowego siebie. Może czytając te słowa, ktoś pomyśli o jego próżności, że tylko wygląd miał dla niego znaczenie. Nic bardziej mylnego! Takie sytuacje, ja odbierałam jako sygnał, że chce mu się cokolwiek robić przy sobie, czyli, że czuje się lepiej, albo, gdy kupił sprzęt do robienia tzw.brzuszków. Sam widział, że pod wpływem branych leków, małego ruchu, jego sylwetka zmieniła się. Poruszał się ociężale, wyglądał jak nadmuchany balon! Nie lubił siebie takiego!

Ostanie dni z życia Filipa, pamiętam z doskonałą precyzją, mimo iż przesuwają się szybko jak na czarno-białej kliszy. Miałam przyjechać w najbliższą środę, aby porozmawiać z psychologiem, bo Filip stwarzał trudności w grupie. Nie chciał brać udziału w zajęciach, leżał tylko ze słuchawkami na uszach, odgrodzony od reszty świata. Przez ten czas miałam z nim kontakt jedynie telefoniczny. Chciałam, aby nie czuł się samotny. Leżąc w szpitalu w naszym mieście, odwiedzałam go prawie codziennie, a tu dzieliła nas odległość ponad trzystu kilometrów. Rozmawialiśmy praktycznie codziennie, dlatego też wiedział o moim przyjeździe i mówił, że się cieszy. Niestety, ale nie zdążyłam już się z nim spotkać... Minęła kolejna sobota pobytu Filipa w oddziale, taki normalny, weekendowy dzień jak w każdym innym szpitalu. Jeden lekarz dyżurny zabezpieczający trzy oddziały, sporo pacjentów na przepustkach, cisza, spokój. W końcu nastała niedziela, ta ostatnia niedziela w życiu mojego syna... Pamiętam, że zrobiłam sobie poranną kawę i nie wiem dlaczego, ale przemknęła mi myśl, że oto jestem spokojna i szczęśliwa, bo przecież Filip jest w najlepszym ośrodku w Polsce i jeśli tam mu nie pomogą, to znaczy, że już nigdzie! Zadzwoniłam do niego, powiedziałam, że nie mogę doczekać się przyjazdu i odliczam godziny! Z zasady nie patrzę na zegarek, kończąc rozmowę, ale wtedy spojrzałam, była 10:34. Teraz z perspektywy, wydaje mi się, że ta niedziela niby była normalna, ale zarazem jakaś inna w swojej wymowie. Po całym tygodniu pracy, nie chciało mi się dokądkolwiek wychodzić, ale tym razem uległam namowie rodziców, którzy zaprosili mnie na niedzielny obiad. Przypominam sobie, że kiedy wychodziłam od nich, stałam w przedpokoju, żegnając się z nimi. Wtedy usłyszałam fragment nadawanego filmu "Na dobre i na złe". Dostrzegłam dobiegający z telewizora ciemny, prawie czarny obraz filmu. Zdziwiło mnie to bardzo, bo treść serialu znałam i wiedziałam, że raczej nie ma tam mrocznych scen, a tu jakiś prawie że zamazany obraz. To zdarzenie musiało wywrzeć na mnie jakieś złe wrażenie, skoro do tej pory pamiętam go bardzo dokładnie! I znowu zerknięcie na zegarek - około 16.

Wróciłam do domu, nie mając żadnych złych przeczuć. Tego wieczoru, zadzwoniłam do mojej przyjaciółki. Rozmowa upłynęła nam na wspominkach i ogólnej radości - byłam spokojna i rozluźniona. I znowu zegarek wskazywał 19:10. Który to już raz tego dnia kontroluję czas?! Wyłączyłam swój telefon komórkowy na noc, zresztą zawsze tak czynię. Jednak coś nie dawało mi spokoju... Pomyślałam sobie, że lepiej go włączę, bo gdyby Filip chciał zagadać w nocy, to muszę mieć z nim kontakt, nie chcę, aby się zdenerwował! A tu nagle usłyszałam nagrany na sekretarce jakiś nieznany, męski głos, który prosił o kontakt z oddziałem. Było około godz. 20:30 kiedy zadzwoniłam. Lekarz dyżurny spytał dla upewnienia, czy jestem matką Filipa, po czym powiedział, że dziś mój syn miał próbę samobójczą! Odrzekłam zniecierpliwiona, iż wiem, że nie była to pierwsza próba, ale kiedy chciałam zapytać już - jak się syn czuje, on powiedział: PANI SYN NIE ŻYJE, POPEŁNIŁ SAMOBÓJSTWO! MIMO UDZIELONEJ POMOCY NIE UDAŁO SIĘ GO URATOWAĆ! Co wtedy czułam? Nie pamiętam! DLA MNIE ŚWIAT SIĘ ZATRZYMAŁ! Przez chwilę nic do mnie nie docierało, byłam głucha, nie mogłam zrozumieć, co do mnie mówił! Chyba nie chciałam tego słyszeć, zamknęłam się w sobie! Przecież to nie mogła być prawda! Jak to samobójstwo w szpitalu pod okiem personelu?! Pamiętam, że zaczęłam krzyczeć do słuchawki, że...ZABILIŚCIE MI SYNA! NAJPIERW MĘŻA, A TERAZ SYNA! WTEDY W JEDNEJ SEKUNDZIE JAKAŚ CZĘŚĆ MNIE TEŻ UMARŁA... Lekarz zapytał tylko czy mieszkam sama i czy teraz też jestem sama w domu? Czułam, że te moje spazmy i szlochy do słuchawki słyszy cały pion w klatce, ale nie obchodziło mnie to! Ten lekarz dalej mówił, że jest mu bardzo przykro, bo to on z personelem, reanimował Filipa, ale się nie udało! Poinformował mnie także, co w najbliższych godzinach powinnam zrobić oraz jakie są procedury na wypadek śmierci w szpitalu.

MÓJ SYN FILIP, PRZEZ DWADZIEŚCIA PARĘ LAT SWOJEGO ŻYCIA, KOŁYSAŁ SIĘ JAK TA DELIKATNA TRZCINA NA WIETRZE... RAZ OWIEWAŁY GO DELIKATNE PODMUCHY LEKKICH WIATRÓW, A CZASAMI SMAGAŁY WICHURY, PRÓBOWAŁY WYRWAĆ GO Z KORZENIAMI! AŻ NAGLE POWIAŁ TEN NAJSILNIEJSZY Z WIATRÓW I PORWAŁ MI GO... W CIĄGU PARU GODZIN STRACIŁAM SYNA BEZPOWROTNIE!
                                                                                                                       Clara