wtorek, 19 kwietnia 2011

Jeśli ktoś jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem


Witam,

Przez ostatnie kilkanaście dni przypomniałam sobie o wielu aspektach dotyczących przeżywania żałoby bądź zatrzymania się jej na jakimś etapie. Wiele nowych spraw dotarło do mnie na które wcześniej nie zwracałam uwagi, a na kolejne spojrzałam zupełnie inaczej niż dotychczas. W którymś z poprzednich postów wspomniałam, że w pierwszych tygodniach po odejściu Filipa nie mogłam i nie chciałam spotykać się z moją mamą. Jeśli tylko rozmowa schodziła na Jego temat, moja mama zalewała się łzami, a ja czułam się przy Niej okropnie - jak jeden wielki "emocjonalny lodowiec". Właściwie mogę śmiało powiedzieć, że nie czułam nic, tak jakby ktoś podał mi zastrzyk znieczulający nerwy. Nastapiło we mnie całkowite zamrożenie emocji. Chociaż nie... parę negatywnych uczuć, jednak tkwiło niczym drzazga, która potwornie doskwierała. Pojawiała się też niechęć, wściekłość, zdenerwowanie, poirytowanie, ale wówczas wydawało mi się, że te przykre reakcje kieruję na moją mamę! W istocie tak było, ale jak to możliwe, że moja mama będąc babcią tonie w morzu łez, a ja... matka? Co się ze mną dzieje? Czyżbym była tak wyrodną matką, że po własnym dziecku nie mogę, nie potrafię płakać? Do tej pory było to tylko nędzne pojękiwanie. Czułam pieczenie, rozrywający ból w okolicy klatki piersiowej, ale ani jedna łza nie popłynęła. Wpadałam w jakieś potworne poczucie winy, że skoro byłam taką zimną matką, to nie dziwota, że mój syn miał mnie dosyć. Niestety, ale naprawdę w tym ponurym czasie, tak o sobie myślałam. Potem dotarło do mnie, że nie denerwowałam się na mamę, tylko na samą siebie, bo nie radziłam sobie ze swoimi emocjami. Przecież każdy ma prawo opłakiwać kogoś, tak jak mu serce dyktuje, co mnie do tego?!

Pewnego razu mniej więcej po ośmiu miesiącach od śmierci Filipa, będąc u kresu wytrzymałości psychicznej zapakowałam parę rzeczy i pojechałam sama na weekend nad nasze (moich dzieci i moje) ukochane morze. Nie wiem dlaczego, ale bez większego zastanowienia przy pakowaniu wrzuciłam do torby również kolorową sukienkę i szpilki. Być może ktoś powie z oburzeniem: jak to możliwe, że upłynęło dopiero osiem miesięcy od śmierci syna, a ona pakuje już kolorową sukienkę? To był z mojej strony odruch! Jeszcze wtedy nie rozumiałam, dlaczego tak postapiłam.

Moja córka i ja nie nosiłysmy po Filipie żałoby w sensie czarnego koloru. NIE MOGŁYŚMY TEN KOLOR NAS PRZERAŻAŁ, ZABIJAŁ! Ja nosiłam ubrania w kolorze czarnym w czasie innej, wcześniejszej żałoby. O dziwo, tak bardzo zrosłam się z tym kolorem, wręcz chowałam się za niego do tego stopnia, że rodzina i znajomi pytali, czy już na zawsze pozostanę w czerni, a teraz co się ze mną stało? Nie wiem, jak córka, ale żeby nie zwariować, ja poszłam w kierunku zaprzeczania! Bo jak można nosić żałobę po kimś, kogo nie ma, przecież nie wiem dokąd syn pojechał, nie wiem kiedy i czy w ogóle wróci?! JEGO TYLKO NIE MA I TO WSZYSTKO! Takie myślenie pozwalało mi przetrwać kolejny dzień. Owszem, nosiłyśmy ciemne rzeczy (granatowe, szare), ale rzadko bądź prawie nigdy czarne z wyboru!

A tu nagle zabieram ze sobą wrzosowo - różową sukienkę, po co? Pobyt miałam zarezerwowany w jakimś cichym ośrodku na uboczu. Traf chciał, że akurat był tam początek turnusu i po kolacji miał się odbyć, jakiś wieczorek zapoznawczy dla kuracjuszy. Na posiłku, osoby od mojego stolika zaprosiły mnie na ten wieczorek. I od tego momentu zaczęłam się czuć tak, jakbym odgrywała jakąś kiepską rolę napisaną specjalnie dla mnie. Ubrałam tę swoją kolorową sukienkę, szpilki, zrobiłam bardzo staranny makijaż, użyłam perfum, których zapach mój Syn, tak bardzo lubił i poszłam. Już wtedy, gdy robiłam sobie makijaż, chciałam przekonać się, na ile moja twarz się zmieniła. Od śmierci Filipa nie malowałam się, zapomniałam, że istnieje farba do włosów, a moje siwe odrosty przeszkadzały wszystkim, tylko nie mnie. I nagle coś makabrycznie mi odwala! Fryzura, puder na podpuchniete powieki, pomadka na usta, a właściwie na dwie ciągle zaciśnięte niteczki.
Moje dzieci zawsze "ustawiały" mnie, były takimi strażnikami mody, pilnowały, karciły. Po śmierci Syna pozostałam głucha i uodporniona na ciągłe nawoływania córki, która wprost mówiła mi, że wstydzi się chodzić ze mną nieumalowaną, że nienawidzi moich siwych włosów, że ludzie już mnie nie poznają. Wiem, że próbowała wtedy mną potrząsnąć z marnym skutkiem.

Kiedy już robiłam się tak na wyjściowo, wydawało mi się, że to wszystko, co zostawiłam w domu (cmentarz, smutek) jest niczym koszmarny sen, który minie po tym, jak zmienię się, przeobrażę, tak jak za dawnych czasów, przecież do cholery, nie tak odległych! Muszę się w końcu z tego letargu obudzić, a to wszystko nie może być prawdą! Tak jak w tej bajce o księciu i żabie kiedy książe całuje żabę, ona zamienia się w piękność... Ja też pragnęłam ZAMIANY, ale swojego życia! Chciałam wyjść na tę imprezę, zatrzasnąć "drzwi smutku" za sobą... i wrócić do nowego lepszego świata pozbawionego bólu. Czy ktoś w ogóle jest w stanie zrozumieć, o czym piszę?

Tam na tej sali nikt nie znał przecież mojej historii, a na parkiecie byłam anonimowa. Przeszłość została kilkaset kilometrów ode mnie - NIE CHCIAŁAM JEJ! Tylko momentami pojawiał się lęk, że od rzeczywistości nie ucieknę, co ja tu robię! A ja na tym parkiecie tańczyłam, aż do utraty tchu w osiem miesięcy po śmierci Syna! Chciałam paść z wysiłku, chciałam "zatańczyć" się na śmierć, niczym alkoholik zapić się na śmierć, żeby nie czuć bólu istnienia! Albo wrócić z nadzieją, że były to demony przeszłości, które wyrzuciłam ze swojego życia! Tak bardzo nie chciałam wracać do pokoju w obawie, że te demony zła nie uciekły, że one gdzieś tam cały czas na mnie czekają. Oczywiście, ucieczka od rzeczywistości nie powiodła się! A w lustrze przy zmywaniu makijażu zobaczyłam znowu starzejącą się smutną kobietę. Moje nerwy nie wytrzymały tego napięcia i zwymiotowałam, bynajmniej nie od wypiciu jednej lampki wina. Chyba w końcu dotarłam do zakamarków swojego serca, bo wreszcie pierwszy raz od tylu miesięcy zaczęłam płakać. To nawet nie był szloch, to było wycie.
Dopiero nad ranem przyszła ulga..., ale zaraz za nią znowu pojawiło się poczucie winy. "Kamienowałam" się bezlitośnie o wszystko! Od tamtej pory minęło już sporo czasu, a dalej są dni, kiedy ciężar win mnie przytłacza.
JEŚLI KTOŚ JEST BEZ WINY, NIECH PIERWSZY RZUCI WE MNIE KAMIENIEM...


                                                                                                     Clara Fabio

10 komentarzy:

  1. Wstrzasajace .Tak bardzo realne...jakbys opowiadała moja historie.Niech wiec tn kto jest bez winy.....

    OdpowiedzUsuń
  2. Do Anonimowy...wiesz, ja na pewno pierwsza nie rzucę ani w Ciebie, ani w kogoś innego kamieniem, bo nie osądzajmy poczynań drugiego człowieka, nie jesteśmy w stanie zrozumieć pobudek, którymi on się kierował. Dziękuję, że zatrzymałaś się przy tym tekście. Bardzo się bałam, gdy go już napisałam że ktoś mnie "psychicznie ukamienuje"

    OdpowiedzUsuń
  3. Claro Fabio bardzo goraco życzę Ci tego, abyś dała sobie prawo do przeżywania absolutnie wszystkich uczuć. Żadne uczucie nie jest moralnie złe. Każdy mądry ksiądz również Ci to powie. Każde Twoje uczucie jest częścią Ciebie i musisz się na nie otworzyć, bo inaczej będzie zalegało w Tobie jak nie przetrawione jedzenie (przepraszam za to skojarzenie). Dlatego pzwól sobie na przeżycie złości (nawet do Pana Boga), bunu przeciwko całemu światu, może nawet złości na najbliższe Ci osoby. Inaczej się od tego nie uwolnisz. A jeśli pozwolisz sobie przeżyć te emocje, to one stopniowo odpłyną od Ciebie. Potem bedzie już tylko spokój i przebaczenie. Jeszcze jedno. Przestań się, proszę, tłumaczyć bez przerwy przed całym światem z tego, co poczułaś, z tego co zrobiłaś. Masz prawo robić to, co w danym momencie uważasz za dobre dla siebie samej i swoich bliskich. I nic nikomu do tego. Nawet jeśli by się to komuś nie spodobało, to nie powinno Ciebie to obchodzić, bo nikt nie jest w stanie postawić się w Twojej sytuacji i zrozumieć Ciebie do końca. Przypuszczam że wiele osób by sobie kompletnie na Twoim miejscu nie poradziło. Jesteś dzielna. Dbaj o siebie. Filip chce żebyś była szczęśliwa. A gdy córka patrzy na szczesliwą mamę to jej też jest znacznie łatwiej ułożyć sobie życie. Pola potrzebuje teraz tego, żebyś Ty się pozbierała i miała swoje szczęśliwe życie. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Do Anonimowy z 09 listopada - Nie wiem kim jesteś, ale ważne, że JESTEŚ, że chciałaś pochylić się nade mną i poświęcić swój czas. Każde zdanie ma głęboki sens, każde jest ważne, podejrzewam, że nie tylko dla mnie. Masz rację, że ciągle i ciągle tłumaczę się przed całym światem, tracę przy tym resztki swojej energii! Dlaczego jestem emocjonalnie zablokowana? Dlaczego nie dopuszczam do siebie uczuć, zupełnie tak, jakbym była w jakimś niewidzialnym kokonie - to strasznie ciężkie. Dziękuję za Twój komentarz.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytałaś książki Beaty Pawlikowskiej?? Polecam zwłaszcza "W dżunglii samotności". Naprawde warto przeczytać- zwłaszcza osobom z problemami emocjonalnymi i z trudnym życiorysem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytałaś książki Beaty Pawlikowskiej??? Polecam - zwłaszcza dla osób z problemami emocjonalnymi i trudnym życiorysem. Np. "W dżunglii samotności" - naprawdę warto przeczytać!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie, nie czytałam książek B.Pawlikowskiej, ale dziękuję za podpowiedź. Zacznę się rozglądać niebawem, wszak Mikołajki tuż tuż. Dziękuję raz jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
  8. Miałam podobnie... pewnego razu, mimo, że nie minął jeszcze rok po śmierci Mamy, pojechałam do mojej przyjaciółki na drugi koniec Polski... poszłyśmy tańczyć. Tego właśnie potrzebowałam wtedy.
    Nie nosiłam czarnych ubrań, mówiąc że żałobę chcę mieć w sercu nie w ubraniu- czarny kolor bardzo mnie przygnębiał.
    Ktoś patrząc z boku mógłby mi zarzucić, że "nie widać było po mnie, że cierpiałam"... a ja nie chcę przejmować się tymi, którzy nie mają odwagi się przyjrzeć, stanąć i stać ich tylko na powierzchowne oceny.

    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  9. Margerytko, czyli czujesz i wiesz o czym pisałam! było mi tak potwornie źle i ciężko. Jesteś ode mnie silniejsza, bo ja ciągle przejmuję się tym , co powiedzą inni, niestety nie zawsze na tym dobrze wychodzę. Tak przy okazji słowo: ASERTYWNOŚĆ jest dla mnie ciągle tylko wyrazem w słowniku, niestety!

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobrze Cię rozumiem:)

    Czasem zdarzało mi się myśleć, że równie dobrze ktoś z boku mógłby mnie źle oceniać, widząc jak krótko po śmierci Mamy wyjechałam do W-wy, żeby nie zawalić studiów (wręcz wykopana przez tatę i siostrę) i... podobno się nawet uśmiechałam czasem, czasem się śmiałam... Niewielu znajomych ze studiów wiedziało. Ktoś mógłby powiedzieć, że byłam nieczuła,a ja... wyrzuciłam z pamięci prawie zupełnie kolejne 1,5 roku. Pisałam pamiętnik, więc tylko tak mogę dotrzeć do tego co się ze mną działo.

    Nikogo poza nią tam nie znałam:)

    Czasem i dla mnie asertywność jest tylko pojęciem, które dalej trudno zastosować w życiu.

    Coraz częściej się udaje. :)

    Czego i Tobie życzę:)

    OdpowiedzUsuń