sobota, 2 lipca 2011

Żałobo, w czarne koronki spowita...


Wmawiamy sobie często, że śmierć nas nie dotyczy. Ktoś gdzieś płacze – mijamy go w popłochu, żeby nie zarazić się jego smutkiem. My, chcemy żyć, potrzebujemy radości i zadowolenia. To ktoś obcy stracił bliską osobę, ale nie my! Gdzieś rozgrywa się dramat, ale na szczęście, to nie nasza tragedia. Dopiero, gdy smutek i rozpacz zapuka do naszych drzwi, czujemy się bezradni, bo przecież nie jesteśmy przygotowani na przyjęcie „gościa smutku”, odganiamy go niczym packą na muchy, a on wciąż stoi i puka!

Wiem, że na najgorsze nie można się przygotować, mimo iż często są zwiastuny tego, co zbliża się nieuchronnie. Jesteśmy pełni nadziei, że wszystko będzie dobrze, że Pan Bóg okaże miłosierdzie naszemu bliskiemu i nam samym etc., czyli żyjemy z myślą, że to najgorsze czyha gdzieś za rogiem niczym złodziej, ale na nas nigdy nie napadnie lub też nie powinno napaść. Potem niejednokrotnie żałujemy przez całe życie, że nie zdążyliśmy się pożegnać.

Gdy coś się jednak wydarzy, nie możemy uwierzyć w tę śmierć. To nie możliwe, że już go nie ma, że nie zadzwoni, nie stanie w drzwiach, nie usłyszymy jego śmiechu albo płaczu. Czujemy rozdzierający ból w środku. Będąc na cmentarzu zawsze mijam stary grób na którym widnieje napis: "To nieprawda, że Ciebie już nie ma", jak widać nawet w kamieniu można wyryć takie słowa, do końca zaprzeczając faktom. Umownie przyjęło się, że potrzebny jest rok czasu, aby pogodzić się ze stratą i samemu zacząć żyć. Czasami ludzie potrzebują pomocy, aby „oswoić” śmierć i zmierzyć się z żałobą. Napisałam ten wstęp i myślę sobie, ile osób z niechęcią pominie ów wpis, bo to smutne, bo nas nie dotyczy, bo na dworze piękne słońce, bo są wakacje, bo...

Kiedy nagle dochodzi do jakiejś tragedii po fakcie zaczynamy analizować, zadawać sobie pytania: czy wcześniej mieliśmy np. jakieś przeczucia? Często bezradnie rozkładamy ręce, że wszystko było w nas uśpione, nic nie zwróciło naszej uwagi, dokładnie tak, jakby te zdarzenia po sobie następujące układały się według misternie napisanego scenariusza. Nikt nie może wypaść z roli, przedstawienie nie może się opóźnić, wszystko przebiega zgodnie z planem! Chciałoby się zapytać, zgodnie z czyim planem, kto jest reżyserem tej tragedii?

Dla ludzi dramat zamyka się w momencie pogrzebu, a dla matki, która traci swoje dziecko, on dopiero się zaczyna. Czujemy się odpowiedzialni za śmierć naszego dziecka i nikt ani nic nie jest w stanie tego zmienić, przynajmniej na początku. Dlatego dobrze, że powstają warsztaty prawidłowego przeżywania żałoby. Napisałam, to ostatnie zdanie i zastanawiam się, czy ja prawidłowo przeżywam swoją żałobę, nie wiem, czy nie utknęłam na jakimś jej etapie?! Bo dla wielu nieprawidłowo przeżyta strata staje się źródłem głębokiej i długotrwałej depresji.

Na początku jest zaprzeczanie: to nie wydarzyło się naprawdę, to przecież niemożliwe, to jakaś pomyłka! Potem jest złość na zmarłego: on odszedł, zostawił mnie a ja cierpię, dalej jest złość na Boga – jak on mógł do tego dopuścić! Tuż za nią poczucie winy: mogłam/em coś więcej zrobić dla swojego dziecka. Dalej trzeba zmierzyć się z własną bezradnością wobec umierania. Jednak człowiek nigdy nie jest gotowy na śmierć drugiej osoby, mimo iż lekarze czasami przygotowują nas do tego. Nie przewidzimy naszych zachowań, tak jesteśmy zaprogramowani - to jest tylko moje zdanie w tej kwestii. 

Ta żałoba przychodzi do nas falami, spowita na początku w czarne koronki. Musimy mieć tylko świadomość, że ze spotkania na spotkanie, będzie zmieniała kolor tych swoich misternie tkanych koronek. Może kiedyś zniknie z naszego życia albo chociaż przyoblecze się w jasne barwy..., bo świat bez naszych dzieci nie jest i już nigdy nie będzie taki sam, ale nadal będzie istniał.

PS.
W następnym poście będę starała się napisać o tym, że każda dobrze przeżyta żałoba kończy się akceptacją śmierci, bo zmarli odeszli, a życie trwa dalej (tylko w jakich barwach...). Na moje dziś, to wszystko jest bardzo trudne do zaakceptowania, wiem też, że jest to proces. Dlaczego o tym piszę - popatrzmy wokół siebie - ja w swojej żałobie byłam sama i jestem sama wśród bliskich mi osób (nie użalam się).

                                                                                                          Clara 


                                                          

14 komentarzy:

  1. Czy moje słowa, rozmowa mogłaby ukoić twój ból?
    Czemu, gdy pojawiają się tego typu tematy naglę milknę i nie potrafię niczego powiedzieć.
    Przepraszam, że nie potrafię napisać niczego konstruktywnego,chociaż bardzo bym chciała.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana, to nie tak, że ludzie omijają, bo boją siię śmierci. Oni po prostu nie wiedzą,, jak zareagowaać... Spróbuj ty, wyciągnij rękę pierwsza, powiedz im, o tym, co czujesz. Otwórz się. Zobaczysz, nie odejdą. Zostaną i będą.
    Otulam:*

    OdpowiedzUsuń
  3. Biedronko, witam Cię w moich skromnych blogowych progach. Chcę tylko sprostować, że ja nie użalam się nad tym, iż byłam i jestem sama w tym trudnym czasie - już zaakceptowałam tę sytuację. Wiesz, że pisanie tego bloga pokazało mi reakcje osób podobną do Twojej i "anioła kulawego", że ludzie często nie wiedzą jak sie zachować i ja to rozumiem. Dla mnie Twój wpis, słowa, że np. nie potrafisz, milkniesz w obliczu takich tematów są najważniejsze, bo Ty przez ten właśnie moment byłaś ze mną i dla mnie i to jest istotne - nie być samej, nawet kiedy część Ciebie krzyczy zostawcie mnie w spokoju! A może ja nie powinnam mieć takich pragnień, może to tylko moja sprawa, tak jak do tej pory? Trochę wystraszyłam się tego "chcenia". Pozdrawiam Cię ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  4. Aniele kulawy, ja dzięki wpisom takim jak Twój i innych komentatorów, przechodzę w przyspieszonym tempie kurs psychoterapii. To nie są teksty z książek typu poradniki, tylko piszą osoby tu i teraz. Ty i inni mówicie do mnie, żeby zacząć jako pierwsza otworać się i TAK TEŻ ZACZNĘ ROBIĆ! Do tej pory bałam się poruszać ten temat, właśnie, żeby ktoś nie pomyślał sobie, że ja tylko o jednym, więc schowałam się w swoją skorupę, a Wy pokazujecie mi, żeby powoli z niej wychodzić... Dziękuję i jeszcze raz dziekuję

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj Claro.
    Byłam na wycieczce we Włoszech.Gdy wróciłam zajrzałam do ma.ta.
    Dziś jestem u Ciebie.
    Wiesz,ludzie boją się bólu, ja też się boję ,żeby nie wrócił taki jak był kiedyś.To nie znaczy ,że zaakceptowałam,to ,że go nie ma.Wiem,zawsze będę kaleką.
    Nigdy nie będziemy takie jak byłyśmy przedtem,gdy miałyśmy wszystkie dzieci.
    W żałobie tak naprawdę nikt nam nie pomoże, bo ludzie nie wiedzą co czujemy.
    Nie wiem ile powinna trwać żałoba.Wiem tylko,że żal pozostanie do końca życia.Bo tak naprawdę to,możemy zaakceptować śmierć kogoś bardzo,bardzo starego (chociaż tutaj też bym podyskutowała-co to znaczy stary)lub swoją.Myślę jednak,że tylko swoją.
    pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. oj tak. Blog pomaga. Mi też pomógł. Pomógł mi zobaczyć snie z boku.



    Otulam:*******

    OdpowiedzUsuń
  7. Teniu, przeczytałam Twój wpis u ma.ty - DZIEKUJĘ za to, co napisałaś. Ja wiem, że w żałobie nikt nam nie pomoże, mnie chodzi m.in. o to, żeby od czasu do czasu ktoś z bliskich wspomniał o Filipie o tym, że w ogóle istniał. Rzadko się o Nim mówi, a ja nauczona od Was, chyba delikatnie od czasu do czasu podejmę ten temat. Wiem, że to bardzo górnolotnie brzmi, ale podobno "człowiek żyje dopóty, dopóki pamięć o nim trwa". A może to człowiek sam ze sobą powinien dojść do ładu, co dla niego znaczy żałoba i próbować obserwować siebie w tym trudnym czasie, kiedy minie ten najcięższy ból. Masz rację, żałoba kiedyś powinna się skończyć dla nas samych, dla naszego zdrowia psychicznego, a potem będą inne uczucia. ŻAŁOBA ALBO ODEJDZIE, ALBO ZMIENI KOLOR SWOICH KORONEK...

    OdpowiedzUsuń
  8. Pieknie to napislas, ze moze zaloba zniknie z zycia i przyoblecze sie w jasniejsze barwy.
    Trudno zdefiniowac slowo zaloba i jak dlugo ma trwac, czasami trwa do konca zycia czlowieka ktory stracil kogos bliskiego. Mysle sobie, ze zaloba ma rozne oblicza i ja zycze Ci z calego serca aby w Twoim przypadku nabrala jasniejszej barwy.
    Zastanawiam sie nad tym co napisalas, ze ludzie nie rozmawiaja z Toba o Twoim synu Filipie moze, ze to wynika po trosze moze ze strachu, moze boja sie jak zaregujesz, moze nie chca Cie urazic. Oni nie wiedza, ze dla Ciebie byloby to mile.
    Claro, Twoje obawy co do tego, ze ludzie z niechecia przeczytaja Twoj wpis sa niewlasciwe, uwierz mi. Ludzie boja sie takich tematow, czsami nie wiedza co napisac ale przeczytaja.
    Dobrze, ze piszesz o ty co czujesz.
    Przytulam i usciski sle, Ataner.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ataner, ja też sądze, że niektórzy boją się rozmawiać ze mną i Ty poniekąd wymieniłaś te powody. Łatwiej jest rozmawiać, poklepać po ramieniu bliskich, gdy odchodzi staruszek, ale gdy dziecko...to jest zawsze gwałt na naturze. To nie taki porządek świata miał być! Powoli zaczynam ich (rodzine i znajomych) rozumieć i jest mi mniej przykro. Dziękuję za Twoją opinię, że mimo wszystko ktoś to przeczyta. Pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Wiesz Claro jest jeszcze inna sprawa. Ogólnie ludzie niebardzo potrafią rozmawiać o śmierci i zazwyczaj nie mówią nic lub ograniczają się do jednego stwierdzenia "współczuję Ci, bardzo mi przykro". W sytuacji kiedy wiedzą, że osoba zmarła popełniła samobójstwo (które jest tematem tabu), boją się podwójnie czy coś co powiedzą nie urazi Ciebie, nie sprawi Ci dodatkowego bólu, czy nie odbierzesz tego jako pożywkę dla ich ciekawości (co się stało, jak to zrobił, co było przyczyną itp.). Ludzie nie będący blisko nie wiedzą dlaczego tak się stało, czy przypadkiem Ty się nie obwiniasz itp. wiec nie chcąc Cię urazić/zranić milczą. Jeśli mam być szczera - w realnym świecie pewnie postąpiłabym tak samo. Niedawno spotkałam znajomą kobietę, której zmarło dziecko. Wiedziałam, że chłopec chorował na nowotwór. Ta wiedza pozwoliła mi (przynajmniej w moim odczuciu) pokierować tą rozmową tak, by nie wyglądało to sztucznie (co nie jest łatwe!). W przypadku samobójstw jest to dość delikatny temat i jestem przekonana, że sama pewnie bym zmieszana wypowiedziała standardową formułkę bo zwyczajnie nie wiedziałabym co innego mogę powiedzieć.
    Joanna

    OdpowiedzUsuń
  11. Joanno, to wszystko prawda o czym napisałaś, tyle tylko, że nikt poza paroma osobami z mojej rodziny nie wie, co konkretnie stało sie z moim synem, ale naprawdę zgadzam się z Tobą i wcześniejszymi wypowiedziami. Może wygląda na to, że ja się wręcz czepiam o to wspominanie Filipa, ale uwierz mi, że tak nie jest! Jest mi tylko czasami przykro, że przy jakichś uroczystościach typu świeta, czy np. rocznica jego odejścia wspomina się tak bardzo ZDAWKOWO - i nie tylko ja tak czuję, Pola też uważa, że w tych sytuacjach szczególnych powinno się poświęcić więcej czasu, ale OK! - ja nie chciałam narzucać się do tej pory, co nie znaczy, że od jutra to bedzie mój temat przewodni. Joanno, dzięki za Twoją opinię, zawsze wyciagam jakąś naukę z tych komentarzy

    OdpowiedzUsuń
  12. Wiesz Claro, ja rodziny czy bliskich znajomych nie zamierzam usprawiedliwiać :) chodzi mi raczej o dalszych znajomych (np. sąsiedzi).
    Pozdrawiam ciepło :) Joanna

    OdpowiedzUsuń
  13. Przez przypadek natrafiłem na ten niezwykły blog. Nigdy nie czytałem blogów, ale dziś gdy przeczytałem kilka słów napisanych przez Panią, jakby przykuła mnie historia Pani Syna, czytałem kolejne posty z uwagą, której chyba do tej pory nie miałem jeszcze nigdy czytając cokolwiek... Najszczersze wyrazy współczucia z powodu Syna, szczęścia oraz uśmiechu na twarzy ze codziennych spraw ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Do Pana, który podpisał się Anonimowy - bardzo dziekuję za te ciepłe słowa. Chcę tylko zaznaczyć, że Pana komentarz utwierdza mnie w przekonaniu, co do sensu dalszego pisania. Momentami jest trudno, ponieważ trzeba "stanąć w prawdzie" i rozgrzeszyć się z samą/samym sobą, poszperać w zakamarkach duszy. Chcę w tym wirtualnym pamiętniku zapisywać i ocalić od zapomnienia, to co było dla mnie najważniejsze. Jeśli przy okazji ktoś zatrzyma się na chwilę i "weźmie" coś dla siebie, to znaczy, że cel został osiągniety. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń