poniedziałek, 22 października 2012

Ja też musiałem żyć

Minął już rok od przykrych wydarzeń, które związane były z dewastacją nagrobków na dwóch dużych cmentarzach mojego miasta. W ciągu paru miesięcy ubiegłego roku, zniszczone zostały siedemdziesiąt dwa pomniki. Przez dłuższy czas, policja miała trudności z ujęciem sprawców. Pomniki dewastowali bezkarnie, od kwietnia do października 2011 roku. Na moje nieszczęście dwa nagrobki - męża i syna, zostały zniszczone właśnie w połowie października, czyli na krótko przed ujęciem szajki rabusiów.

Leżałam w szpitalu, gdy moi rodzice przedzwonili i powiadomili mnie, że zobaczyli zniszczone oba pomniki. Smutek, płacz, wściekłość, złorzeczenia mieszały się wszystkie w jednym kotle! O ile, potrafię przyjąć do wiadomości, ale nie zaakceptować, że ta sama szajka ukradła komuś telefon komórkowy, że wyrwała kobiecie torebkę, to nie mogę, nie potrafię i nie chcę pogodzić się z dewastacją pomników. Bynajmniej nie z tego tylko powodu, że sama padłam ofiarą tak haniebnego czynu! Wiadomo, że są sprawy o różnej skali przestępczości, kat (sprawca) atakuje, ofiara próbuje się bronić. A jak ma obronić się nieżyjący? Najprościej przecież jest pójść na cmentarz i wyrwać kwiaty z ziemi, ukraść znicze czy świeżą wiązankę, tego wszystkiego już doświadczyłam! Według mnie, te kradzieże, to była znikoma szkodliwość czynów w stosunku do tego, co sie wydarzyło!

Pomnik syna, był bardziej zdewastowany niż pomnik meża. Złodzieje, wyrwali z kamiennych płyt krzyż, litery, które tworzyły imię i nazwisko oraz liczby, składające się na datę narodzin i odejścia. Niektórych liter, bardziej osadzonych w pionowej ścianie pomnika, nie mogli wyrwać i tak zostawili. Obraz tego, co zobaczyłam, był ciężki do przeżycia! Różne myśli kłębiły się w głowie, począwszy od pytań o powody dla których, ktoś mógł to zrobić, po wymierzenie kary takim złoczyńcom! Za dwa tygodnie miało nadejść Wszystkich Świętych, a moje dwa nagrobki, straszyły swoim wyglądem, przechodzących alejką ludzi. Zgłosiłam sprawę na policji, spisano protokół i kazano czekać. Oczywiście, musiałam uprosić zakład kamieniarski, aby pracownik przyjechał i zamontował nowo zakupione ozdoby. Nie wiedziałam, czy zdążą do 1 Listopada?! Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że dewastacji pomników musięli dopuścić się jacyś amatorzy. Koszt nowych liter, wyniósł mnie osiemset złotych, a złodzieje po pokrojeniu ich na kawałeczki oraz zaniesieniu do punktu skupu złomu, mogli dostać nie więcej niż 20-30 zł! Powód? Najprawdopodobniej, złodzieje ci, byli przekonani, że litery wykonane są z mosiądzu, a one, niestety dla nich, wykonane były z brązu! Kłopoty, strata finansowa, wszystko to powodowało, że kierowana chęcią zemsty, postanowiłam odzyskać poniesione z tym koszty.

Po paru miesiącach, dostałam pierwsze powiadomienie z sądu, że złapali szajkę i toczą się przeciwko nim sprawy. Jako osoba pokrzywdzona, miałam prawo wglądu w akta tychże spraw. Byłam pewna, że, chcieli się dobrze zabawić, bo przy innych nagrbkach, kradli ozdoby wykonane z mosiądzu i mieli z tego zysk, ale w moim przypadku mieli pecha! Natrafili na ozdoby z brązu a nie z wymienionego wyżej kruszcu. Nie miałam ubezpieczonych pomnków, dlatego wszelkie koszty, musiałam pokryć sama. No cóż, od tygodnia wiem już wszystko, że nie odzysakm nawet złotówki, ponieważ sprawcami, okazali się dwaj czternastoletni chłopcy z patologicznych rodzin. Hersztem bandy był 33 letni meżczyzna, o ironio, chory na schizofrenię, dowożony na sprawę ze szpitala psychiatrycznego! Na pytanie sędziego: dlaczego i po co to robił? Odpowiedział krótko: ja też musiałem z czegoś żyć, proszę Sądu! Mam tylko czterysta pięćdziesiąt złotych renty po potrąceniach, żyję samotnie, rodzina odwróciła się ode mnie - czytałam jego wypowiedzi. A pozostała dwójka chłopców? Totalna patologia, poznałam opinie biegłych, psychologów, etc. Obaj wychowywali sie w rodzinach z problemem alkoholowym, nie uczęszczają do szkół, kradną, sami piją, uciekają z placówek wychowawczych. Jeden z chłopców, mówił do pani psycholog, że kiedy był mały, to bardzo idealizował swoja mamę, która już wtedy piła i obwiniała go o całe zło tego swiata! Potem, gdy był już starszy, a matka dalej nie trzeźwiała, on miał żal do niej o swoje zmarnowane życie! Teraz, gdy matka nie pracuje, to on - syn, musi nakarmić ją oraz dzieci swojego brata! Stał się głównym żywicielem rodziny! Podobna sytuacja w rodzinie drugiego chłopca, gdzie jego dwaj bracia przebywają w zakładach karnych! To jest karygodne pomieszanie ról. To oni, ci chłopcy są ofiarami w tych rodzinach!

Mogłabym jeszcze długo o tym, ale po co? Tak myślę sobie, że może napisałam o tym zdarzeniu, aby pamiętać po latach, dlaczego po trosze rozgrzeszyłam tych trzech chłopców. Wiem, że takie zachowanie nie usprawiedliwia ich postępowania, ale po przeczytaniu tych historii, zrobiło mi się ich żal. Owszem, ja też poniosłam straty, też na swój sposób jestem ofiarą ich czynu, ale próbuję nie żywić urazy do nich. Jest mi strasznie przykro, że w ogóle do tego doszło, ale zadaję sobie pytanie: ci młodzi chłopcy są ofiarami, tak naprawdę czego? Systemu społeczno-ekonomiczno-politycznego, dysfunkcji w rodzinie, szkole itd. Znowu mogę wymieniać, ale zapytam egoistycznie: co to dla mnie znaczy? Teraz, naprawdę już nic!
                                                                                             
                                                                                                          Clara    



   

wtorek, 9 października 2012

"Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi"

Witam,

Kilka lat temu, gdy zostałam sama z nastoletnimi dziećmi po śmierci męża, dostałam do przeczytania książkę pt."Prorok" Gibrana. Trafiła ona do mnie w momencie, kiedy musiałam pomagać swoim dzieciom w podejmowaniu ich tzw. życiowych decyzji. To, o czym wtedy myśłałam i jakimi kryteriami się kierowałam, wsparcie jakiego dzieci wymagały ode mnie, ma swoje skutki do dziś. Nie wiem i zarazem boję się, czy decyzje, które wspólnie z Polą podjęłyśmy dotyczące jej wyjazdu do Stanów, okażą się trafne, czy też nie, a może sama historia osądzi! Ale one już zapadły i jak na razie droga, którą Pola podąża jest jej znana, a zarazem wyboista! Pisząc te słowa, obiecuję, że w następnym poście powrócę do spraw związanych z Filipem, ale jeszcze chciałabym wspomnieć o Poli, jako że parę dni temu odleciała do Stanów. Była cały miesiąc w domu, spędzałyśmy maksymalnie dużo czasu ze sobą, ale jak zawsze po jej wyjeździe powstaje ogromna, emocjonalna pustka.

Zastanawiam się, jaki wpływ na moje decyzje, dotyczące choćby Poli, miała wyżej wspomniana książka?! Pojawia się też pytaniae na które raczej nie dostanę odpowiedzi: czy treść tam zawarta trafiła do mnie, akurat w takim momencie mojego życia, żebym mogła pomóc w zaprogramowaniu pewnego etapu życia mojej córki? Na kartach tej książki jest fragment dotyczący dzieci. Próbowałam czytałać ten tekst ze zrozumieniem, conajmniej kilka razy, prawie ucząc się go na pamięć! Każde zdanie było ciężkie do przeanalizowania i zaakceptowania! Te słowa przeczyły wszystkiemu, czego dotychczas uczyłam się, negowały pewne schematy myślowe według których żyłam! Wreszcie kłóciły się z wartościami, które wyniosłam z domu rodzinnego! Kłuły jak ciernie, gdy czytałam, iż "chociaż są z wami (dzieci), nie są waszą własnością, możecie dać im miłość, ale nie myśli, one mają swoje własne myśli, ich dusze zamieszkują w domu przyszłości, do którego nie macie wstępu, nawet w swoich snach". Tych kilka w linijek tekstu było moim drogowskazem, co do pomocy Poli w jej trudnych planach na życie. Już wtedy wiedziałam, że nie mogę zawrócić jej z drogi, którą odnalazła! Wspominałam, że grała w tenisa w Polsce i stanęła przed wyborem: zawiesić "rakietki" na haku, czy podążać dalej po wybojach, ale z uśmiechem na twarzy?! Czułam, że po maturze nadszedł czas nie tylko jej życiowych wyborów. Nie chciałam ślepo wierzyć i naśladować autora tej książki, co mnie zresztą irytowało, ale zgadzałam się z nim! Tak, w moim odczuciu, on miał rację! Moja córka nie była i nie jest moją własnością i nie powinnam pragnąć, aby kiedykolwiek nią była, bo wówczas bardzo bym ją unieszczęśliwiła! Ona przyszła na ten świat przeze mnie, ale nie ode mnie! Ja, w pewnym sensie byłam jedynie pośrednikiem w jakimś Wielkim Planie Stworzenia! Ja, gościłam w sobie jedynie jej ciało, a nie duszę! Jej dusza zamieszkiwała w jej własnym domu przyszłości, dlatego więc, musiał nadejść w naszym życiu moment, że mimo iż mieszkała ze mną i Filipem, nie mogłam jej zatrzymać! To życie upominało się o nią! Chciała grać w Stanach w tenisa, dostając stypendium na egzystencję w tamtejszych realiach i tak było. Nie mogłam być egoistką jako matka, wprawdzie chciałam chronić ją przed drapieżnym światem, ale wiedziałam, że nie mogę trzymać jej pod matczyną spódnicą, ona musiała wyjść do świata! Chciałam, żeby Pola była na swój sposób szczęśliwa, żeby robiła w życiu to, co jest dla niej ważne. Wyznanie moich uczuć i myśli, jakie wtedy towarzyszyły mi, to bynajmniej nie patos, tylko prawdziwy, rzeczywisty tygiel emocjonalny w jakim się grzebałam!

Pragnęłam oczywiście, aby jakieś skrawki tych decyzji wyrwać dla siebie i Filipa. Nam obojgu wydawało się, że Pola pojedzie na cztery lata studiów, przeciągnie w czasie swoje marzenia, pozna świat i ludzi, i wróci... Kolejne słowa z "Proroka" krzyczały do mnie: "Możecie dać im miłość, lecz nie myśli". Dawałam więc i daję tę miłość, tak jak umiem i potrafię ją okazać, lecz nie mogłam narzucać własnych myśli, mogłam jedynie sugerować, podpowiadać, ale nie wymagać, by czyniła tak jak ja chcę, bo ona nie może być mną, ona musi być sobą! Zadałam sobie jeszcze pytanie: czy Pola wróciła do swojego rodzinnego domu, czy jej właściwy dom jest naprawdę tam daleko, daleko z kimś, kto na nią czeka?! Odpowiedź nadeszła sama, że ona wyfrunęła już z gniazda! Teraz sama mości sobie swoje, nowe gniazdko i ma do tego prawo, bo taka jest natura człowieka. Tak, przyjechała, ale nie wróciła do domu rodzinnego. Dawniej Filip był ze mną,więc nie czułam takiej samotności, zresztą on również aprobował jej wyjazd. Dziś wszystko się zmieniło. On też gdzieś wyjechał, nie podając adresu..., tylko kto i dlaczego nakazał mu, aby mnie zostawić?! Czy wyjazd Poli nie był wystarczającym powodem do tęsknoty? To nie fair! Jeśli dobrze rozumiem słowa "Proroka", to ja powinnam próbować nadążać za Polą, aby zrozumieć jej świat! Nie umniejszam oczywiście swojego doświadczenia życiowego czy moich rodziców, czy też w ogóle ludzi starszych, bowiem dźwigamy z mozołem swój bagaż doświadczeń, którego młodzi z racji wieku, posiadać nie mogą! Wiem także, że obojetnie, kto jest tym Łucznikiem z pewnością chce dla naszego Dziecka dobrze!


                                                                                                           Clara