piątek, 2 marca 2012

U bram piekieł stanął...


Witam,

Pod moim ostatnim postem, w ramach odpowiedzi na jeden z komentarzy napisałam, iż celowo opisuję te smutne wydarzenia, które z jednej strony być może powinnam pominąć, ale z drugiej strony są one dla mnie niezwykle ważne, ponieważ dzięki nim powoli odkrywam splot przykrych okoliczności, które w końcu doprowadziły do wybuchu choroby.

Ten wyjazd z kolegami nad morze, który miał rozpocząć tak długo oczekiwane wakacje, niestety był początkiem całej lawiny nieszczęść. Mój syn wraz z innym kolegami został zatrzymany przez policję do wyjaśnienia okoliczności zdarzenia. Oczywiście, nikt nie ma prawa okaleczać, bić czy dopuszczać się jakichś złych czynów względem drugiego człowieka - tak stanowi prawo i nasza moralność. Oczywiście, ani mój syn, ani jego koledzy nie powinni byli dopuścić do tej bójki, nie powinni byli dać się sprowokować temu chłopakowi, a przede wszystkim odpowiedzieć na jego atak! Alkohol dopełnił dzieła i wszyscy wylądowali w areszcie. Ja nie mogłam niczego dowiedzieć się, tak stanowiły przepisy. Adwokat też niewiele na początek mógł i chciał mi powiedzieć. ZROBIONO Z TEGO AFERĘ! TO BYŁ JAKIŚ KOSZMAR! Nieważne było, że to tamten chłopak, jako pierwszy zaatakował Filipa. Istotne było, że został pobity syn ważnej osobistości i tylko to się liczyło. Mój syn, wyjechał sobie na weekend, nazwijmy to, jako zdrowy chłopak, ale już nigdy taki nie powrócił! TAMTEN FILIP WYJECHAŁ, TAMTEGO FILIPA STRACIŁAM BEZPOWROTNIE! DLACZEGO? DLACZEGO, ZNOWU JEMU COŚ SIĘ PRZYTRAFIŁO! Tylko takie myśli kołatały mi po głowie.

Po paru dnich od zatrzymania, dostałam wiadomość od dziewczyny Filipa, że mój syn, będąc w areszcie pociął się, połknął jakiś metalowy przedmiot i został przewieziony do szpitala! ILE RAZY CZŁOWIEKOWI MOŻE WALIĆ SIĘ ŚWIAT? ILE TRZEBA MIEĆ SIŁY, ŻEBY TO WSZYSTKO PRZETRZYMAĆ? Wtedy w nocy, gdy mój syn ciął się, ja nie miałam żadnych złych myśli. Kiedy przewożono go z krwawiącymi ranami na obu przedramionach, kilkaset metrów od naszego domu z aresztu do szpitala, ja spałam, nic nie przeczuwając, a podobno matka potrafi mieć przeczucia! Na drugi dzień, gdy pojechałyśmy z Polą, aby dowiedzieć się, co się stało - pan doktor bardzo obcesowo powiedział mi, żebym to ja zapytała syna, dlaczego się pociął?! Był przy tym tak nieprzyjemny, żeby nie powiedzieć wprost chamski na zasadzie: no, ładnego synalka wychodowała  pani! Niech pani sam zapyta go o szczegóły, to nie nasz problem!

Weszłyśmy z Polą na salę widzeń. Nigdy wcześniej nie miałyśmy styczności z policją, aresztem. TO BYŁ INNY ŚWIAT, widziany w wiadomościach telewizyjnych i na filmach! Po chwili naszym oczom ukazał się obraz tak tragicznie smutny... Do naszego stolika podszedł Filip, ubrany w jakiś zaplamiony krwią szlafrok, wycieńczony z obandażowanymi rękami, blady i tak przeraźliwie smutny. Tylko w tych oczach widziałyśmy jakiś niepokój i rozkojarzenie. Nie mogłyśmy spokojnie z nim rozmawiać. TO NIE BYŁ TEN SAM FILIP! CO SIĘ Z NIM STAŁO? KTO LUB CO ZROBIŁO MU KRZYWDĘ? CHCIAŁAM KRZYCZEĆ, ŻEBY ODDALI MI MOJEGO SYNA! CHCIAŁAM UCIEC Z NIM, UDZIELIĆ MU POMOCY! BYŁ TAM SAM I SAMOTNY! Proszę, oszczędźcie mi komentarzy, że się doigrał, że zasłużył sobie za takie zachowanie. Po kilu chwilach rozmowy wiedziałam, że COŚ SIĘ Z NIM STAŁO! Mówił, że czuje się, jakby był w "Big Brotherze", tak jakby ktoś obserwował go przez kamery. Rozglądał się przy tym z przerażeniem po całej sali. Patrzył na zebranych na sali widzeń i mówił, że oni, ludzie tam zgromadzeni, tak dziwnie patrzą na niego, że on nie może znieść ich spojrzeń, że się ich panicznie boi! TEN LĘK I PRZERAŻENIE WIDZĘ DO DZIŚ W JEGO OCZACH! Na pytanie, dlaczego się pociął, nie umiał dać sensownej odpowiedzi. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, powiedział tylko. Dopiero wtedy, gdy go zobaczyłam, takiego zalęknionego, wystraszonego miałam najgorsze przeczucia i najgorsze myśli. Kto, mój Boże, był wtedy bardziej przerażony? On, który stanął u bramą piekieł, nie wiedząc jeszcze o tym, czy ja mająca już świadomość, że odszedł BEZPOWROTNIE Z MOJEGO ŚWIATA? Po kilkunastu minutach od naszego spotkania zabrali go jak jakiegoś złoczyńcę, wtedy to po raz pierwszy straciłam syna! Czy odezwą się głosy, że straciłam go już wcześniej, nie będąc świadoma tego! Być może... Wlokłyśmy się z Polą zmartwione, przerażone i zapłakane, wiedząc, że znikąd pomocy dla niego i nas samych. Dlaczego, Panie Boże, wtedy po raz pierwszy wymówiłam głośno słowo - SCHIZOFRENIA?
                                                                                                       Clara

8 komentarzy:

  1. Przeraża mnie jak łatwo całe życie może się przewrócić do góry nogami...
    Czytam to, co piszesz i zastanawiam się, czy faktycznie początek schizofrenii ... bierze się "od czegoś"? Powiedziałabym raczej, że wtedy zaczynamy to widzieć... kiedy staje się zupełnie nie do zniesienia.

    Sama nie wiem.

    Czytam Twoje słowa i niemalże czuję to co wtedy czułaś, a nie mogę przestać czytać, bo gdzieś w tym wszystkim odnajduję swoje odczucia.

    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Margerytko, ja nie byłabym skłonna powiedzieć, że początek schizofrenii bierze się "od czegoś". Lekarze do tej pory nie dają jednoznacznej odpowiedzi. Przyczyn może być wiele. Ja chciałam jedynie pokazać, że u mojego syna był splot przykrych okoliczności, które to mogły wywołać tę chorobę. Z pewnością tkwiła w nim w utajeniu, potem nastąpił jej wybuch, który mógł być spowodowany nadmiernym stresem. Być może narkotyki też miały w tym swój udział. Ciężko mi się pisze o tak przykrych sprawach, ale uważam, że muszę tę prawdę wyjawić. Dużo dobrego dla Ciebie.

      Usuń
  2. Droga Claro,
    czytam od jakiegos czasu Twojego bloga. Przerazajace, ile moze niesc ze soba choroba bliskich. Bardzo pieknie piszesz, czytajac czuje twoj zal, smutek i cierpienie. Zal za tym cudownym czasem, kiedy mialas u boku meza i normalna rodzine. Wszystko zmienilo sie wraz z odejsciem meza i choroba syna. Jestem pewna , ze czas zaleczy rany. Ze znajdziesz jeszcze radosc i cel w zyciu. Dobrze , ze masz corke, wierze , ze otaczaja cie madrzy i sprawdzeni przyjaciele. Bardzo dobrze rozumiem Twoj bol, choc nie stracilam dziecka. Ale przezylam tez wiele bardzo trudnych chwil walczac kilkakrotnie z nawrotami choroby nowotworowej u swojej corki. Choroba trwala w sumie 5 lat - tyle zabrala jej z zycia. To mogly byc najcudniejsze jej lata , kiedy z dziecka zaczynala stawac sie nastolatka. Niestety miedzy 10 a 15 rokiem zycia walczyla z nowotworem. Walke wprawdzie wygrala, ale stralcila bardzo wiele. Nigdy juz nie bedzie taka sama. Choroba zostawila slad, trwala zbyt dlugo. Nie chce o tym teraz pisac bo nie o to chodzi. Chce tylko powiedziec, ze bardzo dobrze wczuwam sie w Twoj nastroj, wiem co przezywalas, ile razy czulam sie podobnie.... Moja corka umierala pare razy. Pare razy bylam prawie pewna , ze to koniec. Zaraz po diagnozie, pierwszej nocy w szpitalu , lezac na lezaku obok lozka na ktorym spala, myslalam, ze oto zakonczyl sie pewien etap w naszym zyciu, ktore do tej pory bylo tak szczesliwe i beztroskie. Ile lez wtedy wylalam, wiedzialam, ze staje sie wlasnie cos, od czego nie ma juz odwrotu. Ze jestesmy na poczatku dlugiej, niebezpiecznej drogi i nie mozemy z niej zawrocic, ze nie ma powrotu do przeszlosci, ze teraz juz zawsze bedzie inaczej. Ze zostalo jej cos bezpowrotnie zabrane. Niedlugo minie 5 lat odkad corka zakonczyla leczenie. Ciesze sie ogromnie , ze jest z nami, ze zyje. Jednak czasem odnosze wrazenie , ze jest nikomu niepotrzebna oprocz nas - rodzicow. Jest taka w swoim srodowisku ignorowana. Nierozumiana, obojetna. Bardzo samotna, bo jednak inna...
    Pozdrawiam Cie Claro bardzo serdecznie, zycze spokoju
    richeza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj richezo, przykra, a zarazem wzruszająca jest Twoja historia. Czego mogę Ci życzyć? Siły i wytrwałości na dalsze lata?! Ty już wiesz, że nie możesz się poddać w tej walce o córkę! To daje Ci siły i motywuje. Boli tylko obojętność i ignorancja drugiego człowieka, ale dobrze wiesz, że nie mamy wpływu na zachowanie często kogoś nam bliskiego. Myślę sobie, że Twoja opowieść o walce o dziecko może komuś otworzy oczy i uczyni wrażliwym, czego Ci życzę. Jeśli będziesz miała potrzebę, pisz! To pomoże nie tylko Tobie. Wreszcie samych dobroci dla Ciebie i Córki (masz Ją :))

      Usuń
  3. To straszne jak kilka razy możemy tracić tę samą osobę... czy to śmierć... czy zaufanie... Bywa bardzo ciężko. Wydaje mi się, że w tych trudnych chwilach... zaraz po wylaniu łez (bo i tego potrzebujemy) należy skupić się na tym co mamy dobrego teraz... staram się tak robić... choć często muszę walczyć z "co by było gdyby?".

    Sił Ci życzę i wielu pozytywnych ludzi wokół :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj Mała Mi, właśnie to "gdybanie" włącza się często w najmniej odpowiednim momencie, ale ja też próbuję z tym walczyć. Sama też przyznajesz, że czasami trudno. Pozdrawiam Cię już wiosennie z najlepszymi życzeniami na jutrzejsze kobiece Święto.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mnie też choroba zabrała syna tylko,że tą chorobą jest paranoja.Mój syn też przebywał w areszcie sledczym i to 11 miesięcy , został tam umieszczony za objawy choroby , a badanie psychiatryczne ( na nasze - rodziców żądanie) wykazało cechy psychopatii i histerii !!!!!!!!!!?????????
    no i oczywiście ,że jest poczytalny.Nie przeprowadzono wywiadu z nami siostrą syna zaocznie, ambulatoryjnie skazano go na wiezienie, anas na dramat, który trwa i nie wiadomo czym się skończy. Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego wiąże nam ręce. Syn uważa że jest zdrowy i nie ma mowy o leczeniu, badaniu.Czasem wysadziłaby system prawny naszego państwa w powietrze, on szykuje dramaty jest bezduszny , nie daje możliwości leczenia i pomocy choremu, który nie jest świadom swego stanu.Mam czasem dość tego świata , a muszę być mocna i szukać sposobu by móc przywrócić rzeczywistości mojego inteligentnego,wykształ,conego syna.RATUNKU!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To o czym piszesz jest przerażająco smutne. Nasz system, przepisy i ogrom procedur powodują, że my rodzice mamy związane ręce! Kiedy mój syn był np. w Warszawie na obserwacji, psycholog orzekł, że nic z tego nie wyjdzie, ponieważ on nie chce z nimi współpracować! Ręce mi opadły, gdy te słowa mówili do mnie: lekarz i psycholog, a nie szewc i kowal! Przepraszam za tę ironię, ale jak można oczekiwać tego typu wspłpracy, gdy jest się w stnie ostrej psychozy, zamkniętym na świat i ludzi?!
      Czego Ci życzę - SIŁY DO WALKI O SWOJEGO WSPANIAŁEGO SYNA! MASZ CEL - WALKA DO SKUTKU!
      Pozdrawiam Cię serdecznie.

      Usuń