Od niepamiętnych czasów nie lubię sobót i niedziel, działają na mnie dosyć przygnębiająco. Dwa tragiczne wydarzenia w mojej rodzinie, miały miejsce właśnie w te dni. W sumie znalazłam dla siebie, tak mi się przynajmniej wydaje, jakieś rozwiązanie na cyklicznie pojawiające się weekendy. Kiedy nad moją głowę nadciągają "czarne chmury" i przypuszczam, że z tego może wyniknąć już tylko straszna burza, wtedy próbuję przegonić je na "dzień spokojnego nieba". Wiem, jaką destrukcję przynosi mi tkwienie w tak ciężkim nastroju, dlatego wmawiam sobie, że np. dziś, nie jest dobry moment na przykre wspomnienia, które nadciągają, jak huragan. Dlatego sobota, to czas, kiedy będę chciała przypomnieć sobie pewne zdarzenia, poddać się smutkowi, o ile ten wprosi się do mnie. Zarezerwuję czas, aby pobyć ze swoimi myślami w takim nastroju. Będę próbowała pozostać blisko mojego męża i syna. Sobota jest dla nich, aby pójść odwiedzić ich, posiedzieć w ciszy... Muszę przyznać, że w moim przypadku to działa, taki stan panowania nad własnymi emocjami. Oczywiście nie zawsze udaje mi się, ale staram się ze wszech miar. Wyćwiczyłam w sobie tę umiejętności i próbuję panować nad przykrym nastrojem. Wcześniej zdarzało się, że np. codziennie słuchałam muzyki, którą Filip miał tego tragicznego dnia przy sobie. Coś pchało mnie do włączenia, akurat tego, a nie innego kawałka. Po takiej dawce emocji spalałam się wewnętrznie, byłam kompletnie rozbita i nie mogłam funkcjonować. Natomiast od pewnego czasu, kiedy przychodzi sobota i wiem, że jest to specjalny dzień dla nich i wiem też, że jeśli dopadną mnie jakieś żale i smutki, to nie będę chciała przed nimi uciekać. Daję sobie wewnętrzne przyzwolenie.
 |
| fot. Clara, 2012 r |
Codziennie staram się chodzić na spacer w moje ulubione miejsce jak choćby dziś. Jest pobliski skrawek zieleni, gdzie w pobliżu po małej zatoczce, pływają dzikie gęsi, kaczki i łabędzie z dwójką potomstwa. Zresztą co i raz widzę maluchy w gęsim stadzie, tak jakbym dostawała informację od natury - pamiętaj, wiosną i latem, najczęściej powstaje nowe życie! Wiem, że nie powinnam karmić dzikiego ptactwa chlebem, ale ich radość jest ogromna. Gdy widzą, że wyciągam z torby pokruszony chleb, lecą do mnie, trzepocząc skrzydłami. Widok jest zdumiewający, a małe dzieci popatrujące na tę scenę, mają wiele uciechy. Gęsi są bardzo oswojone, nie syczą na mnie, tylko na swoich współbraci, którzy chcą coś uszczknąć dla siebie z tego jadła.
 |
| fot. Clara, 2012 r |
Dzisiaj, po rytuale karmienia, usiadłam na ławce i patrzyłam z zaciekawieniem na dwie gęsi będące ciągle razem. Inne chodziły w stadzie, a te dwie trzymały się na uboczu. Patrząc na nie łatwiej było mi przyjąć, że te dwie, samotne gęsi, to niczym dawniej, mój syn i ja. My też trzymaliśmy się trochę na uboczu, odseparowani na własne "przymusowe życzenie", bojąc się niezrozumienia, wytykania palcami i ośmieszania. Niby chodziliśmy w tym ludzkim stadzie razem, ale oddzielnie, własnymi ścieżkami, szczególnie ja, uciekając przed drwiną. Dziś, jak i każdego dnia, siedziałam na ławce sama, wzięłam więc kawałek patyka i napisałam na czarnej ziemi: I LOST MY SON... Przecież nie muszę informować całego świata, że straciłam syna, a mimo to, czułam przymus wykrzyczenia tego bólu, musiałam napisać. Dzisiaj, tak bardzo za nim zatęskniłam. Filip jest w moich myślach codziennie, a w tę sobotę miałam szczególne prawo do tej tęsknoty, bo czułam, że byliśmy, jak te samotne gęsi z East Islip, tylko mój syn i ja...