wtorek, 6 listopada 2012

Przedstawienie musiało trwać...

Już tak dawno nie pisałam o problemach zdrowotnych z którymi borykał się mój syn, o jego pobytach w szpitalach, ponieważ inne sprawy na daną chwilę stawały się ważniejsze. Pamiętam nasze (jego i moje) ostatnie święto Wszystkich Świętych. Filip leżał wtedy w szpitalu od września do początku grudnia i mimo tak długiego pobytu na oddziale psychiatrycznym, nie było większej poprawy. Męczyły go głównie urojenia o których w ogóle nie chciał ze mną rozmawiać, był przy tym bardzo skryty i nieufny i nie dopuszczał mnie do swojej choroby, ale często tak się zdarza. Aby wyciągnąć z niego jakiekolwiek informacje, czasami musiałam używać podstępu. Zdarzało się, że dzwonił do mnie parę razy w ciągu nocy i mówił, że nie może spać, że chce rozmawiać. W sytuacji, gdy musiałam rano wstać i pójść do pracy, takie rozmowy bywały męczące, mimo to rozmawialiśmy.

Któregoś razu w środku nocy Filip zadzwonił do mnie. Był zdenerwowany i powiedział, że przyjęto na oddział chłopaka, którego bardzo się lęka i boi zarazem. Spotykał go w palarni, w stołówce i nie mógł przejść obok niego obojętnie. Według opisu mojego syna, było w nim coś mrocznego. Widziałam tego chłopaka, całkiem sympatyczny młody człowiek przy całym balaście choroby psychicznej jaka go dotknęła. Niestety, mój syn tak go postrzegał i nic nie było w stanie zmienić jego wyobrażenia o nim. Filip, miał swoje urojenia, które gnębiły go codziennie. Widocznie widział jakieś obrazy, coś czego ja, nie mając tej choroby, dostrzec nie mogłam. Te urojenia u osób chorujących na schizofrenię są tak sugestywne, że żadna siła nie jest w stanie odwlec ich od zamiaru zrobienia czegoś złego czy dobrego. Przypomniało mi się, jak któregoś razu przywieziono na oddział na którym leżał Filip, pewną panią, która wezwała straż pożarną, bo zobaczyła kłęby dymu wydobywające się ze strychu jej domu. Ona naprawdę widziała ten pożar, ale tylko ona!

Wieczorem, 1 listopada, przyjechałam do Filipa do szpitala, aby opowiedzieć, jak przebiegał dzień Wszystkich Świętych. Chwilę później dowiedziałam się o czymś, co nie pozwoliło mi wykrztusić z siebie ani słowa! Wydaje się, że zawsze i wszędzie, w każdej sytuacji musi być ten pierwszy raz! Mój syn na tych kilka pobytów w szpitalach, po raz pierwszy miał być zapięty w pasy - tak postanowił lekarz dyżurny! Dlaczego? Bo stanowił zagrożenie dla samego siebie i kogoś obcego, w tym wypadku tego chłopca. Podobno doszło do jakiegoś konfliktu w stołówce. Ów chłopak rzekomo nie tak spojrzał na Filipa i prawie że doszło do przepychanek. Nikt nie był w stanie dotrzeć do mojego syna i uspokoić go. Lekarz powiedział, że tylko "poleżenie w pasach" może go wyciszyć i że takie metody w psychiatrii stosuje się, wprawdzie w sytuacjach ekstremalnych, ale jednak! Nie chcę na łamach tego posta wdawać się w dyskusję, czy lekarz był li tylko wykonwacą poleceń ogólnie stosowanych na oddziałach psychiatrycznych i spełniał odgórne przepisy, czy też było to naruszenie dóbr osobistych człowieka, w tym człowieka chorego, który nie umiał i nie potrafił obronić się! Przychodzi mi znowu na myśl określenie - kto był katem a kto ofiarą?!

Tego dnia rano, Filip czuł się źle, był bardzo nerwowy i pobudzony. Kiedy powiedział mi, że to zapięcie w pasy będzie jedynym bezpiecznym wyjściem dla wszystkich, popłakałam się! Z jednej strony miał w sobie świadomość zagrożenia jakie stwarzał swoim zachowaniem, a z drugiej? Należało wybrać mniejsze zło, mniejszą szkodliwość czynu dla grupy pacjentów? A może w tym poście dostrzeżecie jeszcze coś? Czy tak miało odbywać się to wiązanie w pasy? Czy tę metodę można porównać do biczowania straceńca na oczach tłumu, bo do jakiego innego opisu ona psuje? Pamiętam też, że kiedy wieczorem odwiedziłam Filipa, on był już spokojny, a incydent ten miał miejsce przy śniadaniu..., ale według lekarza, zagrożenie istniało nadal! Siedziałam przy łóżku Filipa, trzymałam go za rękę, a on patrzył na mnie tak jakoś smutno i mówił: Mamo, może pożegnamy się już teraz, bo za chwilę przyjdą i zapną mnie w pasy! Patrzyłam na niego i z żalu nie mogłam powiedzieć ani słowa. Filip, mówił cicho tak jakby próbując uchronić mnie przed tą tragiczną sceną: Nie chcę, żebyś była przy tym! Zresztą lekarz i tak wyprosi cię z sali! Już po chwili przepowiednia spełniła się. Po korytarzu, majestatycznie kroczył pan doktor, z pasami w dłoni, siejąc grozę i rozbawienie wśród gapiów - pacjentów, którzy nagle gromadą przybyli na przedstawienie! Przecież, mimo iż był to oddział psychiatryczny, nie często zdarzały się takie sceny! Lekarz w asyście pielęgniarek i dwóch przygodnie zwerbowanych ochroniarzy, pełniących akurat służbę na terenie szpitala, stanął we drzwiach i kazał mi wyjść! Wezwał tę ochronę, na wypadek gdyby syn był agreswyny i stwarzał opór, a on no cóż...leżał bezwolnie na łóżku i spokojnie pozwalał, aby wiązali mu ręce i nogi specjalnymi pasami do krawędzi łóżka!

Stałam obok, patrzyłam na ten tłum gapiów, szyderczych uśmieszków wśród jednych i pełnych lękliwych spojrzeń u drugich. Co wtedy czułam i jak się czułam? Stałam, niczym matka pełna boleści, nie mogąc nic zrobić!Chciało mi się krzyczeć do tych ludzi: Nie śmiejcie się z mojego syna, czy to jego wina, że zachorował? Czy aby na pewno jest to jedyne wyjście, żeby mu pomóc? Chyba nie! Ból, rozpacz istnienia, żal do wszystkich i o wszystko ściskały mnie za gardło! Stałam, a kat czynił swoją powinność dla dobra ogółu! A tak naprawdę, kto był katem a kto ofiarą? Ich role mieszały się w mojej głowie podobnie jak zbyt szybka jazda na karuzeli! I oto koniec sceny finałowej: widzowie - pacjenci opuścili swoje miejsca, główny aktor zagrał tak, jak przewidział tę scenę pierwszy reżyser, by po chwili wyjść do tłumu i zebrać owacje! Kurtyna opadła...ja wlokłam się bez sił, a za mną szli ochroniarze, którzy śmiali się do rozpuku tak jakby oglądali świetną komedię: Widziałeś jak ten doktorek pętłał mu nogi - szydzili! Salwy śmiechu dopadały mnie jak kule i raniły w samo serce! Śmiechu było co niemiara, równie dobrze pierwszy raz w życiu mogli oglądać taką superprodukcję! A ja nie chciałam już nic więcej słyszeć i widzieć, wystarczyło, że oglądałm pierwszy akt dramatu, który dla nas jeszcze się nie skończył... I tylko jedno pytanie: czy wszystkie sztuki wymagają obecności widza?
                                                                                                            Clara

20 komentarzy:

  1. Uwierz mi, że mijają kolejne lata, a ból dalej jest silny...

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj.Bardzo wzruszyła mnie twoja historia,i uwierz mi ze jest mi ogromnie przykro z powodu choroby Twojego syna.Dlaczego piszę,hmmm jestem pracownikiem socjalnym i choroba o której piszesz jest mi dobrze znana.Kilka dni temu odebrał sobie życie młody chłopak który miał zaledwie 20 lat.Znałam go ponieważ prowadziłam jego rodzinę.Nie mieli w życiu lekko przemoc ze strony ojca, alkohol, libacje.Chłopak dorastał w domu z matką po tym jak zamknęli jego ojca za znęcanie się nad rodziną.Ale po paru latach wyszedł, a matka..... przyjęła kata ponownie pod swój dach.
    Znowu się zaczęło picie, straszenie, nie wiem czy bicie bo nie byłam świadkiem i nikt nic nie mówił.Były kłamstwa,ucieczki przed tzw urzędasem.Widziałam chłopca kilka razy na spacerze,samego, bo nie miał kolegów.Wyalienowanego.Patrzyłam na niego i wiedziałam ze jest w świecie który jest mi obcy i nie znany.Nie było szans na to abym chociaż przez chwilę mogła wejść w jego świat i go "naprawić,pokolorować te smutne kolory". Zmobilizowaliśmy matkę, aby złożyła wszystkie potrzebne wnioski o ubezwłasnowolnienie syna i umieszczenie w szpitalu.Niestety procedury!!! trwało to miesiącami,a lekarz psychiatra nie dostrzegł tak widocznej schizofrenii.Absurd? tak jak najbardziej.Ale Damiana już z nami nie ma! Są dni, że winie siebie jako pracownika że nie zdążyłam....
    A z drugiej strony modlę się do Boga, aby zaznał spokoju którego tak bardzo pragnął.Schizofrenia to przekleństwo fakt, lecz ktoś powie przecież można z tym żyć!Owszem
    Ale czy ktoś mi powie co to za życie?Pozdrawiam i modlę się do Boga za Ciebie abyś była silna, i za Twojego syna by odnalazł drogę do naszego świata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Kalio, mnie też poruszyła historia, którą opisałaś. Niestety, ta choroba bardzo często doprowadza do śmierci i nieważne czy jest leczona, czy też nie.
      Próbuję wywnioskować, że nie czytałaś tego bloga od początku, ponieważ wielokrotnie pisałam, iż w wyniku tej choroby, mój syn popełnił samobójstwo. Miał bardzo silną postać schizofrenii i co najgorsze był wtedy w szpitalu, rzekomo pod opieką lekarską. Chciałabym poprosić Cię o modlitwę za mojego syna, aby on odnalazł drogę do domu Pana...
      Dziękuję Ci za ten komentarz i pozdrawiam.

      Usuń
  3. Z przywiązywaniem pacjentów mam tez wspomnienie.
    Mój tatuś- lat 85, oddział internistyczny, sala chyba 12 osobowa. Cierpiał na astmę, dusił się...przywiązali go- by "nie spadł"! (cytat)
    Tatuś konał, na sali grał telewizor, obok grupa "chorych" grała w karty....
    Koszmar bycia w szpitalu...gdzie nikogo nie obchodzi człowiek a ci, co mają nad nim odrobinę "władzy"- personel, czują się jak udzielni władcy.
    Cóż, Matka Teresa była jedna, dobrze, że zostawiła siostry....ale ilu z nas ma szansę trafić na ludzkie miłosierdzie?

    Pozdrawiam cię serdecznie.
    Tyle trudnych chwil życie postawiło przed tobą...aż serce płacze. Bądź dzielna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spes, dziękuję Ci za ten komentarz, bo wynika z niego, że niekoniecznie trzeba być zaburzonym psychicznie by też zostać związanym w pasy. To wszystko bardzo smutne...
      Pięknie ujęłaś to o Matce Teresie i siostrach, które czynią dobro, dziękuję.
      A dzielna bywam, bo muszę grać przed moimi Rodzicami z powodu choroby mojego Taty.

      Usuń
  4. Droga Claro jest mi niezmiernie przykro z powodu tego co przydarzyło się Twojemu synowi. Czytałam powyższy wpis płacząc. Jesteś wspaniałą Matką, bo cały czas byłaś. I On o tym wiedział. Wielkim darem jest mieć za Matkę człowieka takiego jak Ty. Pomodlę się za Ciebie i Twojego Syna. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Cię serdecznie, dziękuję za te ciepłe słowa, ale mam nadzieję, że może dopiero teraz mój syn widzi i czuje jak bardzo za nim tęsknię i od zawsze kocham.
      Piszę o tym dlatego, ponieważ nie zawsze tak było. To choroba zmieniła go, przestał mi ufać, był drażliwy i podejrzliwy w stosunku do mnie. W tej chorobie tak jest, ze często dziecko oskarża rodzica, że przez niego zachorowało. Ja też wielokrotnie słyszałam takie przykre słowa, bardzo bolało. Dopiero przed samym końcem stał się czuły, troskliwy i opiekuńczy do nas. Tak bardzo chciałabym, żeby poczuł tę naszą miłość, a może moje naiwne pragnienie ma szansę się spełnić...
      Dziękuję za wspomnienie o nas w modlitwie.

      Usuń
  5. Popłakałam się, czytając ten wpis. Nie wiem nawet co w takiej sytuacji powiedzieć. Tak strasznie mi przykro... Jakkolwiek by jednak nie było, to nie my powinniśmy się zastanawiać i oceniać - oceniać będą tam, u góry.
    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Anito, u mnie późny wieczór, gdy robię ten wpis. Dziękuję Ci za te ciepłe i pełne współczucia słowa. Wiem, żę nie powinniśmy oceniać czynów innych ludzi, ale czasami tak trudno się powstrzymać...

      Usuń
  6. Claro,
    twoj wpis jest przerazajacy! kiedy to sie dzialo? Czy nadal to tak wyglada? Dlaczego robi sie takie rzeczy w asyscie gapiow?? Gdzie prawo kazdego czlowieka do intymnosci? Nie wnikam (bo nie mam takiej wiedzy), czy Twoj syn byl potrzebnie wiazany pasami i czy byla koniecznosc asysty ochroniarzy - moze tak, moze nie, ale skad ci pacjenci???? Po co? Przeciez to daje sie zalatwic bez gapiow. Pamietam jak moja corka zmagala sie z bialaczka. Przelezala na oddzialach hematologicznych w roznych szpitalach wiele miesiecy. W tym czasie umieralo wiele dzieci. Bylo jednak wiadomo, ze NIGDY nie wolno bylo byc na korytarzu ani w sali, skad zabierano zwloki ! NIGDY i NIKT nie mial prawa przebywac w chwili wynoszenia ciala na korytarzu. Wszyscy - rodzice i dzieci byli proszeni o powrot do swoich sal i niewychodzenie poki personel nie pozwolil na wyjscie. Chodzilo oczywiscie o to, aby nie przerazic dzieci, w tym przypadku chodziloby o poszanowanie praw pacjenta, ktory znajduje sie w sytuacji upokarzajacej. WJszystko zalezy od organizacji pracy oddzialu. No a smiejacy sie ochroniarze w takiej sytuacji to juz prawdziwy skandal i kwalifikuje sie to do nagany i pouczenia. Wiem, ze byals udreczona i bardzo , bardzo nieszczesliwa - szkoda jednak , ze nie znalazl sie nikt, kto w Twoim imiieniu poszedlby gdzies na skarge. To powinno byc ukrocone! Mam nadzieje, ze obecnie nie docchodzi juz do takich scen na oddzialach szpitalnych - mamy XXI wiek. A moze ja jestem naiwna?...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj labor, tak się składa, że ten przerażający incydent miał miejsce w 2006r w jednym z dużych miast.
      Odpowiadam Ci na pytanie, że niestety do tej pory wszystkie szpitale praktykują tego typu "procedury". Przywożeni z interwencji przez policję alkoholicy, agresywni w swoim zachowaniu na dzień dobry są wiązani w pasy dopóki nie wytrzeźwieją i nie uspokoją się. Na tamten moment, mój syn nie musiał być wiązany w pasy, wystarczyło podać jakiś zastrzyk uspokajający. Kolejna odpowiedź - skąd ci gapie? To byli pacjenci oddziału psychiatrycznego i nerwic. Nie było izolacji przeprowadzonej przez lekarza czy pielęgniarkę. Tak to godzi w szacunek dla drugiego człowieka! A ci okrutni ochroniarze mieli super ubaw! Do tej pory pamiętam ich szydercze uśmiechy! Wiesz byłam sama i nie mogłam liczyć na pomoc kogokolwiek, niestety!
      Bardzo współczuję Ci z powodu tej traumy związanej z chorobą córki. Jak sama piszesz, tam godność człowieka była wartością nadrzędną.
      Pozdrawiam Cię serdecznie i dziękuję za Twój komentarz.

      Usuń
  7. Dobry wieczór... Spędziłam dziś kilka godzin, czytając historię choroby Twojego Syna, Twego godzenia się z tym, co każdemu człowiekowi przychodzi najtrudniej - z przedwczesną śmiercią. To kilkanaście pięknych, pełnych prawdy - nie zawsze krzepiącej - ale przede wszystkim wspaniałe strony o Miłości - a Miłość przecież nie istnieje ani bez Wiary, ani bez Nadziei. Claro, to wszystko wyczytałam w twoich wpisach,dziękuję..

    Chcę dodać, że 24 października minęła już 19 rocznica śmierci mojego synka, miałby dziś prawie 22 lata i może od niedawna dopiero nie żyję przytłoczona tym, że dany był mi na tak krótko. Trochę, naprawdę trochę rozumiem Twój ból.

    Natomiast co do osób chorych psychicznie - marzę o tym, by w naszym kraju zaczęto podchodzić do tego tematu nie w sposób "średniowieczny". Jesteśmy podobno narodem ludzi wykształconych, wiedza powinna wykluczać lęk. Ty, Twoim blogiem, dokładasz się do tego, by spojrzeć na schizofrenię godnie...

    Dużo dobrego, Claro - Tobie i Twoim bliskim



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Karmelku, dziękuję, że zatrzymałaś się przy moim blogu i poświęciłaś trochę czasu :) Z moim synem łączyła mnie ogromna więź. Cieszę się, że między wierszami z tych moich wypocin można wycztać coś, co jest dla mnie ważne, aby pokazać chorobę i spustoszenie jakie wyrządziła mojemu synu i nam wszystkim.

      Bardzo, ale to bardzo współczuję Ci tego co stało się z Twoim Synkiem. Ważne jest i to, że mimo iż minęło tyle czasu, wreszcie możesz spokojniej żyć, to trudne, ale dałaś radę!

      Dla mnie Twoje ostatnie zdanie odnośnie mojego bloga jest Laurką. Pozwól, że ja zinterpretuję je z wiekszą pokorą, iż swoim blogiem PRÓBUJĘ przyczynić się, by spojrzeć godnie na człowieka chorego na schizofrenię i inne zaburzenia osobowości.
      Jeszcze raz ciepło pochylam sie nad Twoim komentarzem :)

      Usuń
  8. Czytuję czasem Twoje wpisy. Rozumiem Twój żal-mieć dziecko z chorobą, zwłaszcza psychiczną to straszne... Napatrzyłaś się... Wyczuwam Twój żal-dlaczego to tak, dlaczego mój syn, czy nie było innego sposobu, czy wszystko zrobiono... Pretensje do losu. Rozumiem. A tak naprawdę to los winien. Nie da nic szukanie winnych-kogo? może lekarze źle leczą? Jest winien! Lekarze! Nie-to Twój syn był chory. To choroba winna. Nikt złośliwie nie wiązał go w pasy, widocznie było to konieczne. Oczywiście że dla dobra innych-przecież inni to też pacjenci i personel szpitala-ludzie, którym trzeba zapewnić bezpieczeństwo i spokój. Scena którą opisałaś jest przerażająca-ci gapie, ochroniarze, śmiechy, rozumiem Twój ból. Tak nie powinno być i należało złożyć skargę do dyrekcji oficjalnie-również dla innych i dla Twojego
    syna. Żeby kolejne takie epizody odbywały się w warunkach imtymnych. To się należy każdemu pacjentowi. Rozumiem Twój ból i rozgoryczenie. Schizofrenia to cieżka choroba, ale na oddziale jest wielu chorych, nie tylko Twój syn. A chorzy są leczeni wg wiedzy aktualnej i procedur. I nie wszystkim się uda pomóc. Niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za Twój komentarz, bo on umożliwi mi dodanie jeszcze paru kwestii do mojego ostatniego wpisu. Wiesz, ja należę do takiej grupy ludzi, którym cieżko jest w miarę szybko zaakceptować pewne zdarzenia, szczególnie śmierć mojego syna i męża. Bardzo długo trwało zanim dotarło do mnie, że to wiązanie w pasy bywa po prostu konieczne, tak jak piszesz, dla bepieczeństwa wszystkich na oddziale! Mnie bolała i boli forma z jaką to zrobili (gapie, śmiechy ochrony itd.) Wtedy wydawało mi się, że mój syn został bardzo upokorzony tym wiązaniem w pasy! Musiało minąć parę lat, aby pójść ze znajomą do jej syna na oddział psychiatryczny. Tam dowiedziałam się, że parę godzin wcześniej, policja przywiozła młodego meżczyznę, który będąc w upojeniu alkoholowym rzucał się na policjantów i personel. Nie było dla niego innego wyjścia, jak właśnie zapięcie go w pasy, tyle tylko, że pacjenci zostali wyproszeni z sali, pozostał jeden polcjant i pielęgniarki. Nie było przedstawienia, a niedoszli gapie, tylko dopowiadali sobie kawałki historii. Upłynęły lata, żebym mogła pogodzić się z tym, że czasami i te pasy bywają koniecznością. Szkoda tylko, że czasami nie pamięta się o godności człowieka i sposobie w jaki się to robi!

      Usuń
    2. Claro, tutaj w Australii zabronione jest uzywanie pasow, jest dodatkowy pokoj dla chorego w trudniejszym stanie, wiecej pielegniarzy, sa straznicy bezpieczenstwa, nigdy nie upokaza sie chorego, zapinanie w pasy to musi byc koszmar dla chorego mentalnie,przeciez ich leki sa nie dowyobrazenia nawet bez pasow.

      Usuń
    3. Bardzo dziękuję Ci za te słowa. Niestety, wcześniej nie wiedziałam o tym. Dlaczego w Polsce, nie bierze się przykładu z innych krajów? Taki pokój wyłożony czymś na bazie gumy, aby chory nie zrobiłby sobie krzywdy, walcząc ze swoimi demonami! Czy to choroba psychiczna, czy choroba alkoholowa, nie pozbawia chorego jego człowieczeństwa! Mogę tylko zazdrościć, że żyjesz w takim kraju, gdzie człowiek chory dalej pozostaje człowiekiem!
      Pozdrawiam i dziekuję za Twój komentarz :)

      Usuń
  9. Droga Klaro,
    brak mi słów, nie wiem co powiedzieć,
    współczuję to za mało,
    Wielu z nas dotyka nieszczęście, choroba, śmierć bliskich
    jak sobie z tym radzić???? NIE WIEM
    5 lat temu zachorował na raka mój kochany szwagier, zrobiliśmy wszystko - niestety przegrał, 2 miesiące temu zmarł.
    Również 5 lat temu zachorował na raka mój mąż, walczy dalej, i codziennie proszę Boga by wygrał tę walkę ( jest na dobrej drodze. W styczniu tego roku zachorowała moja mamusia 85 lat (rak) na szczęście przebiega łagodnie, nie zniosłabym patrzenia na cierpienie mojej ukochanej mamusi.
    w maju tego roku przeszłam ja ciezka operację to też jest rak, dołączyłam do grona walczących.

    Co mam robić, jak się pocieszyć???? trudne pytanie
    basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu, przepraszam za zwłokę w odpowiedzi na Twój komentarz. Poruszyłaś bardzo trudne tematy i tak mi przyszło do głowy, że może najważniesze jest, to BYĆ DLA SAMEJ TEJ OSOBY! Dać jej swoj czas i uczucia oraz to zapewnienie bezpieczeństwa, że może na Ciebie liczyć. Podjęcie WALKI o drugiego człowieka, czy też o samego siebie daje nam NADZIEJĘ...

      Basiu, ostatnio źle sie czuję, stąd ta zwłoka w czasie. W minioną sobotę trafiłam do szpitala z ciśnieniem 190/100 i chyba było to ostrzeżenie dla mnie: "DZBAN NOSI WODĘ DOPÓTY, DOPÓKI MU SIĘ UCHO NIE URWIE". Widzisz, coś we mnie tąpnęło, bo ile może człowiek wytrzymać?!

      Przytulam Cię już bożonarodzeniowo z tą odwieczną iskierką nadzei.

      Usuń