sobota, 19 lutego 2011

Czy moje pisanie jest modlitwą?


Mimo, iż jest późny wieczór, postanowiłam podzielić się pewnymi przemyśleniami. Przeczytałam w jednej z książek, iż nasze "codzienne życie jest modlitwą". W swoich wynurzeniach na ten temat, autorka książki uważa, że nie zawsze musimy czy też powinniśmy padać na kolana, żeby się modlić. Według niej modlitwą właściwie jest wszystko. To, że pomagamy przyjacielowi w rozpaczy, że modlimy się naszym pragnieniem, naszym oczekiwaniem, naszą tęsknotą. Modlimy się kiedy pocieszamy, kiedy płaczemy. Cytuje też ona Oscara Wilde'a, który powiedział, że "w naszym życiu są tylko dwie tragedie: nie uzyskanie tego, o co się modlisz i uzyskanie tego, o co się modliłeś". W tej drugiej części cytatu wyczuwam nutkę ironii, no ale...

Dla mnie największą tragedią było i jest to, że nie otrzymałam tego o co się tak gorliwie modliłam. Te moje prośby, a właściwie usilne błagania najpierw dotyczyły samej diagnozy, aby nie była to schizofrenia u mojego syna. Pamiętam, jak jechałam do Akademii Medycznej w której syn przebywał parę tygodni i po drodze modliłam się najgoręcej, jak tylko umiałam: Panie Boże, spraw błagam Cię, żeby to nie była tylko ta choroba! Każda inna tylko nie ta, proszę! Wtedy wiedziałam już bardzo dużo na jej temat. Kiedy moje przypuszczenia stały się faktem i lekarze w akademii postawili diagnozę, dla mnie zabrzmiało to, jak wyrok! Filip w tym czasie nie identyfikował się jeszcze z jakąkolwiek chorobą psychiczną - na to potrzeba było czasu. W takich sytuacjach najpierw jest szok, potem niedowierzanie i na końcu akceptacja choroby, bądź nie! On biedny walczył po swojemu, nie wiedząc, co mu jest i jak ma pozbyć się tej zarazy! Dla nas wszystkich było to DOŻYWOCIE! Pojawił się też pierwszy bunt u wszystkich, u całej najbliższej rodziny! I co Panie Boże, nie jesteśmy godni, żebyś nas wysłuchał, żebyś pochylił się nad nami?! Jesteśmy tylko marnym pyłem w Twoich oczach?! Już słyszę te gromy pod moim adresem: no tak, jak Opatrzność nie wysłuchała, to najłatwiej się odwrócić! A gdzie pokora marny robaku?! Być może ktoś powie: i po co było, tak emocjonalnie podchodzić do tego?! Mało ludzi choruje i tak nie "przesadza" jak ty! Znowu być może ktoś ma rację, że wszyscy spalaliśmy się emocjonalnie, ale na tamten moment, nie umieliśmy inaczej.

Proszę nie traktujcie tego wynurzenia, jako formy użalania się nad sobą! Po prostu, stwierdzam i zapisuję suche fakty, tak było. Kiedy nie miałam już siły, aby dłużej walczyć z Bogiem, przychodziła determinacja i akceptacja choroby, ale na to wszystko potrzebny był znowu czas. Bo cóż innego pozostawało?! Niestety, stan mojego syna, mimo pobytów w szpitalach po parę miesięcy w roku nie poprawiał się. Ciągle więc wołałam o pomoc i wsparcie do nieba. To był taki handel wymienno - przemienny! Panie Boże, ja Tobie to, a Ty mnie tamto, OK! Boże, zabierz od mojego syna tę chorobę, a nałóż na mnie wszystko, co chcesz wszystkie choroby świata! Wszystko zniosę, byleby on był zdrowy - pozwól mu cieszyć się życiem, proszę...

Napisałam to zdanie i przemknęła mi myśl, że wprawdzie poprawy stanu zdrowia u syna nie było, ale przecież skądś dostawałam jakąś wewnętrzną siłę i moc, aby być przy nim. Niby skąd czerpałam tę siłę, skoro bywały dni, że sama nie miałam siły zwlec się z łóżka?! Byłam zmęczona szukaniem wiadomości po internecie, czytaniem blogów, zadawaniem pytań na forach. Teraz z perspektywy czasu zastanawiam się, jak to wszystko przeżyłam - nie roztkliwiam się bynajmniej i nie użalam nad sobą! Pytam samą siebie: skąd czerpałam na to wszystko siły? Jednak chyba muszę włączyć w to pomoc Pana Boga. Kiedy Filip odszedł krzyczałam znowu, że Boga nie ma skoro umiera bezbronny, młody człowiek! Panie Boże, dlaczego dopuszczasz do tego, co on uczynił złego? Panie Boże, czy słyszysz, co do Ciebie mówię? Za co nas karzesz? To była destrukcja psychiczna dla nas wszystkich!

Teraz szukam ratunku dla samej siebie, jak poukładać to wszystko, jak dalej żyć?! Prowadziłam też niekończące się rozmowy z księżmi, wręcz zadręczałam ich pytaniami. Mówiłam, że chciałabym wziąć do ręki kawał sękatego kija, wejść na szczyt góry i pogrozić Panu Bogu! Niech wie, niech wreszcie usłyszy moje wołanie, że mam żal do Niego, iż zabrał mi syna. Pytam jeszcze raz, dlaczego?! Wiem, że są to pytania z gatunku trudnych i bez odpowiedzi! Może ktoś nawet przestraszy się tego, co napisałam, mówiąc, że bluźnię przeciwko Bogu, że grzeszę, bo przecież taka była wola Najwyższego.

Dobrze wiem, że popadam teraz w jakieś niekończące się rozważania. O dziwo, pewien ksiądz nawet nie skarcił mnie, gdy mówiłam o tym wygrażaniu?! Powiedział tylko, że nie potrafi zrozumieć mnie, jako matki, mojego bólu, bo jest to po prostu niemożliwe, ale choć trochę próbuje. Powiedział, że nawet dobrze, iż tak wykrzykuję te swoje żale, że wyrzucam je z siebie, bo wtedy robię miejsce na coś dobrego. Usuwam zgorzel, żeby mogło narodzić się coś nowego. Tyle tylko, że to nowe rodzi się w ogromnych bólach i tak długo...

Dziś wieczorem zadzwoniła do mnie znajoma, której córka jest sparaliżowana po wypadku, jest jak roślina. Znajoma ta, opiekuje się jej małą córeczką. Jest dla niej babcią, a przede wszystkim zastępczą matką. Kiedy powiedziałam jej o zbliżającej się rocznicy śmierci Filipa, ona spojrzała na to wszystko przez pryzmat wiary. Wiesz, gdybym nie była wierząca, to już dawno zwariowałabym od tych problemów, powiedziała, a tak czerpię jakoś siły na każdy następny dzień. Sprawy, które mnie przerastają, które są dla mnie za trudne, tak po ludzku odpuszczam i oddaję Bogu. Ja, niestety nie mogę tego jeszcze powiedzieć o sobie. To jeszcze nie ten etap, ale mam nadzieję, że może kiedyś zaakceptuję to, co się stało.

                                                                                                         Clara 

4 komentarze:

  1. Och jak ten tekst jest mi bliski! To naprawdę niesamowite że ludzie mają takie same przemyślenia, pytania i rozterki dotyczące Boga, choroby własnego dziecka i tej strasznej niemocy. Zawsze próbowałam to jakoś ubrać w słowa a tu zostały powiedziane tak jak ja bym to zrobiła.Dziękuję

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja ciesze się, że dzięki temu wpisowi, mogłaś zidentyfikować się ze swoimi uczuciami. Ja też zakładam, że jakaś sytuacja, to zawsze bielszy odcień bieli. A my ludzie podobnie odczuwamy, reagujemy - jesteśmy tymi odcieniami bieli. Może to i dobrze, że bierzemy coś dla siebie, że wspomagamy się wzajemnie. Dziękuję, że podzieliłaś się swoimi odczuciami.

      Usuń
  2. Dziękuję Pani za ten wpis. Moja młodsza siostra od roku choruje na schizofrenie. Dawniej byłam osobą bardzo wierzącą, ale to wszystko co się teraz dzieje, sprawia że odwróciłam się od Boga. Pani wpis dał mi wiele do myślenia. Może to dzięki niemu wytrzymujemy całe to piekło? Może o nas nie zapomniał? Mam nadzieję...

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj, z Twojego wpisu wynika, że jesteś dziewczyną, bądź młodą kobietą :) Chcę napisać Ci o czymś, co zasłyszałam w filmie o kardynałe Stefanie Wyszyńskim. Był więziony w strasznych warunkach w czasach "bezpieki" i pobawiony godności człowieka i przywilejów, które przysługują głowie Kościoła. Była taka scena, gdzie po przesłuchaniu kardynał wypowiedział takie słowa: "Boże, nie pytam dlaczego, bo swoją ufność pokładam w Tobie". Zawsze, kiedy mi źle próbuję o tym sobie przypomnieć.
    Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę Ci siły.

    OdpowiedzUsuń

Drogi Gościu,

Zanim napiszesz choćby jedno słowo, nie krytykuj, nie osądzaj, tak od razu! Znasz raptem mój pseudonim, ale nie znasz mojej historii...