środa, 23 maja 2012

Gdybym miała dar prorokowania

Czas w życiu każdego człowieka robi swoje, zaciera kontury wydarzeń. W pamięci, niczym na twardym dysku zostaje zapisane to, co chcemy pamiętać, bądź co wywarło na nas wrażenie, czasami miłe, a momentami na odwrót. Niestety, ale na moim dysku, zapisane są raczej te smutne wydarzenia w związku z chorobą syna. Próbuję przywołać niektóre fakty z pobytu Filipa w szpitalach i na samo wspomnienie ogarnia mnie przygnębienie i żal. Dlaczego? Bo, gdybym miała dar prorokowania i znała wszystkie tajemnice, gdybym wiedziała, że mój syn odejdzie, nie wysyłałabym go do żadnych szpitali, a jeśli już, to nie na tak długo! Dla Filipa i dla nas (Poli, moich rodziców i mnie), to była strata czasu - mogliśmy wykorzystać go inaczej - być razem, cieszyć się każdą, wspólnie spędzoną chwilą. W jego przypadku wielotygodniowe pobyty na oddziałach (najdłuższy około 3 miesięcy), nie przynosiły żadnej poprawy. Jak to możliwe, że nic nie pomagało, a jeśli to w minimalnym stopniu. Czyżby powoli zmierzał do tego, co było mu przeznaczone, gdzieś tam zapisane wysoko w gwiazdach?

Sama byłam świadkiem, gdy pacjenci w ciężkich stanach, trafiali na oddziały psychiatryczne, a później z mozołem, tydzień po tygodniu jakoś z tego wychodzili! Przepraszam, ale nie czytam własnych postów i nie pamiętam, czy wspominałam w którymś z nich, jak to syn mojej znajomej, Paweł, rówieśnik Filipa, trafił w ostrej psychozie do szpitala, nie po raz pierwszy zresztą. Było z nim na tyle źle, że dniami i nocami chodził po korytarzu z medalikiem Matki Boskiej w ustach i książeczką do nabożeństwa w ręku. O czwartej nad ranem budził pacjentów z sali, aby odprawiać mszę św. Ale mijały tygodnie, leki zaczynały działać i chłopak pomalutku wychodził z kryzysu. Jest mi bardzo przykro, gdy czasami widzę Pawła idącego ulicą i mówiącego do siebie. Kiedyś spostrzegłam go w autobusie, siedział zatopiony w swoich myślach, patrzył bezwiednie w okno i coś bełkotał do kogoś, kogo tylko on widział. Zaciekawienie i momentami rozbawienie na twarzach pasażerów w tej sytuacji, to smutny obrazek... Filip, nigdy nie był w tego typu psychozie. On nie miewał okresów lepszego i gorszego samopoczucia, on cały czas od pierwszego epizodu czuł się źle, ale w inny sposób!

Kiedyś przytoczyłam fragment "Hymnu do miłości" św.Pawła. Pozwólcie, że w dzisiejszym poście, powrócę tylko do kilku fraz. Apostoł, zwraca w nim uwagę, że miłość, to pragnienie dobra i szczęścia dla drugiej osoby. To bezinteresowny dar z siebie, ale MIŁOŚĆ każdy z nas pojmuje i okazuje inaczej.

"Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym."

Gdybym miała ów dar prorokowania, nie naraziłabym mojego syna na tułaczkę po szpitalach i męczarnie z tym związane, z gatunku zadawania ciągle tych samych pytań, faszerowania tysiącami tabletek i zastrzyków oraz siedzenia w szpitalnej sali, niczym więziennej celi! Wiem, że te działania miały mu pomóc, ale w jego przypadku, stało się inaczej! Tak objawiałaby się między innymi miłość do mojego syna - nie prosiłabym go, aby poszedł po raz kolejny do szpitala! Moja córka Pola, o czym chyba też już pisałam, powiedziała, że gdyby wiedziała, że Filip umrze, to sama przynosiłaby mu jakieś miękkie narkotyki na uśmierzenie bólu istnienia. Żeby dzięki nim, czuł się lepiej, żeby dzięki nim, choć przez chwilę "odleciał" do lepszego świata, gdzie życie mniej boli!  Wiem, że brzmi to strasznie i niedorzecznie, ale czasami trzeba być z tym drugim człowiekiem na codzień i patrzeć na jego cierpienie, i czuć wszechogaraniającą bezsilność! Chorym w fazie terminalnej też podaje się leki z pogranicza narkotyków (morfina, oxycodone), żeby nie czuli bólu psychofizycznego. Mam na myśli jego cierpienia psychiczne, których doświadczał, a przyjmowane leki nie bardzo pomagały.

Jak teraz z perspektywy czasu, patrzę na to wszystko? Jak dziś bym postąpiła? Jeszcze nie jestem pewna, czy w imię miłości i troski o syna, w tak skrajnej sytuacji, jak choroba na którą cierpiał (schizofrenia), podałabym mu narkotyki, ale wiem na pewno, że nie robiłabym żadnych awantur z tego powodu, gdyby je zażywał. Pewnego razu, jego przyjaciel, przyniósł mu do szpitala amfetaminę! Od razu, po zachowaniu syna zorientowałm się, że coś wziął i zrobiłam mu karczemną awanturę, żądając przeszukania szafki i ubrania. Lekarz zagroził mu oczywiście wyrzuceniem ze szpitala. TERAZ NIE ROBIŁABYM MU PIEKŁA NA ZIEMI, BO ON W TYM PIEKLE I TAK ISTNIAŁ! Czy zdrowy człowiek potrafi zrozumieć chorego? Czy wtedy miałam świadomość, co czuje mój syn, gdy wracał z wędrówki zza światów przez te jego codzienne "schizy", jak sam mówił? Prawie codziennie, z zegarkiem w ręku, około godziny siedemnastej miał te swoje "jazdy", urojenia. Kładł się na kanapie w pokoju, przy zasłoniętych żaluzjach, próbując przespać ten zły czas. Nigdy nie wspominał, co się z nim działo. TRANSCENDENCJA, to słowo z którym ostatnio bardzo się zaprzyjaźniłem, powiedział kiedyś. Wracał z tego półsnu wyczerpany, niczym wędrowiec z dalekiej podróży. Gdzie i wokół czego krążyły wtedy jego myśli? Patrzył czasami na mnie z wyrzutem, mówiąc - jak ty mamo, nic nie rozumiesz! A ja nie potrafiłam tego wszystkiego pojąć, wejść do jego świata. Tam nie miałam wstępu, bo on skutecznie zabraniał mi przekraczania pewnych granic. Nigdy nie chciał, a może nie potrafił, nie umiał powiedzieć mi na czym polegają te jego "chore filmy". Chciał tylko, żebym przy nim była, siedziała, trzymając go za rękę, nie zostawiała samego w domu, nie siedziała do późna w nocy w papierach! A ja? Dwoiłam się i troiłam, żeby temu wszystkiemu sprostać. Musiałam zarabiać na życie, bo przecież byłam sama! DZIŚ, DŁAWI MNIE, TO MOJE POCZUCIE WINY! A TERAZ, TO JUŻ CHYBA ZA PÓŹNO NA NIECNE ŻALE, DAREMNY SZLOCH, WOŁANIE O PRZEBACZENIE?!
                                                                                                                                   
                                                                                                                Clara

15 komentarzy:

  1. Twoja historia jest bardzo wzruszająca. Myślę, że nie da się uciec od "co by było gdyby" albo "gdybym wiedziała", ale chyba trzeba walczyć z takim myśleniem, bo to człowieka niszczy. Wiem, że nawet miękkie narkotyki są bardzo groźne nawet przy takich stosunkowo "lżejszych" schorzeniach jak chociażby choroba maniakalno-depresyjna. Jest absolutny zakaz nawet palenia marihuany... Więc myślę, że przy schizofrenii narkotyki byłyby złudnym środkiem zaradczym.
    Podziwiam Cię za walkę jaką stoczyłaś o swojego syna i uważam, że to dobrze, że o tym piszesz. Mam nadzieję, że może twoje rozważania komuś pomogą, dodadzą odwagi, przyniosą "marne", ale jednak pocieszenie, że "nie tylko ja". Pozdrawiam serdecznie. A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam, zdaję sobie sprawę, że nie ucieknę do końca życia od tego "gdybania". Ważne jest dla mnie, aby w tym stanie permanentnego smutku nie tkwić i umieć z niego wychodzić. To, o czym piszesz, że nieporozumieniem jest podawać komuś narkotyki, to oczywista prawda i zgadzam się z Tobą. Ja miałam na myśli sytuację, tak jak w tytule tego posta "Gdybym miała dar prorokowania" i wiedziała, że mój syn odejdzie z tego świata, to być może nie robiłabym mu awantur, jeśli zobaczyłabym, iż brał jakieś narkotyki. One wprowadziłyby jego na chwilę w stan odmiennej świadomości, zmniejszyłyby urojenia (cierpienia) chociaż na moment.
      Mam nadzieję, że to moje pisanie w jakiś sposób komuś pomaga. Jednocześnie ja sama próbuję przyglądać się temu z jakiegoś dystansu. Samych serdeczności dla Ciebie.

      Usuń
  2. Serce mi się kraję, gdy codziennie katujesz się poczuciem winy i pytaniami bez odpowiedzi. Ale wiesz co ja myślę? Tym ciągłym gdybaniem, pytaniami dowodzisz, że walczyłas i zrobiłaś wszystko, co mogłaś. Nie możesz dręczyc siebie, że posyłałaś syna do szpitala albo czy nie dawałaś mu miękkich narkotyków, bo to dla CIebie też była nowa, niewyobrażalna sytuacja i robiłaś co uważałaś za słuszne i chyba co każdy z nas by zrobił, bo każdy gdy jest chory w końcu udaje się do lekarza. Co najważniejsze, Syn Ci ufał i kochał, prosił byś była i trzymała za rękę i z tego obowiązku najważniejszego się wywiązałaś. Byłaś silna i bądź też teraz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Minęło już sporo czasu od tych przykrych wydarzeń i cieszę się, że potrafię momentami zapanować nad smutkiem - OGARNIAM GO, MAM NAD NIM KONTROLĘ, CZY TO SIĘ JEMU (SMUTKOWI) PODOBA, CZY NIE! Jeśli nie nauczyłabym się pewnych technik wychodzenia z takich stanów skończyłabym marnie, a może i tragicznie.
      Właśnie o to chodzi, mój syn ufał mi bezgranicznie, a ja nie zawsze mogłam być na piątkę, momentami bywałam też zmęczonym człowiekiem...Dziękuję, że się odzywasz.

      Usuń
    2. Każdy ma punkt krytyczny, barierę, którą kiedy minie to się załamuję, rozkleja, męczy. Więc Kochana Twoje zmęczenie było i jest w pełni usprawiedliwione, bo ta choroba jakby nie patrzec nie było tylko Jego chorobą, ale też Twoją i Twojej rodziny i jak widzisz właściwie nadal jest...I nie dziękuj, bo wiem sama jak czasami słowa osoby obcej są bardziej potrzebne niż kogoś pozornie będącego "obok"

      Usuń
  3. Mam sasiada młodego człowieka dotknietego tą chorobą ,zaczeło się calkiem niewinnie , przestal wychodzic z domu , rzucil pracę .pewnego dnia spytałam jego mamę czy może mu pomoc poszukać pracy /z zawodu jest stolarzem/dałam jej kontakt do znajomego który obsługiwał wiele firm stolarkich /specjalista od BHP/.Za pare dni znajomy dzwoni i mówi że mlody nie jest zaiteresowany pracą i ze rozmowa byla bardzo dziwna .Przeprosilam za kłopot i podziękowalam za pomoc.Nastepnego dnia przychodzi sąsiadka i zaczyna mi opowiadać że z jej synem dzieje się coś dziwnego, siedzi cała noc przed lodówką w kuchni , caly czas ma zasłonięte okna i nigdzie nie wychodzi, nie chce udać się z nią do lekarza , byla bezradna i nie wiedziała co robić , powiedziałm że jej pomogę i popytam bo mając świadomość tak poważnego problemu trzeba działać szybko ,bo jeśli jest w takim stanie to wszystko może się zdarzyć nawet to najgorsze .W tym czasie mialam dobre kontakty z pomoca spoleczną i poradziłam się co w takiej sytuacji można zrobić aby jak najszybciej uzyskać ubezwlasnowolnienie na leczenie .sasiadka bardzo szybko załatwila dzieki pomocy społecznej sprawę w sądzie i w ciagu dwóchh tygodni chłopak znalazl się w szpitalu , w którym przebywał ponad trzy miesiące .diagnoza była straszna dla rodziców . Dzisiaj często widuję młodego , stan jego jest stabilny , lecz pracować nie może .Zdaję sobie sprawę iż rózne są odmiany tej choroby , przykro jest czytać iż straciłaś swojego syna , lecz nie możesz siebie winić ,za taki stan rzeczy , zrobiłaś wszystko co mogłaś .wierzę iż jego odejście uwolniło go od strasznych katusz duszy i umysłu ,które byly dla niego nie do zniesienia , on uwolnil się od tych cierpień , lecz ci co zostają na tym padole cierpią i to bardzo .Pamiętaj póki ty żyjesz on również żyje w twoim sercu pozdrowienia Barbara

    OdpowiedzUsuń
  4. Barbaro, dziękuję, że opisałaś tę sytuację. W całej tej smutnej sprawie, należy się cieszyć, że pomoc nadeszła tak szybko. TY, POMOGŁAŚ I TO BARDZO! Faktycznie wskazałaś kierunek, uruchomiłaś "łańcuszek pomocy", aby chłopak był pod opieką lekarską, brał leki itd. Zobacz, ile ludzi przeszłoby koło tego obojętnie?!
    Mam tylko nadzieję, że mój syn już nie cierpi, a my?

    "Wielkieś mi uczynił pustki w domu moim, synku
    tym zniknieniem swoim!
    Pełno nas, a jakoby nikogo nie było
    Jedną duszyczką tak wiele ubyło.
    Teraz wszytko umilkło, szczere pustki w domu...
    Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje
    A serce swej pociechy darmo upatruje."

    Nigdy nie przypuszczałabym, że recytując przed laty "Treny" Kochanowskiego na akademii szkolnej, poniekąd przypomnę sobie o nich po takim czasie, ale w tak osobisty sposób.

    OdpowiedzUsuń
  5. „Matka, to najpiękniejsze słowo świata”. Czytając Pani blog zastanawiam się, jaki główny temat pani opisała. Opisuje Pani chorobę i śmierc syna oraz Pani rozpacz po utracie dziecka. Ja jednak dopatrzyłam się czegoś więcej. Pani ogromna, bezwarunkowa, matczyna miłośc, połączona z walką o swoje dziecko. To jest piękne. Wiem, że to są tylko słowa i nawet czas nie rozmyje rysów dziecka i miłości do niego, ale życzę serdecznie, aby odzyskała Pani w sobie spokój. Jednocześnie, tak jak mądrze Pani syna kochała i pomagała mu w cierpieniu, tak proszę mądrze dalej życ.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam Panią niezwykle ciepło, dziękując przy okazji za tak miły komentarz. Zawsze wzruszam się, ilekroć słucham utworu, prawdziwego hymnu o matce, w wykonaniu Violetty Villas.
    Odnośnie mojego bloga, czasami faktycznie boję się, że ktoś zarzuci mi, iż rozmywam się tematycznie, nie trzymam się osi wokół której wszystkie posty powinny się "kręcić". Pierwotnie takie było moje zamierzenie, ale życie trochę weryfikuje tematy np. do postu, któremu nadałam tytuł - "Szpitale, niczym ogniwa łańcucha" zabieram się już czwarty tydzień! Zawsze pojawia się coś nowego, czego nie mogę pominąć.
    Jeżeli na tym blogu dopatrzyła się Pani, jak sama pisze, mojej bezwarunkowej miłości do syna, to jest dla mnie WIELKIE POCIESZENIE. KOCHAŁAM MOJEGO SYNA, MIMO WSZYSTKO ZA TO, ŻE PO PROSTU URODZIŁ SIĘ, ŻE BYŁ MI DANY. Do takich stwierdzeń, tak przecież oczywistych i prostych
    dochodzę bardzo mozolnie. Ostatnio już nie wykrzykuję do Pana Boga, dlaczego mi Go zabrał, tylko PRÓBUJĘ DZIĘKOWAĆ, ŻE MI GO W OGÓLE DAŁ...
    Tak, bardzo potrzebuję spokoju w swoim życiu. Nie wiem, czy swojego syna kochałam mądrze (starałam się), bo kochać i żyć mądrze, to wielka sztuka.
    Dużo dobrego dla Pani.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie może Pani watpic w swoją mądrą miłośc do dziecka a tym bardziej doszukiwac się jakiejkolwiek swojej winy. Mądra miłośc do dziecka, to nie służalczośc a bezwzględna akceptacja dziecka.
    Choroba nie jest karą ani winą za grzechy i nie ważne, jaka to choroba. Pani była przy dziecku do końca, Pani go wspierała. Pięknie Pani, to ujęła „kochałam za to, że się urodził, że był mi dany”. I to jest właśnie satysfakcja z macierzyństwa, która nigdy w matce nie wygaśnie. Dlatego napisałam o Pani mądrej miłości. Proszę pisac dalej, proszę nawet krzyczec przy pisaniu. To sprawi ulgę. W taki sposób uporządkuje Pani swoje emocje, wyrzuci z siebie ten cały żal, ból i ciągłe pytania – dlaczego? Dlaczego właśnie to moje dziecko spotkało? Czasami to pomaga. Nigdy nie wiemy, dlaczego ktoś umiera a ktoś inny żyje. Wiemy tylko, że ci, którzy pozostali przy życiu, muszą wyleczyć swoje traumatyczne rany i żyć dalej. Życzę Pani tego z całego serca a sobie życzę, aby moje słowa choc trochę ukoiły Pani myśli i serce
    Pozdrawiam serdecznie
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  8. Pani Ewo, to Pani słowa niosą ulgę, wsiąkają we mnie, niczym krople rosy w rozgrzaną o poranku ziemię. Czasami chcę wykrzyczeć swoje emocje w tym "wirtualnym pamiętniku", ale obawiam się, że na "kartach" tego bloga za dużo będzie smutku. Wiem też, że należy przyglądać się swoim uczuciom, aby żyć dalej, aby to życie mniej bolało.
    Dziękuję za wsparcie i obiecuję, że jeśli będę czuła potrzebę, wyrzucę z siebie też i te złe emocje. Dziękuję, że poświęciła Pani swój czas zaglądając do mnie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Witam!
    Proszę nie odbierac moich słów, jako wymądrzanie się, bo daleka jestem od tego. Napisała Pani „że jeśli będę czuła potrzebę, wyrzucę z siebie też i te złe emocje”. Ależ ta potrzeba już jest - to córka. To dla niej niech Pani zrobi ten krok jak najprędzej. Stosunek do zmarłego syna ewoluuje, ale zajmuje on nadal szczególne miejsce w sercu i w pamięci nie tylko Pani, ale również w Pani córce. Każdy ma subiektywne odczucia, ale zastanawiam się, czy przystosowanie córki do śmierci ojca, potem brata nie jest uwarunkowane Pani niegasnącą żałobą?. Czy córka może całkiem spokojnie skupic się na własnych sprawach widząc rozpacz matki?. Śmierc najbliższych była również dla niej bolesnym wydarzeniem a teraz boleśnie przeżywa Pani rozpacz. Może chciałaby zacząc od nowa codzienną aktywność, ale boi się, że Pani odbierze to, jako zabijanie pamięci brata. Każdy człowiek inaczej przeżywa takie doświadczenia. Każdy odbiera te sytuację indywidualnie, jednak to nie znaczy, że córka nie kocha Pani, czy zapomina brata. Na pewno jest inaczej – nie znam bieżących relacji z córką, ale proszę nie oszczędzajcie teraz sobie wzajemnej miłości w codziennym życiu a nie tylko przez pryzmat Pani syna a jej brata. Tylko tak zabliźnią się rany.
    „Można odejść na zawsze, by stale być blisko”
    ks. Jan Twardowski

    Z pozdrowieniami
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Pani Ewo i przepraszam za zwłokę w odpowiedzi na Pani komentarz. Chcę jednocześnie podziękować za ten piękny cytat. Może zacznę od tego, że ja z Polą nie rozmawiam już tak często jak dawniej na temat Filipa. Właśnie podyktowane jest to kilkoma względami, może najważniejszy to taki, iż Pola od kilku lat mieszka zagranicą. Dzwonimy do siebie bardzo często, ale ja nie chcę celowo rozpoczynać czy kończyć każdej rozmowy wspomnieniem o Filipie. Ona od momentu wyjazdu z domu zapuściła tam korzenie i miała swoje życie. Przyjeżdżała do Polski tylko na wakacje i święta. To ja zostałam sama z Filipem sama i z jego chorobą. Oczywiście Pola doradzała, wspierała, martwiła się, ale była daleko w innym świecie i to ją oszczędziło. To ja zostałam z chorobą syna fizycznie i mentalnie. Na pół roku Pola załatwiła sobie urlop dziekański, żeby być ze mną po śmierci Filipa. Jak wspomniała później, to jej też było potrzebne. To był ten czas opłakiwania Filipa. Teraz tego nie robimy w takiej formie jak wcześniej. Ona ma swoje życie, swoje sprawy, ja staram się być blisko wtedy, gdy mnie potrzebuje. Nie narzucam tematów związanych z synem czy mężem. Czasami czuję potrzebę, aby porozmawiać z Polą o nich, ale wiem, że nie zawsze powinnam, stąd zaczęłam pisać tego bloga, aby spróbować poukładać swoje emocje. Może z boku to tak wygląda, iż jestem w niegasnącej rozpaczy i żałobie, ale proszę mi wierzyć i chyba córka też potwierdziłaby, że wyszłam z tego najgorszego doła. Wspominałam kiedyś, że moja żałoba po Filipie dotyczyła bardziej emocji, a nie ubioru. Nie mogłam nosić czarnego koloru (napisałam o tym w jednym z postów). Kochamy się, tęsknimy za sobą, potrafimy wybierać godzinami buty online. Przepraszam, ale nie chcę, aby zabrzmiało to, jak usprawiedliwianie się z mojej strony - tak pokrótce opisałam nasze relacje.
      A jutro - 2 lipca, ten dzień będzie przełomowy dla Poli. Przed nią najważniejszy egzamin, który zadecyduje, czy jej marzenia poparte morderczymi przygotowaniami przyniosą efekty. Od jutra jej życiowe - zawodowe decyzje będą zależały od tego własnie egzaminu. ONA WIE, ŻE JESTEM BLISKO NIEJ, CHOCIAŻ DALEKO.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  10. Przepraszam, że poruszyłam temat Pani relacji z córką i że mogłam w te relacje na chwilę zwątpic.
    Tak trudno jest komuś doradzic, żeby nie wypaśc na osobę pozbawioną taktu, czy delikatności i do tego nie znając jak jest naprawdę. Poruszyłam ten wątek tylko dlatego, że sama zaczęłam szukac rozwiązania jak Pani choc troszeczkę pomóc, co podpowiedziec, aby znalazła Pani uspokojenie.
    Widzę teraz, że te relacje są wspaniałe. Proszę pogratulowac córci, że tak dzielnie układa sobie życie i proszę dac znac, czy zdała egzamin (w co nie wątpię i trzymam kciuki). Proszę dalej pisac, to daje wielką ulgę a ja będę starała się zaglądac tu jak tylko będę mogła.
    Ma Pani moje wsparcie.
    Ściskam, choc wirtualnie
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  11. Pani Ewo, kolejny raz przeprosiny za zwłokę w odpowiedzi na Pani komentarz.
    Jeszcze raz chcę podkreślić, że dobrze się stało, iż poruszyła Pani kwestię dotyczącą mojej relacji z Polą, bo jak sama Pani przyzna, trochę jest jej (Poli) mało na "kartach" tego bloga.
    Ostatnie dni były koszmarem dla nas obu, o czym spróbuję napisać w nowym poście. Pola zdała egzamin, ale na warunki stricte amerykańskie to jeszcze niewiele znaczy...długa jeszcze i wyboista droga przed nią!
    Proszę zaglądać do mnie i pisać, każde słowo ma swoją wartość.
    Samych serdeczności...

    OdpowiedzUsuń

Drogi Gościu,

Zanim napiszesz choćby jedno słowo, nie krytykuj, nie osądzaj, tak od razu! Znasz raptem mój pseudonim, ale nie znasz mojej historii...