piątek, 26 kwietnia 2013

Chcę Twojej prawdy, bo w niej jest miłość

Dzisiejszy post w całości jest autorstwa Joli, obcej mi osoby, która napisała do mnie "maila pocieszyciela" w pewną sobotnio-niedzielną noc. Dziękując za wsparcie, powiedziałam, że jest takim Aniołem Pocieszycielem, który spadł z nieba o czasie tj. ani wcześniej, ani później, tylko wtedy, kiedy potrzebowałam tego najbardziej i otulił swym skrzydłem...
Oto treść tego e-maila:

Witaj,

 Już trochę późno, ale bardzo zależy mi, aby przesłać Tobie garstkę spokoju, ukojenia na te trudne dni. Cieszę się, że napisałaś. Przyznam, miałam wyrzuty sumienia i pretensje do siebie, że nie przewidziałam, że możesz z tych kilku słów odebrać inny, niż mój zamierzony ładunek emocjonalny. A chciałam przesłać Ci siłę, tyle, że chciałam również, żebyś sama ucieszyła się z uświadomienia, poczucia aktu miłości od najbliższych. Dlatego tym bardziej cieszę się i jeszcze raz przepraszam i zapewniam, że nie chciałam Cię zranić.

Claro, to nie tak, że chciałam zaaplikować Ci wpis typu "kubeł zimnej wody na głowę". Nie umiem w słowach stukanych wyrazić, wprost, krótko i jednoznacznie - inaczej niż we wcześniejszym mailu. Powiązanie trzech bliskich Ci osób, miało polegać na poczuciu umocnienia ich miłości. Umocnieniu Twojego przekonania o tym, że Cię kochają i chcą oszczędzić Ci bólu. Każda strata osoby bliskiej, to bagaż ciężkich doświadczeń, z którymi trzeba się zmierzyć, żyć dalej bez tej bliskiej straconej osoby, układać życie wraz z poczuciem pustki. Był i nie ma! Gdzie jest? Tęsknię, kocham, byłoby łatwiej gdyby był, dlaczego tak musiało się stać, nie chcę żyć bez niego! Jednak trzeba żyć dalej! Wstać rano, zjeść śniadanie, ubrać się, pójść do pracy, zadbać o dom, swoje zdrowie, pamiętać o innych ludziach, którzy mimo mojego bólu potrzebują mnie, mojej pomocy.

Claro, skoro ja, po pierwszej wizycie u Ciebie wiem, że jesteś bardzo wrażliwa, empatyczna, ja - obca to wiem, która w nocy z jakiegoś powodu pojawiłam się na Twoim blogu, pamiętniku o bardzo osobistych treściach, tematach, to pomyśl, jaką wiedzę o Tobie, Twoim charakterze posiadają Twoi bliscy?! Ludzie, którzy Cię kochają, ludzie, którzy zapełniają Twoje serce... Piszę do Ciebie poniżej słowa bardzo osobiste, takie, które dotkną Twojego wnętrza. Przypuszczam, że nie poczujesz się obrażona na mnie (nie mam takiego celu), tym razem napiszę bardzo obszernie, dokładnie, jednakże czuję, że łzy mogą popłynąć po Twojej twarzy... Będą to łzy - oczyszczenia, wzruszenia, łzy wywołane przyjemnymi wspomnieniami bliskich Ci osób. Bardzo chciałabym, żebyś przeczytała ten list i proszę Cię, zależy mi, żebyś przeczytała go przed zaśnięciem. Przeczytała do końca! Pozwól sobie to odczuć... Chcę Ci pokazać Twoją sytuację z nieco, właściwie nie "nieco", ale diametralnie odmiennej perspektywy. Proszę, pozwól sobie na to, nawet jeżeli w chwili otwierania tego maila, masz obniżony nastrój.

Gotowa? Masz herbatę, masz teraz czas? Piszę do Ciebie, dokładnie w taki sposób, w jaki rozmawiałabym z Tobą. Przy herbacie, przy stole, może w kuchni (tam zwykle toczy się życie), bardzo szczerze, otwarcie, ale łagodnie.

Claro, Mąż, Syn, Ojciec, Córka, Matka (i może jeszcze ktoś - pomyśl kto?), to są Twoi najbliżsi - czyli osoby, z którymi spędziłaś "kawał" życia. To oni wiedzieli o Tobie najwięcej, znali Twoje reakcje na różnego rodzaju wydarzenia (w sensie mogli je z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć). Po pierwszym słowie usłyszanym w słuchawce telefonu zapewne rozpoznawali Twój nastrój, tak samo po pierwszym spojrzeniu, niemym, wychwyconym jeszcze przed pierwszym słowem np. przywitania. Wymieniać dalej nie muszę, zapewne doskonale wiesz, co mam na myśli. Żyjąc w bliskich relacjach, a przecież wyłącznie takie są pomiędzy mężem, synem, ojcem a Tobą jak również innymi członkami najbliższej rodziny (zwykle wykluczeniem jest zaistniały czynnik patologiczny, ale w Twojej rodzinie takiego nie ma - przynajmniej nie wyczytałam ze zdań napisanych przez Ciebie na Twoim blogu :) Mimo iż nie przeczytałam jeszcze wszystkiego z czym chciałaś się podzielić, jakoś jestem spokojna, że w Twojej rodzinie prym wiedzie miłość, szacunek i troska), czyli żyjąc i współtworząc ciepło rodzinnie nie ukrywamy się, nie tworzymy maski za którą chowamy prawdziwą swą postać, nie "gramy", czyli Twój mąż miał prawdziwą Ciebie - żonę, syn prawdziwą Ciebie - mamę, a ojciec nadal ma prawdziwą córeczkę.

Napiszę stwierdzenia, które sama sobie potwierdzisz, gdy byłaś smutna, najbliżsi widzieli Twój smutek i próbowali Ci pomóc, gdy syn miał grypę czy jakąkolwiek inną chorobę - z miłością opiekowałaś się nim, gdy tata potrzebował pomocy, byłaś gotowa na nią, zanim zdążył powiedzieć. Ba, potrafisz przewidzieć potrzeby najbliższych, bo ich kochasz, a odczuwanie empatyczne, wrażliwość masz bardzo "rozwiniętą". Najbliżsi widzieli czy ucieszy Cię krokus, czy róża, wiedzieli, co Cię zmartwi, co ubawi, co sprawi przyjemność. Wiedzieli, że kochasz życie, zachwyca Cię przyroda, dobroć i bezinteresowne czynienie dobra jest dla Ciebie czymś normalnym. Nie rozliczasz poświęcenia, nie wytykasz danych przysług, nie oczekujesz zapłaty, kochasz i pragniesz, aby miłość została przyjęta. Wiedzieli też, że łatwo możesz się czymś (oni wiedzieli, ojciec nadal wie czym - ja nie wiem :) zmartwić, dlatego nie wymieniam konkretnych sytuacji. Wiedzieli, że przejmowałaś się, martwiłaś, smuciłaś czyimś nieszczęściem (mam na myśli np. obcego człowieka, czy tragedię np. kolejową). Ojciec nadal to wie! Proszę, zostań chwilę z tą myślą, pozwól sobie odczuć miłość bliskich do Ciebie, poczuj tę realną więź, która istnieje nadal, mimo iż mąż i syn zmarli - ale na tym się zatrzymaj i nie "pchaj" emocji w kierunku tęsknoty! Spraw sobie przyjemność z wspominania tych drobnych sytuacji z Waszego życia, które pokazywały Waszą realność, autentyczność, otwarcie wobec siebie, zaufanie a tym samym stanowiły cząstki tej wspaniałej więzi rodzinnej.

Teraz nie mogę wkleić słów jakie powiedział Ci TATA - słów o tym, że masz nie przyjeżdżać, chyba, że doprowadzisz do jego uzdrowienia, a taką moc ma tylko Bóg - wie to Twój tata i wiesz również Ty.
Zapewne pamiętasz te słowa. I teraz powtórz je sobie, ale nie odbieraj jako aktu odsunięcia, odepchnięcia, zignorowania, zlekceważenia, tylko jako akt miłości! Tata właśnie powiedział Ci - Córeczko żyj i ciesz się życiem, jestem chory, ale życie toczy się dalej, wiem, że mnie kochasz, chciałabyś mi towarzyszyć, jednak moim życzeniem jest oszczędzenie Ci tego doświadczenia. Jesteś wrażliwa, ja nie chcę Tobie szkodzić, nie jest konieczna Twoja obecność w moich ostatnich chwilach, gdyż jest to rzecz nieunikniona, której nawet największa miłość dziecka do ojca nie jest w stanie zatrzymać czy odwlec. Przeżyłaś wiele trudnych doświadczeń, nie chcę Ci dokładać wspomnień z tych dni, pamiętaj i wspominaj o całych latach naszego życia. Kocham Cię, nie zadręczaj się tą sytuacją, nie dokładaj sobie, wiem, że będzie Ci ciężko, gdy stąd fizycznie odejdę. Jestem Twoim ojcem i chcę Cię chociaż w tym stopniu ochronić.
(Myślałaś w tym kontekście o słowach taty? - jeżeli nie, pomyśl teraz o tym).

CÓRKA - tak, pamiętam o niej... towarzyszyłaś jej w niesłychanie ważnym dniu - dniu jej ślubu z człowiekiem, którego kocha, bo Ty nauczyłaś ją kochać! Nauczyłaś własnym przykładem, bo miłości nie da się nauczyć z książki, podręcznika, kodeksu. Zdolność do miłości, empatii wynosimy z domu. Jest wiele rzeczy, spraw, których uczymy się przez obserwację, czyli córka również Ciebie zna bardzo dobrze, zna smutki, potrzeby, radości, potrafi przewidzieć reakcje. W rodzinach, gdzie jest szczególnie bliska więź emocjonalna, występuje nawet fizyczne współodczuwanie czy przeczuwanie. Przypuszczam, że coś takiego między Tobą a córką istnieje (istniało również między Tobą a synem?) mimo tego, iż często dzieli Was ogromna odległość. Pisałaś o radosnym dniu jej ślubu. Pomyśl, jaką ona radość wtedy czuła (oprócz samego faktu zamążpójścia). Może to wyglądało tak: Mama przyjechała! Jestem ważna, mama mnie kocha, zależy jej na mnie, moim szczęściu. Chce towarzyszyć mi w ważnych dniach mojego życia i wzajemnie - kocham mamę, martwię się o nią, chciałabym, żeby życie oszczędziło jej bólu, cierpienia. Chciałabym, aby wszelkie negatywne zdarzenia z przeszłości już jej nie martwiły, aby doznała spokoju. Mama przyjechała, podjęła tak szalenie ważna decyzję, dzięki temu, ten dzień będziemy razem wspominać, razem przeżywać. Twój przyjazd do córki, to nic innego niż wyraz miłości. Przekazujecie ją sobie wzajemnie.
Było Ci ciężko podjąć decyzję, ale podjęłaś, gdyż przyjęłaś miłość taty, mimo iż wtedy tych słów nie usłyszałaś, pewnie zdarzyło się to podświadomie. I teraz takie pytanie do Ciebie - odpowiedz sobie na nie sama w sercu: gdyby była taka sytuacja, że Ty jesteś chora, a Twoja wnuczka ma brać ślub - co robisz? Za wszelką ceną chcesz wysłać córkę na ślub Twojej wnuczki (a jej córki). Prawda? Oczywiście, że tak! Bo wiesz, czujesz, że córka kocha Cię zawsze, w każdej chwili! Ty, kochasz tak samo, wiesz czym jest miłość rodzica do dziecka! Dlatego zależy Ci na tym, aby w dniu ślubu rodzic cieszył się szczęściem dziecka, a nie martwił Tobą schorowaną, tym bardziej, że masz opiekę, masz leki, masz wokół siebie bliskie, kochające osoby.

Claro, Twoja córka, na pewno wie, przed jakim dylematem postawiła Cię ta sytuacja. To jest jedna z tych, które dzieci obserwują i łakną jak chleba, które później przekazują następnym pokoleniom w postaci miłości. Tej zdrowej, szczerej, tej rodzinnej, ułożonej, dzięki której można być szczęśliwym, przyjmować miłość i ją również przekazywać, w różnych okolicznościach. Pozwolisz sobie przez moment czuć się szczęśliwą z powodu podjęcia tej decyzji w opisanym przeze mnie kontekście? Spróbuj, zobacz jakie to przyjemne - Twój tata, przez Ciebie kształtuje również Twoją córkę, a ona zapewne przekaże prawdziwą miłość dalej...)

Gotowa? Został nam jeszcze jeden PAN... Człowiek Twojego życia, Miłość największa, ten, z którym rozumiałaś się bez słów, z którym nawet milczenie było wspaniałe. Oczy Twojego męża zapewne ciepło uśmiechały się do Ciebie, porozumiewawczo przekazując tylko Wam znane sygnały... Zachorował nagle. Kilka godzin przed odejściem pożegnał się z Tobą, czyli nie chciał innego pożegnania, wybrał, zdecydował. Ja, pewnie po przebudzeniu, nie przyjęłabym tego snu do świadomości jako fakt pożegnania! Bo przecież to niemożliwe, musi być dobrze, wierzę, że wyzdrowieje, nie wyobrażam sobie życia bez niego, jeszcze tyle mamy do zrobienia, tyle lat przed nami, przecież mieliśmy zestarzeć się razem i pomagać w wychowywaniu wnuków! Wyparcie - doskonale wiesz co to jest! Uczucie targające od środka, że mojego męża, MIŁOŚCI MOJEGO ŻYCIA, nikt nie może mi zabrać, zniszczyć! Kochamy się, a to jest najważniejsze, tutaj musi być stabilizacja, żadnych zmian do późnej starości! Niestety, stało się! Świat się rozpadł na kawałki!
Mąż zdecydował, pragnął podjąć decyzję o pożegnaniu się z Tobą. I znowu - nie chciał w szpitalu, nie chciał obarczać Cię tym momentem, który zapewne miałabyś do końca życia przed oczami, który byłby dodatkowym ciężarem dla Ciebie!
Pamiętasz ten sen - opowiedziałaś go ze szczegółami, pamiętasz wyraz jego twarzy - napisałaś spokojny. Pamiętasz jego oczy, być może ton głosu, którym do Ciebie powiedział - pewnie też był spokojny, pogodzony. Chciał, żebyś ten sen pamiętała. Oczy, spokój, twarz, ciepło, miłość. Wiedział, że będziesz cierpiała z powodu straty. Chciał, żebyś wspominała pozytywnie, czuła to, co chciał Ci przekazać, nie tylko wiedziała, ale też czuła. Claro - miałaś nie zdążyć, tak zaplanował Twój mąż, pożegnanie z Tobą! Pewnie pomyślisz, że nie miał prawa! Claro - miał, on odchodził, on się żegnał... Pomyśl o uczuciu, więzach, które Was łączą - on chciał, żebyś w jak najmniej dotkliwy sposób przeżyła jego odejście. Kocha Cię i pragnie wszystkiego, co najlepsze - jesteś jego Żoną, Pania, Kobietą, Przyjaciółką. Z waszego małżeństwem, z waszej miłości poczęły się dzieci. Nie chciał Cię krzywdzić. Nie mógł odwrócić, odwołać, odroczyć śmierci, wiedział, że będzie Ci ciężko, chciał ten ból ograniczyć, zminimalizować!
Claro - zamknij oczy i popatrz na twarz Twojego męża, wtedy gdy Ci się przyśnił, spójrz w jego oczy. Wyjątkowo nie przypominaj sobie całego snu, od początku do końca, zanurz się w jego spokoju, spójrz w oczy, zapatrz się w nie... Ciesz się tym, co w nich jest - prawda? Tylko jedno, tam może być...

Moja Droga, teraz o SYNU.

Dla każdego dziecka, Matka zawsze pełni ważną rolę.Najważniejszą do czasu ślubu, a po nim zazwyczaj równorzędną z żoną, ale oczywiście na innych zasadach. I chociaż często ludzie i tu paradoks, bo zazwyczaj same matki tak mówią o swojej roli, że tylko we wczesnym dzieciństwie matka jest całym światem dla dziecka, a później wraz z upływem lat z tej całości ubywa i wiele osób uważa, że we wczesnej dorosłości matka to kucharka, pokojówka, czy też sponsor lub ktoś, kto skutecznie wydrze z serca wyrzuty sumienia - JA NIE ZGADZAM SIĘ Z TAKĄ OPINIĄ!

SYN - wynik miłości Twojej i męża. Każde z Was, Ty i mąż, zrodziliście się również z miłości. Miłość buduje, miłość rozwija, miłość prawdziwa jest, jedyna i szczera. Miłość nie wymaga słów, zdań, gestów. Miłość, to uczucie. Kochać, to przebywać z kimś w raju w dobrych chwilach, kochać, to szaleć z bezsilności, niemocy w trudnych sytuacjach! Przypuszczam, że wszystko oddałabyś, aby wyleczyć syna tak jak i męża, i obecnie ojca - bo to znaczy kochać! Nawet swoje życie, zdrowie nie mówiąc o kwestii materialnej, która wobec miłości nie ma żadnej wartości. Niestety, syn zachorował! Choroba bezduszna, choroba niszcząca, choroba w której nie było nic podobnego do miłości! Syn miał chorobę - nie chciał jej! Nikt nie chce chorować!
Syn, mimo choroby walczył z nią - poddawał się leczeniu, godził się na nie i dzielnie trwał, aż do momentu wypisania bądź przekroczenia jego najwyższej granicy wytrzymałości - wtedy wracał z leczenia. Próbował! Po gorszym czasie dzwonił, przepraszał, tłumaczył - wtedy, to też był Twój syn! On Ciebie kochał, starał się. Byłaś dla niego ważna, zależało mu na tym, abyś dobrze się czuła. Starał się dla Ciebie, byłaś dla niego motywatorem, natomiast on, czując Twoją miłość starał się ze wszystkich sił! Choroba nie pochodzi od Boga ! On nie niszczy miłości, tylko ją rodzi, nie zabiera jej, to nie on nie wydarł syna z Twoich rąk!
Pisałaś, że syn nie chciał wprowadzić Cię w świat choroby. Przeżywał chorobę jakby w tajemnicy. Wiedział, czuł Twoje zmartwienie, zdawał sobie sprawę z tego, że zaproszenie Ciebie do jego choroby, to tak jakby zrzucenie jej ciężaru na Ciebie. A przecież on zdawał sobie sprawę z tego, że miłość matki czuje te zmagania i ciężar choroby syna. Matka czuje, że dziecko cierpi, robi wszystko, aby go wyleczyć, pomóc, szuka rozwiązania, martwi się, jest każdego dnia - PO PROSTU JEST! Bez względu na to czy obok, czy dostępna tylko przez telefon. JEST W DOMU, GOTOWA JEST UDZIELIĆ POMOCY! Matka nie odrzuci, tylko przytuli i ucałuje. Gdy choroba odsuwała się, syn wiedział, że jest Wam ciężko, dzwonił i przepraszał. Z pewnością czuł się bardzo z tym źle, że krzywdzi najważniejszą osobę na świecie, osobę na którą zawsze może liczyć, która będzie robiła wszystko, aby mu pomóc. Syn też wiedział, że Mama nie jest Bogiem, cudotwórcą! Wiedział, że nie ma takiej mocy, aby magicznie wygonić chorobę! Syn kochał Ciebie, kochał ponad wszystko, dlatego starał się, próbował, poddawał zabiegom, testom, leczeniu... Ty dawałaś mu siłę, Twoja miłość go koiła. Jeszcze raz napiszę, syn czując, widząc, że jest Ci ciężko, że martwisz się, kochasz, cierpisz z bezsilności, czując przede wszystkim Twoją miłość - nie chciał przerzucać dalszego ciężaru choroby na Ciebie. Wolał, aby choroba niszczyła jego niż Ciebie - matkę, jego oparcie.
Pomyśl, co zmieniłoby się, gdyby syn wprowadził Cię do swojej choroby? Co? Nic! Robiłaś wszystko, co mogłaś, aby było lepiej. Podejmowałaś decyzję w oparciu o syna zdrowie, kryterium wyboru było dobro syna. Miłość była na każdym kroku i w każdej chwili, nawet w tej, w której choroba przejmowała wodze. Co by się zmieniło? Ty jeszcze bardziej zamartwiałabyś się, pogrążała w bezsilności dodatkowo obarczona tym, co syn wolał zostawić dla siebie. Czy byłabyś w stanie mu ulżyć - nie! Claro, zrobiłaś wszystko, co można było! Napisałaś, że choroba ta jest najgorsza na świecie. Napisałaś, że zabrała Ci syna. Zgadzam się, najgorsza! Syna, fizycznie zabrała, ale Waszej miłości nie zniszczyła! Syn wygrał, zachował miłość do Ciebie - dla Ciebie! Mimo takiego ciężaru, chciał Cię chronić z miłości!
Choroba ta, jest jak czarne chmury, niosące straszne ulewy, które niszczą wszystko, na czym ludziom zależy, na co pracowali, co stanowiłoby ich utrzymanie. W perfidny sposób zabija miłość - chciałaby to robić nie pod swoim nazwiskiem, tylko pod nazwiskiem osoby, którą dręczy! Wiem, że choroba syna nie ma nic wspólnego z opętaniem, ale wiem też, że jak każda inna od Boga nie pochodzi. Bóg, nie niszczy! Przykro mi, że perfidnie zabrała Ci syna - fizycznie. Powtórzę raz jeszcze - nie udało jej się zniszczyć miłości ani Twojej do syna (ha, bo ta jest nie do ruszenia), ani miłości syna do Ciebie!
Pomyśl o tym, jak czułaś jego miłość w codzienności. Pomyśl o tym, że chronił Cię z miłości. Pomyśl o jego staraniach, gdyby nie Ty, miłość, którą od Ciebie otrzymywał od chwili poczęcia, która go przepełniała - czy dałby sobie radę bez miłości? Czy zależałoby mu na tym, aby obarczać mamę, gdyby nie wiedział, czym jest miłość?

Jest już bardzo późno, kończę już, wiele napisałam. Proszę, przeczytaj, zanim napiszesz następny post. Jutro, jeżeli chcesz, napiszę o tych ludziach, którzy Cię obwiniają, krytykują - napisz tylko czy chcesz. Wolę pisać w mailach do Ciebie niż na blogu, gdyż mam świadomość, że dotykam bardzo delikatnych, prywatnych tematów. Jeżeli mam więcej nie pisać do Ciebie - powiedz, uszanuję Twoje zdanie, ale teraz jeszcze chcę coś ważnego na koniec napisać.

W waszej rodzinie ta miłość wymienia się wzajemnie między jej członkami. Każdy z Was jest jakby naznaczony miłością. Ty otrzymałaś od rodziców, dałaś mężowi, dzieciom, rodzicom, ludziom wokoło i tak wzajemnie. Z miłości chcemy chronić, otaczać troską, przychylić nieba. Każdy z was - rodzice, mąż, syn, córka - chce chronić resztę. Wczoraj "zobaczyłam" (w Twoich opisach) trzy osoby, które chciały ochronić Ciebie przed dodatkowym cierpieniem. Osoby, które znają Twoją delikatność, wrażliwość, które wiedzą, że i tak jest Ci ciężko, a ich dopuszczenie, przyzwolenie na trzy podobne sytuacje nie przyniosłoby niczego dobrego ani im, ani Tobie, a Tobie, przeciwnie dołożyłoby ciężaru. Zgodnie z zasadą - kocham, nie chcę krzywdzić, chcę uchronić od złego. Nie syn sprawiał wam przykrości - tylko jego choroba! On przepraszał, choroba nie przepraszała.
Proszę, myśl jak najczęściej w tym kontekście, nie obwiniaj się, nie zadręczaj. Nie do tego oni dążą. Ich tylko fizycznie nie ma. Wierzę, że czujesz ich obecność. Miłość nie zna przecież granic. Nie obwiniaj się. Zaakceptuj ich wybory. Uważam, że macie coś bardzo cennego. Wasza miłość ma "rangę" - nie wiem, jak to nazwać. Jest bardzo wartościowa, skoro z wielu stron jest poddawana próbom. "Przekaźnikiem" tej miłości jesteś Ty.
Ty - mąż
Ty - dzieci
Nie pozwól, zniszczyć jej w Tobie! Nie gaś jej, pielęgnuj, pewnie jest wiele sytuacji trudnych zupełnie nie związanych z tematyką bloga wokół Ciebie, z którymi zmierzasz się każdego dnia. Nie załamuj się. Pielęgnuj swój skarb. I przyjmij go - tak, przyjmij ten akt miłości od męża, syna i ojca - poprzez akceptację ich decyzji. Miłość buduje, tworzy coś dobrego, miłość nie obwinia, nie zadręcza, nie dokłada cierpienia.
Na godzinę śmierci nie mamy wpływu. Jeżeli zadajesz sobie pytanie: dlaczego Ciebie tak wiele spotyka? Powiem, że nie wiem, dlaczego musisz tyle znosić! Od godziny odejścia z tego fizycznego świata nie wywiniemy się, to rzecz pewna. Nie pozwól zniszczyć prezentu, który dali Ci bliscy. Dbaj o niego. Nie załamuj się, nie obwiniaj, nie doszukuj winy, bo jej nie znajdziesz. Nie pielęgnuj smutku, tylko miłość. Żyj, pamiętając o najbliższych, którzy są, tyle, że w duchowej materii. Ta wasza rodzinna miłość, to naprawdę coś cennego.

Odezwij się jutro - proszę. Napisz, czy chcesz mnie jeszcze "widzieć" tj. czytać, czy mam zmykać.
I jeżeli się zastanawiasz, skąd się wzięłam i dlaczego piszę - też odpowiem Ci, że nie wiem! Na chorobę, która męczyła Twojego syna, nikt w mojej rodzinie, wśród znajomych nie chorował. Jakimś przypadkiem otworzyła mi się wczoraj strona Twojego bloga. Trochę czytałam, chciałam naprowadzić Cię na to powiązanie. Sprawiłam przykrość - szczerze nie chciałam. Wiedziałam, czułam, że muszę napisać do Ciebie maila - skąd nie wiem. Czasami coś takiego po prostu się dzieje.

Jest już bardzo późno. Ludźmi z sąsiedztwa, czy dalszą rodziną, nie martw się!

Dobranoc (jest 01:44 w nocy), chce mi się już spać.

Jola

8 komentarzy:

  1. Claro, przeczytalam wszystko co napisala do Ciebie Jola, czesc SYN dwa razy, zeby bylo ten drugi raz jakby dla mnie i mojego Syna, no coz placze. Czekalam az mi sie pokaze komentarz, mam powolny internet, plakalam i myslalam, chce napisac, ale co tu pisac, po prostu placze, a tu za chwile ukazuje sie Twoj komentarz- Placze... Teresa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy przyznasz mi rację, że nie powinnam była zatrzymywać tego maila, tylko opublikować go?! Takich słów nie można zostawiać dla siebie, to byłby egoizm!

      Cieszę się, że te słowa też dotarły do Ciebie.

      Usuń
  2. Nie będę oryginalna - płaczę... Słowa Joli "dotknęły" mojej duszy... Łzy dalej spływają mi po policzkach...

    Victoria.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak potwierdza się, że każdy znalazł coś dla siebie, prawda?

      Usuń
  3. (Tu jeszcze raz Victoria. Muszę coś dodać...)

    Miłość... Czy może być coś piękniejszego od miłości?

    Claro, Twój Anioł-Pocieszyciel (jak nazwałaś Jolę - zasłużenie zresztą) jest przepełniony niezwykłą dobrocią i wrażliwością. Czytając post, poczułam całą "paletę" uczuć. Pewnie żadne słowa nie są w stanie oddać tego, jak wielką potęgę (siłę) ma miłość! Jednak czytając, instynktownie pomyślałam o "Hymnie o miłości" Świętego Pawła. Zapewne treść jest dobrze wszystkim (większości) znana, lecz nie mogę się powstrzymać, aby tutaj nie umieścić tego - pięknego dzieła.

    "Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
    Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym.
    I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.
    Miłość cierpliwa jest,
    łaskawa jest.
    Miłość nie zazdrości,
    nie szuka poklasku,
    nie unosi się pychą;
    nie dopuszcza się bezwstydu,
    nie szuka swego,
    nie unosi się gniewem,
    nie pamięta złego;
    nie cieszy się z niesprawiedliwości,
    lecz współweseli się z prawdą.
    Wszystko znosi,
    wszystkiemu wierzy,
    we wszystkim pokłada nadzieję,
    wszystko przetrzyma.
    Miłość nigdy nie ustaje,
    [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.
    Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy.
    Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.
    Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.
    Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
    Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Victorio, nawet nie wiadomo jak dziękować Joli za ten list! Przebija z niego Jej mądrość, wrażliwość na emocjonalną niedolę drugiego człowieka, empatia, troska...cała pigułka dobroci

      Dziękuję Ci za ten list św.Pawła...piękny, a wiesz, że ja czytałam krótki jego fragment po polsku na ślubie Poli, a ktoś ze strony Steve'a ten sam fragment po angielsku. Miły akcent!

      Usuń
  4. Mąż, Syn, Ojciec, Córka, Matka - to są nasi najbliżsi.
    Zrodzeni z miłości, Ojca i Matki - stanowimy rodzinę
    Łączą nas nie tylko więzy krwi ale i wzajemny szacunek.

    ...Jolu, napisałaś wiele słów, Bardzo Ważnych i Wspaniałych
    To nie przypadek, że odnalazłaś stronę Clary -
    Masz Wspaniałego Anioła Stróża który pokierował Tobą -
    A jest nim ...Twój Anioł Miłości - Dzięki.




    (piszę z przykrością, ale jednak, o najpiękniejszej miłości
    naszych Rodziców - niekiedy nieświadomych, aż do końca)


    O MIŁOSCI OJCOWSKIEJ - Do Końca Ich Umiłował

    " - Opa chce się z tobą zobaczyć"
    Opa - Ojciec Piotra - Wspaniały, pogodny człowiek
    Uwielbiany ciągle przez swoich dawnych pacjentów.

    Nie mówimy zbyt wiele - rozumiemy się jedynym spojrzeniem.
    - zapowiada się pogodna jesień - może wybierzemy się
    na wspólne spacery?
    - wiem, wiem - modlę się ...często.
    Oczy Jego rozbłysnęły wyciszoną radością - była większa
    niż proste słowo, dziękuję
    I błysk, jak tysiące drogocennych kamieni - to łza wdzięczności,
    W świetle zachodzącego słońca, mówiła, że ta radość
    jest z głębin Jego serca.

    " - Masz się modlić, ale nie tak, by Opa wyzdrowiał,
    lecz aby jego ostatnia droga, była szybka i spokojna"

    Zachód Słońca, wyjątkowy był dziś, jego złociste promienie
    rozlewały się dookoła, budząc i na nowo ożywiając
    zmęczone świergotem ptaki - dawały tak wiele radości
    u schyłku pogodnego i spokojnego dnia.
    I Opa był też tak bardzo szczęśliwy - Boże?!
    - czy jest jakaś modlitwa, która wyleczy z głupoty
    bezduszności i cynizmu?

    " - Nie musisz się już modlić - Opa odszedł dziś w nocy"

    Odsłuchuję po raz kolejny ...czy to możliwe -
    Przecież obiecał mi wspólne spacery, w jesienne pogodne dni.
    Czy to możliwe ...był tak bardzo szczęśliwy ...

    Przywitała mnie żona Piotra, radością rozpromieniona
    " - słuchaj, Piotr rozmawiał wczoraj wieczorem z Opą -
    powiedział mu, żeby się nie martwił, oni dadzą sobie radę
    bez niego ...i zatroszczą się o jego doczesny dobytek"



    Czy to możliwe ...Do Końca Ich Umiłował ...

    Po kilku dniach, przypadkiem, spotykam żoną Piotra -
    blada, trzęsąca się ...i wystraszone, rozbiegane oczy
    w ciągłym niepokoju - przemykała, rozglądając się niepewnie.
    ...a przecież, była tak bardzo szczęśliwa ...



    Miejsc pogodnych, szukam wytrwale ...





    OdpowiedzUsuń