czwartek, 21 lipca 2011

Tylko moje zachody słońca


Witam,

Na początek muszę wytłumaczyć się z czegoś, co nie daje mi od pewnego czasu spokoju. Chodzi o to, iż ktoś czytając moje wpisy dojdzie może do wniosku, że za mało piszę o samej chorobie, która niszczyła mojego syna, o jej symptomach, a rozpisuję się na tak zwane tematy poboczne nie dotykając sedna sprawy, że gdzieś po drodze rozmywam się. Jeśli kogoś zawiodłam - przepraszam, ale nie mogę i nie potrafię pisać inaczej. Na dany moment, to COŚ jest dla mnie niezwykle ważne. Nie mogłam przejść obojętnie choćby obok tego, co już wcześniej napisałam. Jakaś niewytłumaczalna siła nakazywała mi, aby nadawać takie a nie inne tytuły i pisać właśnie o tym, co już widnieje we wcześniejszych zapiskach.

Tak jest i dzisiejszego wieczoru. Niby chodzi mi po głowie inny temat, ale pragnę "zatrzymać w kadrze" chwile, które przeżyłam kiedyś nad polskim morzem, a były one nieodłącznie związane z moim synem. Nigdy wcześniej nie miałam okazji by być z dziećmi w Kołobrzegu. Docieraliśmy razem np. do Stegny lub Krynicy Morskiej, ale nigdy dalej. Cała nasza trójka, a właściwie czwórka (piesek zawsze nam towarzyszył), lubiła spacerować brzegiem morza bez względu na porę roku. Pamiętam te miłe chwile, gdy Filip czasami czuł się dobrze i wtedy był chętny do wyjazdu nad morze. Jedno zdarzenie utkwiło mi na zawsze w pamięci, tak jakby mój mózg zrobił zdjęcie chwili, która nigdy później miała się już nie powtórzyć. Filip, idąc plażą przepytywał Polę z różnych przedmiotów, licytowali się kto wiecej umie, a psiak biegł przed nami niosąc w pysku kawałek sękatego kija.
Kwiecień, jeszcze pusta plaża o tej porze roku, tylko gdzieniegdzie ludzie wygrzewający się w pierwszych promieniach słońca. Ktoś patrzący z boku nawet nie domyśliłby się, iż jest to tylko fasada, a pod nią nastepuje proces rozkładu uczuć tej trójki ludzi, która próbuje pojąć, co dzieje się z ich życiem. Dlaczego Filip, który jest z nami na plaży, aktywny, śmiejący się, opowiadający dowcipy, pełen energii po chwili staje się smutny i nieobecny, pograżony w swoim świecie, zupełnie tak, jakby demony zła zawładnęły jego umysłem i uczuciami. Wystarczyło, że Pola i ja patrzyłyśmy na niego i widziałyśmy wszystko. Jego dalekie, nieobecne oczy, smutek na twarzy - wszystko było tam wyrysowane...Z fajnego, roześmianego chłopaka stawał się poirytowanym, spiętym, nie dającym dojść do siebie kimś obcym. W takiej sytuacji należało wracać czym prędzej do domu - beztroskie chwile dobiegały końca. Działo się dokładnie tak, jakby wychodził ze swojej skorupy tylko na chwilę, by zaraz do niej powrócić. Na szczęście robiłam zdjęcia, utrwalałam te momenty, gdy był radosny. Na dziś, to mój największy skarb. Tak było kiedyś, a jak było jeszcze parę dni temu?

Wiele razy siedziałam na plaży i jak urzeczona patrzyłam na te moje zachody słońca, były przepiękne. Żółto-pomarańczowa kula powolutku skrywająca się za horyzont. Ile osób próbowało utrwalić ten moment. Zastanawiałam się, czy to słońce zachodzi tylko u mnie, czy jeszcze gdzieś w jakimś innym ze światów? Czy tam dzień też chyli się ku zachodowi? Jaka paleta uczuć pojawia się w człowieku, jaki wachlarz doznań, gdy widzi, że wszystko przemija, że kolejny dzień się kończy, a jutro dopiero nadejdzie. Wydaje mi się, że nasza podświadomość dokładnie wie, czego oczekujemy i podaje nam to na złotej tacy. Zachód słońca widnieje u mnie na zdjęciu, jako zwiastun mojego bloga. Chciałabym wejść w to słońce, dla mnie jest ono bramą do lepszego świata. Tych cudnych i tylko Waszych zachodów słońca życzę.
                                                                             

                                                                                                                 
                                                                                                                   Clara Fabio

10 komentarzy:

  1. Witaj Claro... Jestem matką syna chorego na schizofrenię; zmagamy się z jego chorobą od 2 lat ale symptomy wystąpiły dużo, dużo wcześniej. Gdy czytam o Filipie, widzę mojego syna: te same zachowania, ten sam stosunek do świata. Co Ty wtedy czułaś, wiem aż nadto dobrze, bo przecież ja sama przeżywam to każdego dnia. Tego co przeżywasz teraz - po śmierci swojego dziecka, nawet nie umiem sobie wyobrazić... Powoli tracę siły i popadam w otępienie, długotrwały stres spowodował utratę chęci do życia, zaczyna mi być wszystko jedno, po prostu nie mam już siły. Wczoraj zrządzeniem losu - nie szukając - natknęłam się na blog LORELAY, /który kosztował mnie nieprzespaną noc i wiele łez/, a poprzez niego trafiłam na Twój blog i wierzę, że nie stało się to przypadkowo. Może ktoś wyciągnie do mnie pomocną dłoń, a może to ja będę w stanie komuś pomóc? Nie wiem, ale podaję swojego e-maila z nadzieją, że nienadaremnie. hannajp@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Claro, nie przepraszaj. Nikt nie oczekuje tego abys pisala wbrew sobie.
    Twoj blog jest Twoim miejscem i pisz tak jak czujesz w danej chwili.
    Zachody slonca nad morzem maja w sobie jakas magie. Przez kilka lat mieszkalam nad polskim morzem i uwielbialam wygapiac sie na zachody slonca. Sa to widoki niepowtarzalne.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam.Jestem chora na schizofrenie i czuje się bardzo samotna. Dziękuje ci za twój blog. Gdy go czytam czuję miłość do syna, promieniuje z twoich słów. Mi choroba również zabrała dziecko i moje serce to jedna wielka niezagojona rana. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. jesli masz ochote na zabawe:) zaraszam do mnie po wyroznienie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Do mamy syna chorego... Witam Cię i dziekuję, że podzieliłaś się tym, co przeżywasz w związku z chorobą swojego syna. Ja też nie miałam ochoty do życia, byłam zmaltretowana psychicznie, ale walczyłam jak lwica o zdrowie mojego syna. Byłam na tym polu walki zupełnie sama pod każdym względem, znikąd wsparcia. Wiem, że czasami jest to ponad siły, ale okazuj synowi MIŁOŚĆ - on nie chciałby być chory - STAŁO SIĘ. Nie pytaj dlaczego, bo odpowiedzi możesz nigdy nie otrzymać. Zobacz, jak ciężko musi być jemu samemu. On czasami do końca nie wie, co się z nim dzieje. Przytulam Cię bardzo bardzo mocno. Jeśli będziesz miała gorszy dzień pisz tutaj, może w ten sposób i Ty pomożesz komuś. Dziekuję za adres e-mailowy, napiszę do Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj Ataner, dziekuję za Twoje duchowe wsparcie. Czasami coś mi w duszy gra i w żaden sposób nie mogę tego pominąć. Jeślibym na dany moment o tym nie napisała, to tak jakbym ograbiała samą siebie z jakichś wspomnień mniej lub bardziej dalekich.
    Hmmm, czyli wiesz o czym "mówię" te przecudne zachody słońca nad morzem. Nie dziwię się, że ludzie potrafią siedzieć całe dnie na plaży nawet w niepogodę, a tak przy okazji fajnie jest nad tym polskim morzem. Moc serdeczności dla Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Do Pani, która podpisała się Anonimowa/y. Witam Cię ciepło - nie jesteś już sama, jesteśmy we dwie:-) Zachęcam Cię do przelewania swoich myśli na ten "specyficzny papier", gdy człowiek wyrzuca z siebie te złe emocje, robi wówczas miejsce, aby przyjąć dobro. Współczuję Ci z powodu straty Twojego dziecka. Zajrzyj, proszę na stronę www. dlaczego.org.pl może tam znajdziesz ukojenie. Światełko dla Twojego dziecka (*)

    OdpowiedzUsuń
  8. Emocjo, witam, już zaglądam do Ciebie - Ty ARTYSTYCZNA DUSZO...

    OdpowiedzUsuń
  9. Witaj Claro
    widzę, że zagoszczę dłużej na Twoim blogu, od którego powoli się uzależniam. Dziękuję za słowa otuchy oraz za obietnicę napisania do mnie. Czekam z niecierpliwością, tyle mam pytań do Ciebie... Czekam również na maile od każdego, kto zechce podzielić się ze mną swoimi troskami, problemami, a może też nadzieją i radością?
    W przeciwieństwie do Ciebie Claro, nie ukrywam przed światem choroby mojego syna, doszłam do wniosku, że lepiej jest, gdy bliscy wiedzą, dlaczego tak a nie inaczej się zachowuje, dlaczego z "genialnego" dziecka, w którym wszyscy pokładali wielkie nadzieje nie wyrósł naukowiec ani wybitny specjalista w jakiejś dziedzinie. Dzięki temu cieszymy się z malutkich sukcesów, każdego samodzielnego kroczku na drodze do samodzielności. Moi rodzice długo nie przyjmowali do wiadomości, że ich pierworodny wnuk jest chory psychicznie, babcia uparcie wmawiała sobie i jemu, że to depresja, z której da się wyjść łatwo pod kilkoma wszakże warunkami. Jakież to były proste recepty!!! Dla mnie diagnoza postawiona po prawie 2 miesięcznym pobycie w szpitalu była ciosem z jednej strony ale jednocześnie przyniosła jakąś niewytłumaczalną ulgę: wreszcie wiedziałam, co dolega mojemu dziecku, jak nazywa się ten wróg, któremu musimy stawić czoło. Piszesz o tym, że należy okazywać wiele miłości... Ja to wiem, zawsze wiedziałam, a teraz szczególnie mocno pragnę obdarzać miłością swoje dziecko. Powiedz mi, dlaczego ludzie tego nie rozumieją, uważają mnie za nadopiekuńczą matkę, dającą zbyt wiele? Czy uważają, że "takie" dziecko na miłość nie zasługuje, bo nie spełnia ich oczekiwań? Okrucieństwo moich bliskich posuwa się nawet do stwierdzenia, że choroba syna to moja wina. Jak widzisz, nic nie zostało mi oszczędzone, a mimo to jestem szczęśliwa, bo ON żyje, czasami przytuli się do mnie, czasami odepchnie, ale JEST. W duszy zapalam światełko dla (...) Przytulam Cię mocno
    Matka syna chorego na schizofrenię
    hannajp@o2.pl /Hanna to nie jest moje prawdziwe imię, należało do mojej ukochanej Teściowej, która odeszła półtora roku temu, z czym do dziś nie mogę się pogodzić, więc używam jej poczty, bo w ten sposób Ona nadal jest obecna/.

    OdpowiedzUsuń
  10. Haniu, pozwól, że tak będę zwracała się do Ciebie :-)czytam Twój wpis i płaczę, a właściwie ryczę. Każde słowo napisane przez Ciebie jest mną w jakimś kawałku. Do każdego zdania mogłabym się odnieść i je rozwinąć, to tak jakbyś w jednej wypowiedzi zawarła szereg problemów. PODZIWIAM CIĘ ZA MĄDROŚĆ I ODWAGĘ - mnie jej nie starczyło, żeby powiedziec prawdę o chorobie Filipa, a teraz już chyba nie ma sensu zmieniać. Czy rozumiesz mnie kiedy piszę, że zazdroszczę Ci, iż możesz przytulić swojego Synka... Tak, w tej chorobie jak w żadnej innej potrzebna jest ta niby nadopiekuńczość i nie patrz na to, co powiedza inni, ja źle na tym wyszłam. Dziekuję za to światełko...

    OdpowiedzUsuń