wtorek, 22 lutego 2011

Czasami patrzę w niebo i szukam Cię Synku

Tak naprawdę boję się dnia, który ma nadejść - trzecia rocznica śmierci Mojego Syna. W pierwszym poście wspomniałam, że pisanie tego bloga da mi sposobność, aby "podotykać" imienia Syna. Po tych kilku dniach stwierdzam jednak, że to wcale nie takie łatwe. Za bardzo boli używanie tego imienia, odmienianie go przez przypadki. Wolę już formę zastępczą, a zarazem bardzo bliską - mój Syn. Łapię się też na tym, że jeśli słyszę, gdy dzieci bawią się na placu zabaw, a ja akurat przechodzę obok i ktoś woła - Filip, kulę się wtedy w sobie, taki nagły paraliż całego ciała. Powstają od razu jakieś skojarzenia, wspomnienia. Prawdziwą mękę przechodziłam, gdy mój pies akurat w czasie zabaw dzieci na podwórku, miał ochotę na spacer. To było nie do zniesienia! Pewnego razu wspomniałam o moim zachowaniu lekarzowi, który był lekarzem prowadzącym mojego Syna w szpitalu. Wysłuchawszy tego powiedział, iż jeśli przyjdzie mi raz jeszcze być w takiej sytuacji, to żeby nie uciekać w panice do domu, tylko prawie że "wbić" się w ziemię, postać, przyjrzeć się, co robią te maluchy i na koniec... spróbować uśmiechnąć się do Nich, a najlepiej do tego, kto ma na imię Filip. Lekarz mówił o uśmiechaniu się, a mnie płynęły łzy jak grochy!
Zaznaczył, że nie będzie to łatwe, ale może to być pierwszy maleńki kroczek ku zdrowieniu. Chyba ten sposób działa, bo po pierwszych porażkach spokojnie już przechodzę i patrzę na bawiące się dzieci. Oswajam tego zwierza! Gdzieś ten paniczny galop do domu, żeby pozamykać okna i nie słyszeć imienia Filip powoli odchodzi. Ale na początku było ciężko. To była walka z samą sobą!

Kiedy nadchodzą niespodziewane momenty tęsknoty, której nie mogę ogarnąć idę na spacer i słucham muzyki mojego Syna. Niestety, dopiero kiedy odszedł zaczęłam ją poznawać. Była mroczna i ciężka w odbiorze.

Mam też parę sprawdzonych sposobów żeby "pobyć" bliżej Filipa. Ile spokoju płynie do mnie, kiedy patrzę w niebo, chociaż nie zawsze tak jest... Patrzę, ale jednocześnie mówię do Niego: Synku, co teraz robisz, jak spędzasz czas w miejscu do którego ja nie mogę jeszcze dotrzeć?! Jak Ci tam jest? Przecież w domu, to ja byłam blisko Ciebie, a tam kto się o Ciebie troszczy? Czasami niebo jest tak pełne słońca, że odbieram to jako coś pozytywnego na zasadzie: Spoko maminka - da się wytrzymać! Czasami, to niebo jest ciemne, groźne i wtedy bardzo boję się o Niego - kto mu pomoże? A jeżeli jest bezradny, tak jak małe dziecko! On wysoki, przystojny chłopak 1.83cm wzrostu o silnej budowie ciała, a potem... był na swój sposób, taki nieporadny! Niestety, długo myliłam pojęcia: nieporadność i lenistwo. Musiało minąć dużo czasu, żebym zaczęła myśleć inaczej.
Ta choroba zmieniła Filipa na tyle, że z chłopaka pełnego temperamentu i radości stał się zamknięty w sobie, zatopiony w ponurych myślach i w ogóle zamknięty w swoim świecie. Najbezpieczniej czuł się jednak w domu. Miał swoją muzykę, książki. Kiedyś nie było soboty bez wyjścia na imprezę bez spotkań z dziewczyną. Potem kiedy choroba wzięła Go w swoje szpony skończyło się wszystko. Koledzy powoli wykruszali się - ja nie obwiniam Ich za to. Nie mam moralnego prawa! On nie był już kompanem do szaleństw! Tamten Filip gdzieś odszedł na zawsze! On sam mówił, że nie czuje już kontaktu z Nimi, nie było tematów do rozmów. To poza domem toczyło się życie, a nie w nim! W domu była dla Niego tylko wegetacja! Kiedyś czyścioch, zawsze modnie ubrany z dobrą wodą perfumowaną, później nie czuł potrzeby, żeby brać codziennie prysznic, golenie się sprawiało mu przykrość i ogromny wysiłek! Kiedyś pomocny w domu, potem wszystko odkładający na później. Za dużo tego kiedyś i potem!
Ich światy - Filipa i kolegów, przyjaciół stawały się odmienne i coraz bardziej dalekie. To ja namawiałam Filipa, żeby czasem załapał jakiś kontakt z kimkolwiek. Widziałam, jak bardzo to Go męczy - te wyjścia z domu. Wszystko robił na siłę bez cienia entuzjazmu. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia! Parę razy dał się namówić dla tzw. "świętego spokoju". Przyjechał po Niego przyjaciel. On kiedyś świetny kierowca, później przestał jeździć samochodem, bo brał silne leki! Ta sytuacja, jak i wiele innych budziła w Nim bunt.
Pamiętam dokładnie, jak pewnej soboty Filip długo szykował się do wyjścia, tak jak za dawnych dobrych czasów. I co? Nie minęła godzina od wyjścia z domu, po czym był już z powrotem. Nie namawiaj mnie mamo więcej - powiedział. Źle się czuję w tym towarzystwie! Co mnie obchodzi to o czym oni mówią - to nie jest już mój świat. Taka obojętność na wszystko i wszystkich! Jeszcze niedawno, tak bardzo bliskich Mu ludzi. On powoli zamykał się na sprawy tego świata, a ja kuliłam się w środku z niemocy! Stałam, patrzyłam i waliłam głową w ścianę z bezsilności! Jakieś szaleństwo ogarniało mnie wtedy! Skoro, tak mówi i tak dziwnie się zachowuje, trzeba to zmienić: 1) lekarza 2) leki 3) znaleźć jakiś szpital. Przecież nie mogę być tak bierna! A ja czasami z tej ciągłej gonitwy "ciągnęłam nogi za sobą", bo byłam koszmarnie zmęczona. Jeszcze muszę tu przeczytać, tam sprawdzić, tam zadzwonić. No, przecież muszę! Może ktoś coś podpowie. To było szaleństwo, które doprowadzało mnie na skraj rozpaczy! Tak nie można było dłużej żyć! I nadszedł kiedyś dzień, że ktoś lub coś postanowił(o) inaczej!


                                                                                                   Clara

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi Gościu,

Zanim napiszesz choćby jedno słowo, nie krytykuj, nie osądzaj, tak od razu! Znasz raptem mój pseudonim, ale nie znasz mojej historii...