wtorek, 16 lipca 2013

Im bliżej szczytu, tym zimniej

Wprawdzie zapowiadałam, że nie będę pisała o szpitalach, w których przebywał Filip i poniekąd słowa dotrzymuję, ale mozolnie wdrapując się na ten swój szczyt, muszę wspomnieć choćby o ostatnim z nich. W końcowych miesiącach życia, mój syn czuł się szczególnie źle. Poszedł do szpitala we wrześniu, a wyszedł parę dni przed Bożym Narodzeniem, tym razem na moją prośbę. Pola miała przylecieć na święta i był to jedyny czas, aby trochę razem pobyć. Przebywał w nim tyle tygodni, ale ani on nie czuł większej poprawy, ani ja jej nie widziałam. Wydawało mi się, że może przyjazd siostry, wpłynie na niego pozytywnie i uda się nam miło spędzić święta. Kilka dni później miałam przekonać się, że były to nasze pobożne życzenia...

Owszem w szpitalu, trochę go podleczyli, znowu zmienili leki i w stanie, jak ja to określam, nieznacznej poprawy wypisali do domu. Przez fakt, że Filip bardzo lubił swoją doktor, na odchodne, postanowił wręczyć jej kwaiaty. Pamiętam, że tego dnia, śnieg iskrzył w pięknym słońcu, a ja z nadzieją i ogromnym bukietem jechałam odebrać go ze szpitala. Gdy mniej więcej w tym samym czasie, na drugim kontynencie, moja córka szykował się do lotu, syn już za chwilę miał wrócić do domu! Przepełniała mnie ogromna radość i ta ciagła nadzieja, że skoro za parę dni, mamy tradycyjnie dostąpić cudu narodzin, to może szczęście zagości i w naszym domu. Niestety, pani doktor, długo nie wychodziła z gabinetu, a my staliśmy u jej wrót, czekając na zmiłowanie. Widziałam, że Filip z minuty na minutę, czuł się coraz gorzej! Znowu miał "jazdy", jak nazywał te swoje urojenia. Nie był w stanie już dłużej wytrzymać i prosząc mnie o kluczyk od samochodu, po prostu uciekł - sytuacja nie do ogarnięcia! Ja, stojąca jak sierota pod gabinetem z bukietem, który to Filip miał wręczać, zdenerwowana, bo nie wiedziałam, co się z nim dzieje! Czułam, jak ta cała radość w mgnieniu oka ulatywała ze mnie, czyli znowu nie wyszło! Gdy dowlokłam się do samochodu, mój syn leżał na tylnym siedzeniu, zwinięty w kłębek z dwoma kapturami na głowie! Jak mi później powiedział, chciał, aby te kaptury (jeden od bluzy, drugi od kurtki), ochroniły go przed tym, co tylko on widział! Czy wtedy, jakoś mogłam mu pomóc?! Niestety, nie mogłam!

Dzień przed Wigilią, Filip zapragnął pojechać do babci i dziadka, na drugi koniec miasta - tam zawsze spędzaliśmy święta. Jakie było znowu nasze rozczarowanie (Poli i moje), gdy w Wigilię w południe przedzwonił, prosząc, aby przyjechałać po niego, bo nie będzie w stanie dotrwać do kolacji. Nie pomogły nasze prośby, iż bardzo chcemy, żeby był z nami. I co z tego, że my chcieliśmy, skoro on nie mógł! Musiałam przyjechać po niego, by po chwili, położył się do łóżka. Biedny mój syn, nie mógł poradzić sobie, nie potrafił ujarzmić objawów - choroba znowu wygrywała! Co po tych naszych prośbach, skoro on naprawdę, czuł się źle! Ganię siebie za to, że wtedy tego nie rozumiałam! Pojechałyśmy same i smutne na tę kolację... W naszych sercach nie było radości, gdy dzieliliśmy się opłatkiem, pozostawała już tylko nadzieja na cud! Czy któreś z nas, siedząc przy wigilijnym stole i patrząc na to puste miejsce, w ogóle pomyślało, że jest to nasza ostania Wigilia z Filipem, mimo iż bez niego? Czym prędzej wróciłyśmy do domu. W jego pokoju było ciemno, a on leżał sam, pogrążony w swoich myślach. Nie interesowały go świąteczne przysmaki przyrządzone przez babcię ani prezenty - ostatnia, smutna Wigilia mojego syna i nasza... Czy wtedy w jego sercu, też radycyjnie narodził się mały Jezus?! Czy raczej panował w nim mrok i ciemności?! Niestety, już się tego nie dowiem...

                                                                                                                    clara
                                                                                                                 

PS.
Wiem, że z tematyką tego posta, powinnam może poczekać na inną porę roku, choćby jesień, ale technicznie nie jest możliwe. Tak jak napisałam w tytule, im bardziej zbliżam się w swojej wędrówce do szczytu góry, tym robi się zimniej i nieważne, że na dole świeci piękne słońce i męczy upał.

42 komentarze:

  1. Nie ważne jaka będzie pora roku. To co napiszesz tutaj i tak będzie prawdziwe i niepodważalne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Savin, swoim komentarzem dodajesz mi otuchy!

      Usuń
  2. Claro, u mnie zimno, silny wiatr, juz nawet nie wiem czy to jeszcze jesien, czy zima australijska, ale wiem ze rok temu w piatek umarl nagle moj jedyny Syn, jutro 20 lipca, moge tylko byc na cmentarzu, tak bardzo mi zle. Placze kiedy pisze, plakalam jak czytalam i deszcz zaczal padac...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tereso, palę świecę za Twojego Syna. Myślami jutro będę przy Tobie, a teraz chcę Ci coś zadedykować:

      Uwierz w anioły
      One są blisko,
      choć o tym nie wiesz.
      Niewidzialne, niezauważone,
      czasami nawet niedocenione.
      Cierpliwie czekają, by rozłożyć swoje skrzydła,
      założyć aureolę nad tobą.
      By ci pomóc, kiedy tego potrzebujesz,
      a kiedy zwątpisz,
      przywrócić ci nadzieję.

      Uwierz w anioły,
      one mają swoją misję na ziemi.
      Są magiczne i nieodgadnione.
      I ty możesz być aniołem dla kogoś…
      I ty możesz uczynić cuda…

      Usuń
    2. Claro dziekuje, bardzo chce wierzyc w anioly i ze jest ta druga strona i to drugie zycie dla mojego Syna, dla Twojego Syna, dla wszystkich kochanych, ktorzy za wczesnie odeszli, niepotrzebnie odeszli i zostawili nas w ogromnym smutku i cierpieniu. Claro dziekuje za zapalona swiece dla mojego Syna. Teresa

      Usuń
  3. Claro zapomnialam sie podpisac. Teresa

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja Cie szukam wszedzie ....domyslisz sie kto pisze..jesli Ci powiem ....Jacek ...Mateusz ....a teraz mam jeszcze dwie coreczki ....Victoria I Isabelle ...tesknie za Toba ...

    OdpowiedzUsuń
  5. "List"


    Aniele mój,

    Szukałam Cię, kiedy szczęście porwał wiatr.
    Gdy złe słowa splotły sieć, nikt nie słyszał serca skarg.
    Mój świat umierał w snach. Myśli wrogiem stały się.
    Moje serce lustrem jest i ciągle jeszcze szuka sił, by wybaczyć...
    Tyle nieotartych łez, zanim los przytulił mnie.
    Tyle pustych dni, nim uwolniłam się z tamtych chwil.
    Każdy dzień oddala gniew, bo jego ramię siłą jest.


    Ocaliła mnie czułość wyśniona... i spełniona.


    Ten lęk uwięził mnie. Nikt nie słyszał dźwięku łez.
    Utonęłam w żalu, by znów narodzić się.
    Dziś już nie pamiętam nic. Czas uspokoić sny.
    Uwolniłam się, by żyć. By nie otruć świata smutkiem łez.
    Więc nie pytaj mnie...
    Ile popłynęło łez, zanim los przywrócił sens.
    Ile pustych dni, nim uwolniłam się z tamtych chwil?
    Każdy dzień oddala gniew, bo jego ramię siłą jest.


    Ocaliła mnie czułość wyśniona... i spełniona.


    Aniele mój Ty wiedziałeś! I cierpiałeś tak jak ja!
    Przyrzekam Ci więc, że każdy mój dzień będzie światłem tych, którzy zgubią się.


    Tyle pustych dni, nim uwolniłam się z tamtych chwil.
    Każdy dzień oddala gniew, bo jego ramię siłą jest.


    Ocaliła mnie czułość wyśniona... i spełniona.


    Twoja czułość...


    znajdziesz Nas ...

    OdpowiedzUsuń


  6. Tylko nadzieja jest tym, co chroni nas przed zupełnym zwątpieniem w życie... wciaż jest w każdym z nas.








    (...) nadzieja istnieje zawsze, do ostatniej chwili. Dlatego właśnie jest nadzieją. Nie możemy jej zobaczyć, ale ona jest dostatecznie blisko naszych twarzy, byśmy poczuli powiew poruszonego powietrza. Jest zawsze tuż obok i niekiedy udaje się nam ją schwytać i przytrzymać na tyle długo, by wygnała z nas piekło.
    Jonathan Carroll


    Wyslalam do Ciebie Aniola ...I ten wiersz ...znalazlam Cie ...odszukaj mnie....wiecej nie moge tu napisac....lila

    OdpowiedzUsuń
  7. To znów ja, Damian. Wiem, że ten blog jest bardziej dla mojej mamy niż dla mnie ale ja i tak będę go czytać z wielką ciekawością. Może to głupie, ale.. czuję małą nić powiązania.. zrozumienia między nami.
    Jeśli będziesz chciała to.. ja też niedawno wziąłem się za pisanie bloga. Zapraszam.
    Damian.

    http://moretout.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. JAN PAWEŁ II "ŹRÓDŁO".


    Źródło

    Zatoka lasu zstępuje

    w rytmie górskich potoków…

    Jeśli chcesz znaleźć źródło,

    musisz iść do góry, pod prąd.

    Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj,

    wiesz, że ono musi tu gdzieś być —

    Gdzie jesteś, źródło?… Gdzie jesteś, źródło?!

    Cisza…

    Strumieniu, leśny strumieniu,

    odsłoń mi tajemnicę

    swego początku!

    (Cisza — dlaczego milczysz?

    Jakże starannie ukryłeś tajemnicę twego początku.)

    Pozwól mi wargi umoczyć

    w źródlanej wodzie

    odczuć świeżość,

    ożywczą świeżość.

    JAN PAWEŁ II


    ...Dla Clary ...od Lili ,Jacka, Matthew ,Victorii Marie, I Isabelle Marie....stalismy sie Rodzina dzieki Tobie ...pamietasz setki przegadanych godzin, rozmow,lez ,usmiechow ,zartow,przeklenstw,nadzieji ,rozpaczy ,zwatpienia ,radosci ...zawsze umialas mnie podtrzymac na duchu ,objechac kiedy trzeba ,wylac kubel zimnej wody ,usmiechnac sie przez telefon I obetrzec lze ,dac nadzieje na lepsze jutro I kopniaka na rozped I otrzezwienie ,wspolczuc ..ale madrze ,karcic ..ale z super moralem na koniec, objechac ..ale ze stylem...DLA MOJEJ NAJLEPSZEJ UKOCHANEJ MADREJ CUDOWNEJ C.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lilu, wiersz ma swoją głębię, co tu mówić - zmusza do przemyśleń, dziękuję :)

      A co do tego osobistego wpisu na końcu komentarza, to wydaje mi się, że za dużo tych pochwał pod moim adresem. Nie zrobiłam nic wielkiego, tylko zatrzymałam się przy Tobie na chwilę... Uważam, że najważniejsze jest, aby wysłuchać uważnie i z troską tę drugą osobę. Jeżeli zaczynałaś mówić, to znaczy, że podświadomie rządałaś mojej uwagi, tak jakbyś wołała: otwórz moje oczy, abym przejrzała, otwórz moje serce i wskaż mi drogę do oczyszczenia, wreszcie otwórz swoje usta i przemów do mnie...

      A tak, by the way... WASZE DZIEWCZYNKI, TO PRAWDZIWE 1 MIESIĘCZNE PIĘKNOŚCI :)

      Usuń
  9. Claro, jestem i czytam. Brak mi slow i bardzo czesto zadaje pytanie - dlaczego? Dlaczego tak jest i nikt niestety mi nie odpowie.

    Przytulam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ataner, ja wiem, że Ty zawsze w lekkim powiewie przychodzisz do mnie...

      Usuń
    2. Claro, w lekkim powiewie, to prawda. Jednak zawsze z serdecznymi myslami.

      Usciski przesylam.

      Usuń
  10. Witaj. Wczoraj zaczęłam Cię poznawać, w pośpiechu, pobieżnie - wybacz: ominęłam wątki tak ważnych dla ciebie, złoszcząc się na Ciebie że zbyt długo każesz czekać na historię Filipa. Aż trudno uwierzyć, że że to nie piszę ja tylko TY. Bo to moja historia, z ta różnicą, że mój Filip jest a Twój odszedł.Może nasze historie różnią się tylko umieszczeniem w czasoprzestrzeni, Twoja rozpoczęła się wcześniej. dobiegła końca a moja jest w trakcie któregoś aktu. Czy ja mogę w ogóle wpłynąć na jej zakończenie. Już wiem to co Ty że nikt mi nie pomoże, żaden psychiatra, psychoterapeuta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Ciebie serdecznie
      Piszac tego bloga, dowiedzialam sie m.in., ze MY nie zawsze i na wszystko mamy wplyw, mimo naszych usilnych staran! Ale nasze historie mimo podobienstw w ich trakcie, wcale nie musza miec zbieznego zakonczenia! Nie mozna tracic nadziei, wiem tez, ze o nia bardzo trudno.
      Wlasnie dobry psychoterapeuta moze pomoc i to bardzo, sprobowac zrozumiec przyczyny zachowan i wyciszyc emocjonalnie, to wazne!

      Jesli bedziesz chciala, to pisz tutaj.

      Usuń
  11. Smutek niszczy serca siłę - od kilku lat, kiedy to zostałam sama, straciłam osobę która wspólnie ze mną stawiała czoła życiu z osobą chorą, a często była dla mnie opoką, przewracała mi wiarę i nadzieję, żyję w jakimś morzu łez, bez nadziei, bez wiary, otoczona niezrozumieniem, bo nawet najbliższa rodzina uważa że syn mnie niszczy i powinnam zamknąć go w zakładzie. Nie widzieli go w szpitalu pod wpływem leków które uniemożliwiają mówienie, wyłączają myślenie. Nie ma już tego inteligentnego chłopca ( kiedyś jedna z matek powiedziała do mnie "Pani jest szczęśliwa bo pani jest jego matką, tak łatwo mu wszystko przychodzi, a ja z moim synem całe wieczory poświęcam żeby opanował materiał szkolny") ale to przecież ciągle mój syn. Jej syn został kierowcą, teraz ja zazdroszczę jej, bo mój nie ma nawet potrzeby umycia się. Psychiatrzy? Ciągle szukamy tego odpowiedniego, ale co można powiedzieć o psychiatrze u którego byliśmy ostatnio. Pierwsza wizyta- pani doktor nie uważała za potrzebne rozmowę ze mną, a syn często nie postrzega siebie jako osobę chorą, jego choroba to nie ból brzucha który on sam zdecydowanie opisze najlepiej: jego choroba to przede wszystkim zakłócenie w funkcjonowaniu, nieprzystosowanie się, nie przestrzeganie podstawowych norm współżycia, łamanie zasady abstynencji po to żeby choć na chwile być jak inni, żeby koledzy go zaakceptowali, żeby nie być tak samotnym, zamkniętym w swoim pokoju, odrzuconym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem kim jestes, ale do pewnego momentu, Twoja historia jest moja historia... Mam tylko nadzieje, ze u Ciebie wreszcie wyjrzy slonce!

      Usuń
    2. Przepraszam, ale korzystam z uzyczonego komputera, a tam nie ma wlaczonych polskich znakow w pisowni :(

      Usuń
  12. To znowu ja. Zauważyłam że nie nazwałam się. Mogę dac sobie imię jakie chcę, ale trudno odrewac się od własnego imienia bądź co bądź mam już 50-tkę i zdążyłam zżyc się z własnym imieniem, ale żeby czuc się zupełnie anonimowo, aby szczerze o wszystkim móc mówic dlatego zostanę Ronai.A więc jestem Ronai. Kiedyś, dawno temu, zawsze towarzyszyło mi takie motto "Po ciemnej nocy Bóg dzień na ziemi czyni i słońcu z morza wstawac karze". Teraz kiedy o tym myślę mam łzy w oczach. Tak boli, że to nieprawda. Kiedy mój syn jest w szpitalu serce mi pęka, nie mogę spac, ale kiedy jest w domu tak mnie dręczy, że to on nie pozwala mi spac, wracam z pracy z sercem na ramieniu, nigdy nie wiem co mnie czeka, w jakim będzie nastroju, często jest dla mnie okrutny i podły, wyzywa mnie najgorszymi słowami których matka nigdy nie powinna usłyszec od syna. W dzień śpi, a w nocy nagle zaczyna słuchac głośnej muzyki, albo zaczyna "cwiczyc", opróżnia lodówkę, co 10 minut wychodzi na papierosa, trzaskając drzwiami. Niszczy mieszkanie, brudzi, nie myje się, śpi w ubraniu, a nawet w butach. Szczególnie upodobał sobie niszczenie drzwi, najpierw wybijał szyby, zmieniłam więc drzwi, ale to nic nie dało, teraz słabsze drzwi zniszczył pięściami, a w te mocniejsze rzucał nożem. Od niedawna, mimo że przecież bierze leki, ma jakąś obsesję na punkcie noży, ciągle znajdowałam noże w jego pokoju, wiec wszystkich dużych noży pozbyłam się. Kilka dni temu znalazłam w jego pokoju duży myśliwski nóż, kupił go do obrony. Nie umiałam z nim na ten temat porozmawiac więc go zabrałam. Nic nie mówił póki się dobrze czuł, ale jak tylko przyszło pogorszenie zrobił straszną awanturę, krzyczał i kopał, oddałam mu go. Kiedy się uspokoił, wyjaśniłam że nie może miec tego noża, oddał mi go na przechowanie. Jest w pokoju obok, jest piątek, zaczyna się wieczór a on jest strasznie pobudzony, biega z jednego kata domu do drugiego, wychodzi palic, nie wiem co zdarzył się w ciągu dnia, to mogło byc zupełnie coś nieistotnego, pytałam ale nie powie, myśli biegają mu po głowie jak oszalałe, nie może się od nich uwolnic, obserwuje się w każdym lustrze, śmieje się do siebie a raczej chichocze. Dałam mu już tabletki na noc. Jaka będzie ta noc?Pies jest w moim pokoju widac jak boi się tego jego stanu, nie rozumie ,ja też nie rozumiem. Nie wiem co on tak naprawdę przeżywa.Poprosiłam lekarza o tabletki na sen, nie dał, a w szpitalu aplikują takie dawki że nie może funkcjonowac. Znów głośna muzyka. Basy. Ścisz, ściszy ale za kilka minut to samo. Nie pal w domu , odpowie nie będę palił, ale kiedy wracam z pracy wszędzie dym, pety. Nie trzaskaj drzwiami-dobrze, i za chwilę trzaśnięcie. Przedemną noc, noc z moim Filipem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ronai, szpital czasami jest potrzebny, zeby dobrac odpowiedni lek, czesto sa to proby, bo dla kazdego chorego ten sam lek moze inaczej pracowac. I na poczatku lek mocno nokaltuje, ale powoli organizm przyzwyczaja sie i jest duzo lepiej. Gdyby udalo sie znalezc dobrego lekarza i zeby Twoj syn go polubil, to jest bardzo wazne. Nie wiem czy sa w Polsce takie mozliwosci zeby syn mieszkal w takim domu dla chorych jak on z pracownikami, ktorzy pomagaja chorym zyc. Taka pomoc powinna byc dla rodzicow jak Ty, a moze moglby mieszkac sam, odwiedzalabys i pomagala wtedy byloby latwiej Tobie.
      Tak, Twoj syn jak i wielu z nich lepiej czuje sie w nocy, a papierosy czesto sa jak najlepszy przyjaciel, wiem jak bardzo ciezko Ci, szukaj pomocy, czy nie ma jakiej organizacji, ktora pomaga matkom jak Ty? Teresa

      Usuń
    2. Ronai, wreszcie poznałam Twój nickname - jest piękny :) dziękuję. Przepraszam za zwłokę, ale będę wolna już za kilka dni. Moja córka wyjeżdża "do siebie" i czynimy ostatnie przygotowania. Teraz chciałabym napisać w wielkim skrócie, niejako dać sygnał, że przeczytałam Twój wpis, a później napiszę więcej.

      Ronai, mój syn też bywał agresywny, o czym piszę, ale ta agresja szła zawsze w jego kierunku. Wiele zachowań ze strony Twojego syna jest mi znanych, choćby papierosy, to ciągłe palenie, ale wychodził na balkon, nawet z kolegą. Bywał bardzo pobudzony, chodził po pokoju, wypijał hektolitry kawy i mocnej herbaty! Kiedy był w szpitalu, rzucił szafką i wtedy pociął się, był w psychozie. Twierdził, że inni dziwnie patrzą się na niego.
      I jeszcze jedno, napisałaś to swoje motto...piękne, mądre i pełne nadziei. Może jeszcze nie teraz, ale powolutku to słońce będzie wstawać z morza.

      Ronai, masz zdolność łatwego pisania, konkrety!Ja rowlekam to strasznie, więc pisz!

      Pozdrawiam

      Usuń
    3. Witam Cię ponownie Ronai,

      Postanowiłam dokończyć swoje komentarze, dorzucić to o czym wcześniej nie wspomniałam, a co jest dla mnie ważne.

      - Kiedy mój syn szedł do szpitala z jednej strony miałam nadzieję, że tam go podleczą, a z drugiej cieszyłam się, że będę mogła trochę odpocząć od niego. Gdy tam już się znalazł, bardzo za nim tęskniłam. Odwiedzałam go codziennie, a mimo to, potrafił dzwonić do mnie po parę razy w nocy i mówić, że nie może spać i chce pogadać. Rozmawialiśmy, ale ja rano musiałam wstać do pracy bywałam potwornie zmęczona). Teraz mam wyrzuty sumienia, że za krótko z nim rozmawiałam, kiedy mnie potrzebował...
      - Jednego razu wykrzyczał mi, gdy coś zrobiłam przeciwko niemu, a było to słuszne, że na słowo MATKA, TO TRZEBA SOBIE ZASŁUŻYĆ! Gdy pełen jadu, krzyczał mi to prosto w twarz, ja umierałam z rozpaczy. Gdzie i kiedy popełniłam błąd w jego wychowaniu?! Jeszcze wtedy choroba czaiła się, a ta agresja była jednym z jej symptomów?! Dopiero teraz wiem, że kochał mnie bardzo i wcale tak nie myślał.
      - Mój syn też bywał bardzo pobudzony, potrafił chodzić po pokoju, przeklinając przy tym, ale tak było tylko na początku. Później był już spokojny, wyciszony.

      Usuń
  13. Witaj Claro Fabio,Witaj. Wybacz. Rozpisałam się na Twoim blogu, zamiast pisac uwagi dotyczące Twoich treści, może to jest niewłaściwe, nie wiem jakie są zasady, bo dotychczas nie czytałam nawet żadnego bloga. Myślałam często żeby pisac bo to pozwala uporządkowac myśli, wybierasz słowa; użyte wyrażenia tak dużo mówią o autorze, zauważyłaś jak dużo w języku polskim jest przymiotników. Myślę, że to z uwagi na iż ważne dla Polaków są emocje, uczucia, duchowośc i to nie tylko religijną. Dziękuję, że mi odpowiedziałaś. Dziękuje też Teresie. Myslę, że gdyby mój syn nie mieszkał ze mną lepiej by funkcjonował, widzę jak zmienia się kiedy jest w naszym otoczeniu jakiś jego kolega, tylko tak niewielu ich ma, a często o nich nie mogę powiedziec zbyt dużo dobrego, ale staram się z nimi rozmawiac, uświadoimic, że to co im nie szkodzi dla niego jest zabójstwem, że ta odrobina empatii która mogli by mu okazac, jest dla niego zbawienna, on dla nich jest gotów zrobic wszystko, oni mogliby zrobic dla niego choc trochę. Zaczęłam nawet grac w totolotka, bo wymyśliłam że jak wygram to będzie mógł mieszkac osobno a ja wynajmę trenera który będzie potrafił zachęcic go do cwiczeń, regularnego trybu życia, zmobilizuje go do walki o swoje życie. Po prostu utopia.! Wkrótce ja będę potrzebowac dobrego psychiatru. Staram się co dziennie mobilizowac go ale właśnie ode mnie on takiej pomocy nie przyjmie, bo jego agresja jest skierowany wyłącznie na rodzinę. próbuję wszystkich sposobów: ciągłym powtarzanie- metoda zdartej płyty, gniewem, dobrocią, smutkiem, łazami, obojętnością, okazywaniem troski i zrozumienia, szantażem; nic nie przynosi rezultatu. Teraz kiedy doświadczam tak trudnego macierzyństwa, myślę często o mojej mamie. Nie ma wykształceni, w wieku trzech lat wojna pozbawiła jej rodziców - nie zginęli wyjechali do Francji, i już nigdy ich niewidziała, nie pamietam żeby kiedykolwiek rodzice powiedzieli mi, że mnie kochają. Ale przecież widziałam to każdego dnia, kiedy mama czesał mi warkocze do szkoły, a tata sztorcował mamę żeby kupiła mi sukienkę , bo w tych sztruksach z wypchanymi kolanami wyglądam strasznie. Kiedy wracałam z internatu zabijał kurę na rosół, bo marnie wyglądałam. Ja po urodzeniu dziecka nie wróciłam do pracy przez 6 lat, kiedy nie umiał czytac przeczytałam mu chyba wszytkie książki dla dzieci, wiersze Brzechwy, Tuwima znał na pamięc, Kubuś Puchatek, Euzebiusz- który był jedyny na świecie - uwielbiał te historie. Starałam się - myślałam że jestem najlepsza matką na świecie. Na pewno popełniłam tysiące błędów, ale nigdy nie były one świadome, a dzieci były dla mnie najważniejsze na świecie. Jak ktoś cię tak kocha to powinno mu się wybaczyc błędy. Ja moją mamę kocham bardzo, nigdy nie zdarzyło mi się powiedzie do niej w sposób który mógłby ją obrazic. dziś słucham piosenki w wykonaniu Bernarda Ładysza : Matko moja ja wiem" Jest na You tube - posłuchajcie. " Kiedy mi smutno i żle
    Idę w leśna gęstwinę .,…
    Na zwalonym przez burze starym pniu
    barwny ręcznik rozwinę
    w tedy wraca twa miłośc matczyna i szczęście i łzy"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ronai, odpisze na Twoj komentarz dopiero po 06.08. - wczesniej nie dam rady. Przepraszam

      Usuń
    2. Ronai, jawisz mi się, jako ta NAJWSPANIALSZA MATKA DLA SWOJEGO SYNA! Ja widzę i czuję tę wielką miłość w każdym zdaniu, napisanym przez Ciebie! TO NIE TWOJA WINA, ŻE SYN ZACHOROWAŁ, TAK JAK NIE JEST WINĄ TERESY I MOJĄ, ŻE NASI SYNOWIE ZACHOROWALI, CZY BRAT VICTORII! Ja obwiniam o to geny, na które nie mam żadnego wpływu! Ostatnio zrobiłam śledztwo w rodzinie po obu stronach i znalazłam, ale co mi z tego! Podobnie jak Ty, czytałam moim dzieciom bajki, nagrywałam je na magnetofon, kręciłam filmiki z nimi w rolach głównych...

      Piszesz o popełnianych błędach i wybaczaniu - każdy człowiek popełnia w życiu błędy! Ale Ty, staraj się nie brać do serca tego, co w złości wykrzykuje do Ciebie Syn! Tak naprawdę, to nie on krzyczy, tylko choroba! Jemu też jest potwornie ciężko i sam nie potrafi zrozumieć siebie i swoich uczuć!

      Czy ja chciałabym, żeby mój syn np. zamieszkał sam w oddzielnym mieszkaniu, skoro wiem, że jest chory? Nie, ja nie chciałabym! I nie ważne, że jeden z drugim psycholog, powiedziałby mi o kontrolowaniu życia mojego syna! On jest chory i to ja muszę i chcę czuwać nad nim, bo wiem, że sam sobie nie poradziłby!

      Mój syn też zmieniał się podczas odwiedzin kolegów. Niektórzy żerowali jeszcze na jego chorobie i kazali brać mu pożyczkę, którą ja musiałam potem spłacać!

      To, że Ty potrzebujesz porady psychologa jest jak najbardziej naturalne i o taką pomoc powinnaś się postarać. Ja też z niej korzystałam - przynosiło mi ulgę.

      Piosenkę o matce znam i czasami jej słucham. Piękna melodia i ponadczasowe słowa...

      Nie musisz za nic przepraszać, bo opisem swojej historii nie popełniłaś żadnego błędu! Jeśli tak mogę sformułować myśli, a to Ciebie nie zaboli - POMAGASZ INNYM I BYĆ MOŻE SOBIE.

      Usuń
  14. Ronai! Jeśli pozwolisz, chciałabym się odnieść do tego, co napisałaś. Nie jestem matką, a siostrą osoby, która cierpiała na schizofrenię. Przepraszam, powinnam użyć słowa: "byłam" zamiast "jestem"... Doskonale rozumiem przez co przechodzisz. Nie raz starałam się pomóc Bratu, rozmawiałam z Nim, starałam się Go wesprzeć. Zdarzało się, że słyszałam zza ściany, że nie śpi...(mieliśmy pokoje obok siebie). Przychodziłam do Niego, pytałam co się dzieje, czemu nie śpi. Kiedy mówił, że źle się czuje po lekach, czekałam aż w końcu spokojnie zaśnie... Gdy coś Go trapiło, słuchałam i starałam się doradzić jak najlepiej umiałam. Niekiedy nic nie mówił. Nie musiał, widziałam smutek w Jego oczach. Trzymałam Go za rękę i milczałam razem z Nim. Później, kiedy już zasnął, szłam do siebie i ryczałam w poduszkę, że nic nie mogę zrobić. Nie mogę Jemu pomóc. Choć tak strasznie bym chciała. Chociaż troszeczkę ulżyć Jego cierpieniu... Byłam zła na siebie, że nie pomagam. Wiele nocy nie przespałam, przepłakałam, zastanawiając się jak ułoży się Jego życie. Czy kolejne leki będą dobre. Czy będą na Niego "działać" i mu pomagą, i czy będzie mógł normalnie funkcjonować... Mój Brat też palił jak smok...Wkurzałam się na Niego. Nie chciałam, żeby niszczył sobie zdrowie jeszcze tym (przepraszam za określenie) syfem. W rezultacie to nie papierosy zniszczyły mu zdrowie/życie, a schizofrenia... Schizofrenia "odebrała" mu życie. Oczywiście w przypadku Twojego syna, nie musi tak być. Może żyć i funkcjonować w miarę normalnie. Tego Wam życzę i wierzę, że tak będzie. Myślę, że Teresa ma rację. Powinnaś dowiedzieć się jakie formy pomocy są w Twoim mieście. Może terapia dzienna byłaby dobrym pomysłem i Twojemu Synowi by się tam spodobało? Oczywiście leki, dobry lekarz i dobry psycholog(terapeuta) - to też jest ważne! Albo mogłabyś pomyśleć o wspólnej terapii? Chcę przez to powiedzieć, żebyś nie bała się prosić o pomoc. Musisz być wykończona psychicznie, to nic złego pójść do psychologa i porozmawiać. Myślę, że nie możesz się poddawać. Oboje nie możecie. Wiem, jak jest Ci ciężko. Wiem, że bywa bardzo, bardzo, bardzo źle... Ale musisz skądś zaczerpnąć siły. Wiesz, kiedy tak sobie (często) myślałam, że nie pomagam Bratu to On powiedział coś pięknego... Powiedział, że dziękuję, że jestem i że nie wie, co by beze mnie zrobił... Nie musiał dziękować. To oczywiste, że robiłam co mogłam by mu pomóc. Jednak to było piękne, bo dał mi znać, że trochę Jemu pomagałam. Choćby rozmową, czy trzymaniem za rękę i mówieniem, że będzie dobrze. Że jakoś sobie razem poradzimy. Nie skończyło się dobrze... Pamiętaj o tym, że to nie musi spotkać Was. Tego się boisz, prawda? Może jestem naiwna, lecz wierzę, że Wam się uda. Jemu się uda. Nauczy się żyć z tą chorobą i funkcjonować dobrze. Wiem, że niełatwo myśleć o tym w ten sposób i czarne scenariusze wchodzą do głowy jako pierwsze, ale musisz być silna dla Niego. Może On Ci o tym nie mówi, natomiast ja jestem przekonana, że Mu pomagasz. "Starałam się - myślałam że jestem najlepsza matką na świecie". Starasz się i jesteś najlepszą matką na świecie! Nie piszę tego, dlatego, żeby poprawić Ci nastrój. Tak uważam. Clara, Teresa, Ty, moja Mama (inne matki, których dzieci chorują) są najwspanialszymi matkami na świecie. Troszczą się o swoje dzieci i zrobiłyby dla nich dosłownie wszystko, by tylko były zdrowe i szczęśliwe. I robią. Wszystko, co tylko się da.

    Proszę, pomyśl o sobie dobrze. Nie obwiniaj się. To nie Twoja wina, że Twój Syn zachorował. Choroba nie wybiera. Nie poddawaj się, proś innych o pomoc. Może Syn nie posłucha za pierwszym, drugim razem, ale za którymś razem zrozumie, że chcesz jemu pomóc. Walcz! Wiesz, że warto. Choć jest cholernie ciężko.

    Dużo, dużo, dużo spokoju ducha i zdrowia życzę Tobie i Twojemu Ukochanemu dziecku. Przytulam (wirtualnie) mocno!

    PS Mam nadzieję, że w żaden sposób Cię nie uraziłam. Jakimkolwiek słowem.

    Victoria

    OdpowiedzUsuń
  15. PS Przepraszam za jakiekolwiek błędy. Pisałam szybko.

    Victoria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Viktorio, ciągle myślę o Tobie i o Twojej postawie wobec choroby brata. Twój brat szczęśliwy, że maił taką siostrę. Jest to dla mnie ważne bo ja mam też córkę, to dobra dziewczyna ale na ich relacjach zaciążyły takie zdarzenia że jest strasznie ciężko. Może kiedyś uda mi się o tym opowiedzieć. pozdrawiam Roani

      Usuń
  16. Dziękuję Viktorio, chciałabym odpowiedziec ale to zbyt długa historia.Teraz już wiem że to nie właściwe że zajęłam tu miejsce opisując swoją historię . Wybacz Claro Fabio tu bohaterem musi pozostać Twój Filip i Ty. Przeczytałam więcej dawniejszych wpisów; tak bardzo Twoja historia jest również moją, aż trudno uwierzyć. To co ja chciałabym napisać Ty już napisałaś. Nie tak dawno myślałam o naszej powszechnej modlitwie "Ojcze nasz..." Modlimy się "nich będzie wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi", a przecież tak naprawdę nie umiemy się pogodzić z Jego wolą, spieramy się z nią i nieakceptujemy, buntujemy się jak dzieci choć najczęściej nie możemy jej zmienić. Wczoraj te same słowa znalazłam w Twoich rozważaniach. Wybacz mi, pięknie piszesz, wzruszająca jest twoja miłość do syna, piękne uczczenie jego pamięci, bo poprzez pomoc innym.
    "non omnis moriar" czyli nie wszystek umre
    Filip został w sercu Twoim i wszystkich którzy poznali jego historie. pozdrawiam Ronai

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ronai, dlaczego piszesz "Teraz juz wiem ze to nie wlasciwe ze zajelam tu miejsce opisujac swoja historie." To prawda ze blog jest dla Filipa, ale ja mysle, ze kiedy piszemy o naszych bliskich, ktorzy odeszli przez ta okrutna chorobe, mam na mysli siebie, Victorie i inne osoby ktore tu pisza a Ty piszesz jak meczy sie Twoj Syn i Ty przez ta chorobe, to tez jest dla Filipa. Moj Syn mowil o chorych na schizofrenie NASI.
      Blog Clary jest wspanialym uczczeniem pamieci Filipa, Clara pisze od serca, szczerze, wzruszajaco, ale my rowniez wzbogacamy ten blog. To tak jakby Filip zyskal przyjaciol w nas wszystkich.
      Nie moge odmowic sobie zeby nie napisac o Victorii, mimo ze nie znam jej osobiscie jestem bardzo dumna z niej, ze byla tak wspaniala siostra, jej brat z ta okrutna choroba mial najlepszego przyjaciela w niej, to takie wazne bylo dla niego.
      Ronai, pisalas ze Twoj syn slucha muzyki, ma swoje przyjemnosci to tez wazne. Pozdrawiam Teresa

      Usuń
  17. Zaczęłam pisać, to był impuls, tak podobne losy moje i Clary Fabio, splot zdarzeń które nas spotkały, może to w wyniku zachowań osób chorych, które jak widzę są bardzo podobne, przebieg tej strasznej choroby jest przewidywalny - wiec jak to jest że tak mało można pomóc osobom chorym, nie mogłam przejść obojętnie, Papier utrwalił by moje łzy,ale teraz pióro i kartkę zastępuje klawiatura. Ale znowu odbiegam od tematu. Miałam chwilę czasu i przeczytałam część starszych wpisów, (żałuje że nie udało mi się przeczytać wszystkich) ale rozumiem teraz Tereso jak to funkcjonuje, osoba pisząca blog prowadzi wątek główny, a komentatorzy nawiązują do zamieszczonego tekstu. Ja zbyt mało uwagi, i za to bardzo przepraszam, poświeciłam autorce i innym komentatorom, egoistycznie zajmując się sobą. Wszyscy których poznałam tu stali się dla mnie Ważni, czuję potrzebę odpowiedzenia, podziękowania, przeproszenia za nieporadność wypowiedzi. W moich wpisach zabrakło wyrażenia wrażliwości na losy innych, słów pocieszenia, ale to nie znaczy że ich nie ma, są one obecne w moim sercu, zabrakło ich tylko na papierze. Pozdrawiam Ronai

    OdpowiedzUsuń
  18. Ronai prosze nie przepraszaj, piszesz szczerze to co czujesz i co sie dzieje w Twoim zyciu i w zyciu Twojego syna i nie ma zadnej nieporadnosci w Twoim pisaniu. Jestes mi bliska, bo wiem co przezywasz, jak cierpisz i Twoj syn jest mi bliski, bo wiem co ta wstretna choroba robi z nim. Znalam i ciagle znam wiele osob z ta choroba, sa tacy co dobrze sobie radza, moze to byc lek dobrze dobrany, jakies cechy charakteru co daja im sile walczyc z ta choroba, bywa tez ze sa polepszenia okresowo. Musisz miec nadzieje, ciagle szukaja lepszych lekow, moga przeciez wynalezc lek ktory bedzie lepszy od tych co sa w uzyciu obecnie. Pisalas ze myslisz ze lepiej syn radzilby sobie gdyby nie mieszkal z Toba, to jest bardzo mozliwe czesto tak jest. Gdzie sa te organizacje, ktore by pomogly Tobie i synu, lekarz powinien wiedziec.
    Pozdrawiam i mam nadzieje ze cos sie zmieni na lepsze dla Ciebie i Twojego syna. Teresa

    OdpowiedzUsuń
  19. Trafiłam tu przypadkowo i jestem pełna podziwu. Ten blog jest swego rodzaju hołdem dla Twojego Synka. Jestem pewna, że patrzy na Ciebie z góry i jest dumny ze swojej zdolnej, silnej mamy.
    Zależy mi bardzo na dłuższej rozmowie, proszę o kontakt: gicza95@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  20. Ronai, Tereso, Victorio i Wszyscy, którzy do tej pory pisaliście komentarze na tym blogu - to dzięki Waszym historiom, ten blog żyje wielowymiarowo! Widzimy, że nie jesteśmy sami, że ktoś ma podobną sytuację, albo szuka wsparcia. Czasami po prostu krzyczy, pochyl się nade mną, potrzymaj mnie za rękę, bo tak po ludzku nie mam już sił i upadam... Ja właśnie, takie wsparcie tutaj dostaję od obcych sobie osób i to jest piękne...

    Wprawdzie piszę tu o swoim synu, ale każdy może i powinien, jeśli taką potrzebę odczuwa, napisać swoją historię. Może właśnie ktoś idzie teraz przez ciemną dolinę i lęka się wszystkiego...jak Ty Ronai. Może akurat tu jest miejsce dla Ciebie, gdzie poczujesz się bezpieczna i wśród swoich.

    PS.
    Ronai, napisałam chyba dwa komentarze (dzisiaj) pod Twoimi wcześniejszymi postami, takie postawienie kropki nad "i". Musiałabyś raz jeszcze to wszystko sprawdzić.

    I przy okazji - WITAJ W DOMU, OTWÓRZ SIĘ NA TĘ SERDECZNOŚĆ, KTÓRA PŁYNIE DO CIEBIE SZEROKIM STRUMIENIEM OD KAŻDEGO Z NAS :)

    TERESO, VICTORIO I INNE OSOBY, KTÓRE SPIESZYŁYŚCIE ZE SWOIMI KOMENTARZAMI - JESTEŚCIE WSPANIAŁE, MĄDRE I PEŁNE CZUŁOŚCI. DZIĘKUJĘ, ŻE TU JESTEŚCIE!

    OdpowiedzUsuń
  21. Dziś jest ten straszny dzień, od dwóch dni czułam, że się zbliża, a i tak nic nie mogłam zrobic, niczemu zapobiec, niczemu zaradzic. Kolega syna który ostatnio dużo z nim przebywał wyjechał do pracy w odległej miejscowości. Miał na niego dobry wpływ, ostatnio nawet gdy zaczynał miec te swoje "jazdy" zadzwoniłam do niego, przyszedł w nocy i pogadał z nim posiedział, przeszło. Mój syn nigdy nie zrobiłby sobie czegoś złego, on agresję swoją kieruje na rodzinę. Uważa że go skrzywdziliśmy, że zrobiliśmy mu coś strasznego. Właśnie dwa dni temu pojawili się jacyś "koledzy" (nie wiem skąd tacy ludzie się biorą, co nimi kieruje) Przyszli kiedy byłam w pracy, wyszedł z nimi i wrócił dopiero o trzeciej w nocy, już był pobudzony, tak zawsze się zaczyna, nie śpi, rano był na nogach, kiedy wróciłam z pracy znów go nie było, wrócił nad ranem dałam mu tabletkę na sen ale już nie podziałała, patrzył ma mnie złymi oczami, pełnymi nienawiści. Wrócił o 19.00 przekrwawione oczy, otwarta wrogośc, weszłam do kuchni kiedy jadł, spojrzał na mnie z nienawiścią, "Pamiętam wszystko, pamiętam te wakacje". Serce zatrzymało mi się z rozpaczy, bezradności, wyszłam. Stałam w pokoju pełna obaw, chciałam podac mu leki, gdy nagle wybiegł z kuchni i uderzył mnie.
    "Schizofrenia zabrała ni syna" powiedziałaś Claro te słowa w obliczu śmierci która jest nieodwracalna, ostateczna. Ale czy ja mogę dziś też tak powiedziec, czy ten straszny człowiek jest jeszcze "moim" synem. Wezwałam policję, powiedział że wypił dwa piwa, wczoraj też bo była impreza, nie wziął leków, dla policjantów, lekarzy którzy tez przyjechali był bardzo miły, uprzejmy, chętnie udzielał informacji- mnie starał się wystraszyc strasznym spojrzeniem, coś we mnie pękło, coś się rozleciało. Jak ja mu mogę pomóc kiedy on mnie nienawidzi. Przed poprzednią hospitalizacja zaatakował tak nagle swoją siostrę, tłumaczył później że podejrzewał, że ona jest z mosadu i za to ma wyrok śmierci. Córka jest drobna i niewysoka, on ma 180 cm i waży 120 kg. Prosiła żebyśmy wystąpili do sądu i umieścili go w zakładzie. Ale nie mogłam tego zrobic. Nie mieszka teraz z nami, nawet jak przyjeżdża to nie nocuje w domu. Łudziłam się, że będzie lepiej, że jakoś damy radę; co ja w ogóle myślałam, przecież nigdy nie udało mi się zatrzyamc go w porę.

    " Synku niebo się chmurzy, osłonię Cię od burzy"
    ale on nie zatrzyma się, jest tak samotny, że zrobi wszystko żeby, przez chwilę byc taki jak wszyscy, ale nawet wówczas nie jest jednym z nich, śmieją się, a on znajduje ujście swojego gniewu. Co ja teraz mam zrobic?, przekroczył granicę którą nikomu przekraczac nie wolno. Jak mam zyc z nim pod jednym dachem? Co ja powinnam zrobic? Ronai.

    OdpowiedzUsuń
  22. Ronai, przeczytałam Twoją wypowiedź. Siedzę i myślę, co w takiej sytuacji mogę napisać. Bardzo mi przykro z powodu tego, co się stało. Bardzo...Pisałaś, że wraz z policją przyjechali lekarze. Zrobili coś? Pomogli? Skoro syn jest teraz taki pobudzony, to może warto byłoby pomyśleć o hospitalizacji...? Przepraszam, nic innego na ten moment nie przychodzi mi do głowy...

    Victoria

    OdpowiedzUsuń
  23. Policja nie miała alkomatu więc nie mogli sprawdzic, lekarz natomiast nie chciał go przyjąc jeśli byłby pod wpływem alkoholu, policja stwierdziła, że żeby zatrzymac kogoś musi miec co najmniej 0,5 promila. Zabrali go na konsultacje z psychiatrą i został na oddziale. To już trzeci pobyt w tym roku, jest to przerażające że mimo leczenia jest coraz gorzej.
    Teraz opowiem o tym co najtrudniejsze. Kiedy ktoś zachoruje, z reguły spotyka się ze współczuciem, mówimy palec Boży. Jest jednak całkiem inaczej kiedy choroba wywodzi się z patologii, wiem że to niekoniecznie w tej chorobie jest faktem, bo nikt nie wie co było pierwsze, czy sięgnięcie po narkotyki jest już wynikiem choroby, bo kto zdrowy, bierze to świństwo, kto zdrowy zatruwa sobie mózg, niszczy dusze. Narkotyki pozbawiają człowieka człowieczeństwa. Pierwszą psychozę poprzedził okres palenia marihuany. To ten okres z człowieka delikatnego, wrażliwego, piszącego wiersze, pięknie rysującego, (kiedyś tak zachowywał się że mówiłam o nim że jest szlachetny, bo to określenie najbardziej do niego pasowało), nigdy nie bił się- nawet jako małe dziecko, dużo czytał, ciągle co czymś opowiadał; ten skręt o którym tępe, bezmyślne głowy mówią, że nie szkodzi (panie Palikot - tysiącu nie zaszkodzi, ale jednemu zaszkodzi, szkoda tylko że to nie na pana spadło ale na nas, wówczas wiedziałby pan że czasem ten jeden jest ważniejszy od pozostałych tysiąca); to "zioło" spowodowało że zmienił się w osobę pozbawioną skrupułów, empatii, psychopatę. Skutki uboczne psychotropów spowodowały następne zniszczenia: otępiałośc, nadwagę, sennośc, izolowanie się, wycofanie, próbował wrócic do rysowania ale nawet rysowac już nie umiał.
    Jeśli samemu powoduje się, że jest się chorym -nie można szukac współczucia i akceptacji, wszyscy cała rodzina przypisuje mu winę, ale nie za to że zachorował, ale za to że wie jak wyglądają jego ataki, że zagraża swoim bliskim, a mimo to sięga po narkotyki, alkohol. Jak to zrozumiec, jak wybaczyc? Czy ja mogę narażac moja córkę? Ona powiedział że nienawidzi go za to co robi, ciągle ma koszmary, boi się nocnych telefonów, boi się że kiedyś dostanie telefon że coś mi zrobił. Kiedyś już dostała telefon od obcego człowieka, była wówczas za granicą, że musi wraca do domu bo stało się coś strasznego, to była noc wówczas to odszedł jej ojciec.
    Podeszła do mnie dawna znajoma z poprzedniego miejsca zamieszkania, powiedziała " Twój syn przyczynił się do śmierci ojca, powiedziałam tylko - to nieprawda. tak nie można mówic. Jan chorował na serce, tak bardzo przeżywał chorobę syna, tyle starał się udźwignąc na swoich barkach, Przez trzy lata gdy syn był na terapii na oddziale dziennym jeździł 60km dwa razy w tygodniu na spotkania, żeby wiedział że go wspiera. "Udaje przed innymi że jest dobrym ojcem" - takie dostał podziękowanie. Nie przejmuj się jego słowami - on jest chory" tak mi mówił. Jesteś zmęczony odpuśc, ale nie chciał. Ja uczestniczyłam rzadko nie lubiłam tych spotkań, widziałam jak syn różnił się od innych, to byli narkomanii a on był chory. Ciągle te osoby tam się zmieniały, miały problemy z abstynencją, on przez ten czas nie złamał abstynencji. potem jeszcze przez następne 3 lata -kiedy to wszystkich kolegów wzywał do podjęcia terapii, wszystkich uważał za narkomanów i alkoholików. Te wszystkie metody kroków były w stosunku do niego bezskuteczne. W tym czasie już zaczął uważac też że może uzdrawiac innych. Przeszliśmy wiele, a dziś znów jesteśmy tam gdzie byliśmy na początku - psychoza, pewnie narkotyki, alkohol, szpital. 10lat zmarnowanych, okupionych tal wielkimi stratami, udręką, strachem beznadziejnością. Bez żadnego wyjścia. Modlę się o wybaczenie: wybacz mi córeczko że musiałaś przez to wszystko przejśc, wybacz mój kochany mężu za jeden dzień Twojego życia oddałabym swoje, i wybacz mi mój synu, cokolwiek Ci zrobiłam, może źle cię kochałam, może źle robiłam wszystko, za mało miłości albo za dużo - nie wiem. przyznam się już do wszystkiego wezmę na siebie odpowiedzialnośc, tylko wybacz mi już,idź do przodu. Ronai.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ronai, ja ubezwłasnowolniłam swojego syna, niestety. Stało się to na krótko przed jego śmiercią. To dawało mi prawo do decydowania o jego losach np. umieszczenie w szpitalu bez jego zgody, gdyby nastąpiło pogorszenie stanu zdrowia.

      Widzę, że przechodzisz etap obwiniania się o wszystko i przepraszania wszystkich za zło, które w swoim mniemaniu im wyrządziłaś! Ja też tak miałam, wiem, że to słabe pocieszenie dla Ciebie! Z pewnością oczekujesz wsparcia, może pragniesz, aby ktoś był przy Tobie. Wiem też po sobie, że czasami trzeba kimś "potrząsnąć" dla jego dobra! Specjalnie przytoczyłam Twoje słowa: "Modlę się o wybaczenie: wybacz mi córeczko, że musiałaś przez to wszystko przejść, wybacz mój kochany mężu, za jeden dzień Twojego życia, oddałabym swoje, i wybacz mi mój synu, cokolwiek Ci zrobiłam, może źle cię kochałam, może źle robiłam wszystko, za mało miłości albo za dużo - nie wiem. przyznam się już do wszystkiego wezmę na siebie odpowiedzialność, tylko wybacz mi już,idź do przodu".

      TY, PRZEPRASZASZ SWOJĄ CÓRKĘ, MĘŻA ZA TO, ŻE BRAT I SYN ZACHOROWAŁ! BIERZESZ CAŁY CIĘŻAR WINY NA SWOJE BARKI! TAK, TA SYTUACJA JEST DRAMATYCZNA, ALE TAK MIĘDZY INNYMI OBJAWIA SIĘ TA CHOLERNA CHOROBA! BYWA, ŻE PACJENT REAGUJE TAK, JAK TWÓJ SYN, A TY MASZ DO WYBORU, CZY BĘDZIESZ NIENAWIDZIŁA SWOJE DZIECKO ZA TO, ŻE CIĘ UDERZYŁO, CZY TEŻ MIMO KRWAWIĄCEGO SERCA, DOPUŚCISZ DO ŚWIADOMOŚCI, ŻE KIERUJE NIM CHOROBA! ON JEST TYLKO WYKONAWCĄ TEGO CZYNU! TWÓJ SYN BYŁ INNY - SAMA O TYM PISZESZ, ALE STAŁO SIĘ! CZY ON CHE BYĆ CHORY? TO CHOROBA ZMIENIŁA JEGO, NIE TY I RZEKOMY BRAK TWOJEJ MIŁOŚCI! PISZESZ O NARKOTYKACH - MOŻE TWÓJ SYN I MÓJ BRALI TO ŚWIŃSTWO, BO TAK JAK KAŻDY NARKOTYK CHOĆ NA CHWILĘ, PRZENOSIŁ ICH DO POZORNIE LEPSZEGO ŚWIATA?! A ONI MOŻE OD SAMEGO POCZĄTKU BYLI JUŻ INNI, BARDZIEJ WRAŻLIWI, NIE UMIEJĄCY PORADZIĆ SOBIE Z TRUDNOŚCIAMI?! NARKOTYK ZAŁATWIAŁ IM WIELE SPRAW TAK JAK ALKOHOL, O WIELE WIĘCEJ NISZCZYŁ, ALE WTEDY ONI O TYM NIE WIEDZIELI, ALBO NIE CHCIELI WIEDZIEĆ!

      TO, CO DZIEJE SIĘ Z TWOJĄ CÓRKĄ (ICH WZAJEMNE REAKCJE) SĄ RÓWNIEŻ BARDZO TRUDNE, ALE TO NIE JEST TWOJĄ WINĄ, ŻE TE RELACJE SĄ WŁAŚNIE TAKIE, BO PODYKTOWANE SĄ CHOROBĄ TWOJEGO SYNA!

      RONAI, PRZEPRASZASZ CÓRKĘ I MĘŻA, A KTO PRZEPROSI CIEBIE?! ROZUMIESZ, CO CHCĘ PRZEZ TO POWIEDZIEĆ?! TWÓJ SYN JEST CHORY I DLATEGO TAK SIĘ ZACHOWUJE! POZWÓL, ŻE ZAPYTAM, CZY TWOJA CÓRKA MA WIEDZĘ NA TEMAT SCHIZOFRENII? WIEDZA POWODUJE, ŻE O TEN KAWAŁEK, WIEMY WIĘCEJ O ZACHOWANIACH CHOREGO I NIE ŻYWIMY URAZY CZY NIENAWIŚCI, A JEŚLI NAWET, TO JEST ONA INNEGO KALIBRU - MNIEJ NAS RANI.
      Pola (moja córka) też płakała, miała dość reakcji, wściekała się na brata, gdy ten stawiał ją na baczność, żeby przeczytać tekst na jej koszulce (miał taki przymus czytania). Teraz, gdy go nie ma, potrafi powiedzieć, że oddałaby wszystko, stałaby godzinami jak posąg, żeby on tylko był z nami...
      JA ODDAŁABYM WSZYSTKO, ŻEBY BYĆ NA TWOIM MIEJSCU I MIEĆ SWOJEGO SYNA CHOREGO, ALE OBOK SIEBIE.

      Nie piszę tych słów w złości, nie czepiam się, próbuje tylko powiedzieć Ci po raz kolejny i mogę tak mówić do skutku: NIE PRZEPRASZAJ ZA CHOROBĘ SWOJEGO SYNA, TO NIE TWOJA WINA!
      Jeśli syn przebywa teraz w szpitalu to dobrze, a Ty staraj się zadbać o swoje zdrowie, wiem, że nie jest łatwo.
      Czy coś dla Ciebie znaczy, jeśli napiszę, że JESTEM Z TOBĄ W TYM TRUDNYM CZASIE? NA MOIM ZEGARKU PIERWSZA W NOCY, A JA PISZĘ, BO JESTEŚ WAŻNA DLA MNIE TY I TWÓJ SYN.

      Usuń
    2. Nie muszę nic już pisać, bo wszystko, co ważne w swoim komentarzu zawarła Clara.
      A jednak chciałabym jakoś pomóc. Tak samo jak dla Clary, nie jest mi obojętny los ludzi, którzy chorują na "paskudztwo" (na które chorował mój brat) jak i bliscy - chorego. Sama wiem jakie to wszystko jest ciężkie. W którymś momencie tej bolesnej drogi zadajesz sobie mnóstwo pytań. Bez odpowiedzi. Dlaczego zachorował? Co zrobiłam źle? Czego nie zauważyłam? Co mogłam, co mogę (teraz, kiedy już zachorował) dla niego zrobić? Moi rodzice również się obwiniali. Ja się obwiniałam. Śmiałam "wzywać" Boga na "pojedynek". Śmiałam wątpić w Jego istnienie. Skoro jest to dlaczego pozwala na cierpienie. Na to, żeby ktoś chorował. Gasł z dnia na dzień... Też szukałam winnego tej sytuacji. A odpowiedź jest banalna. Tak naprawdę nikt z Nas nie jest winny. Ani Ty, ani ja czy moi rodzice. Przecież to oczywiste, że jak kogoś kochamy to chcielibyśmy dla tej osoby jak najlepiej. Chcielibyśmy żeby wyszła na prostą, wyzdrowiała... Staramy się. To nie nasza wina, że ktoś z naszych bliskich zachorował. Nie mamy wpływu na takie rzeczy. Generalnie na wiele rzeczy nie mamy wpływu (na tym świecie). To na co mamy wpływ to jak będziemy postępować. Co robić. Starać się o osobę, którą kochamy? Kiedy już mamy resztki sił? Boimy się, co przyniesie jutro... Wiesz, ja też miewałam wiele nieprzyjemnych, przykrych sytuacji. Po których pękało mi serce. Też nie zawsze byłam fair w stosunku do brata. Wstydzę się, ale tak było. Bywało, że puszczały mi nerwy. Później przychodziłam, przepraszałam go. Jesteśmy tylko ludźmi. Jest nam ciężko patrzeć jak ta choroba niszczy naszych bliskich. Ale mimo wszystko, pomimo tego, że bywa cholernie ciężko, myślałam sobie: " Boże, mi jest ciężko? A co on ma powiedzieć? Muszę być silna. Dla niego." Nie mogę Ci nic doradzać. Nie mam takiego prawa. Myślę, że już dawno jednak wybrałaś. Dokonałaś wyboru. Będziesz trwać przy Synu. Sama napisałaś, że trwa już to tyle lat. Wg mnie jesteś świetną matką. Naprawdę. Troszczysz się o swoje dziecko. A on? On jest zagubiony w tej chorobie. Oczywiście, nie pochwalam jego zachowania. Tego co zrobił. Jednakże, tak jak Clara wspomniała - to wynik tej paskudnej choroby. Tego typu zachowania. Pamiętaj, że nie jesteś sama. Clara stworzyła piękne miejsce. Do którego można wracać. Czytać, powzruszać się, wyżalić. Dziękuję Jej za to. To pomaga. Wiedzieć, że ktoś nas rozumie. Mieć świadomość, że dla kogoś jest ważny nasz los (mimo to, że się nie znamy!). Ronai, pisz tutaj, ja na pewno będę czytać i odpowiadać. Wspierać Cię, chociaż w taki sposób. W inny nie mogę. Wierzę, że jeszcze Twój Syn może "iść do przodu". Może teraz dobiorą mu dobre leki. Może pomyślicie wspólnie o terapii. Mimo, że moja (i mojego brata) historia skończyła się tragicznie, wierzę, że Twoja tak się nie skończy. Wierzę, że dacie radę. Wspólnie.
      Pewnie tak o sobie nie myślisz, lecz muszę Ci to napisać - jesteś bardzo silną kobietą! Tak jak mówi Clara - zadbaj teraz o siebie. Emocje może trochę opadną, pomyślisz o wszystkim. Zadbasz o swoje zdrowie. Wierzę w Ciebie i kibicuję Ci z całego serca!
      Kończę, bo u mnie dochodzi druga;). Victoria

      Usuń
  24. Claro, Viktorio Wasze wsparcie było mi bardzo potrzebne. dziękuję Wam z całego serca za Waszą wrażliwośc i dobroc. U tych którzy nie znaleźli się w takiej sytuacji nie ma nawet sensu szukac zrozumienia, maja od razu rozwiązania w rękawie, czy wątpią w moją inteligencję; czy gdyby rozwiązanie było tak proste to ja bym go nie znalazła. Nie opowiadam o chorobie syna od tak sobie znajomym, w pracy, nie chce naruszac jego dóbr, nie ukrywam jednak że jest chory, staram się natomiast porozmawiac z jego kolegami, też nie opowiadam im o chorobie tylko że bierze leki, nie ma silnej woli, typowa balanga dla młodzieży jest nie dla niego, robi krzywdę sobie i rodzinie. Przytakują, rozumieją (?), na pozór, mimo że są pozornie zdrowi brakuje im empatii, dobroci, zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Bawią się życiem drugiego człowieka bez skrupułów, bez wyrzutów sumienia. Naciągają go i wykorzystują. Jeszcze raz Wam dziękuje, jak zawsze rozpadłam się na kawałki, przepłakałam cały dzień, teraz pora się pozbierac, nie jestem juzż taka samotna. Mam Was. Dziękuję Ronai

    OdpowiedzUsuń