sobota, 14 stycznia 2012

Jak dalej żyć proszę, Rządu?

Mamy kolejny dzień bałaganu w rządzie dotyczącym służby zdrowia i nie zanosi się w najbliższym czasie na poprawę. Od poniedziałku na przemian po strajku lekarzy, rozpoczyna się strajk aptekarzy i wiadomo, kto na tym cierpi najbardziej - pacjenci. Chciałabym po raz pierwszy w swoim poście, powołać się na dwa komentarze napisane przez matkę (Hanna), której syn chory jest na schizofrenię. Znalazły się one pod postem pt."Sami i samotni". Wiem, że sporo osób pomija komentarze, stąd przytaczam je prawieże w całości, ponieważ osoba, które je napisała jest jeszcze bardziej wiarygodna ode mnie. Na codzień zmaga się z problemami, które nie są obce tysiącom rodzin, których bliscy chorują na zaburzenia psychiczne. Od zawsze były to kłopoty natury finansowej, bo jak wspomniałam w ostatnim poście, renty z tytułu niezdolności do pracy najczęściej są bardzo niskie, gdyż młodzi ludzie, zapadając na chorobę nie mają jeszcze wypracowanych odpowiednich lat pracy.

Przeczytajcie, proszę: "Poruszyłaś bardzo istotny problem samotności chorych na schizofrenię, ale też ich rodzin: matek, żon, dzieci. Ja też przeżyłam długi czas totalnej bezradności, gdy kolejne wizyty u lekarza /oczywiście w gabinecie prywatnym, bo syn stracił uprawnienia do opieki bezpłatnej po długim okresie pozostawania bez pracy/ nie tylko nie przynosiły poprawy, ale nawet nie doprowadziły do postawienia właściwej diagnozy. Pani doktor o dobrym sercu /ordynator szpitala psychiatrycznego/ dawała mi droższe leki ZA DARMO, wyjmując je po prostu z szuflady i wciąż powtarzała, że syna należy za wszelką cenę ubezpieczyć. Tylko, jak to zrobić, gdy kolejki po zamknięciu największego w naszym mieście zakładu pracy liczyły wtedy ok. 300 osób, a syn nie był w stanie nawet wyjść z domu, nie mówiąc o staniu pod zamkniętym urzędem pracy od 3 rano! Dzięki kilku nieprzespanym nocom moim i męża za 3 razem udało się synowi dostać przed oblicze urzędniczki, po czym wyleciał za drzwi z wielkim hukiem, bo jedno z zaświadczeń było niewłaściwie wypełnione przez zakład pracy. Dość powiedzieć, że po miesiącu (!) starań całej rodziny, syn uzyskał upragnione zaświadczenie o zarejestrowaniu, jako bezrobotny bez prawa do zasiłku. Nastąpiło to w samą porę, bo po zmianie lekarza, dostaliśmy skierowanie do szpitala, gdzie po trzymiesięcznym pobycie i wielu przetestowanych lekach /to temat na powieść grozy/ ustalono właściwą kurację. Nigdy w życiu nie zapomnę chwili, gdy stałam w aptece przy kasie i patrzyłam na migające coraz wyższe kwoty, zupełnie dla mnie abstrakcyjne, bo w portfelu miałam nieco ponad 300 zł, drugie tyle na karcie, a w okienku kasowym wyświetliło się coś około 2500! Był to koszt 2-miesięcznej kuracji, którą musiałby ponieść pacjent nie korzystający z refundacji leków. Ja zapłaciłam niecałe 40 zł i wyszłam z apteki na chwiejnych nogach, błogosławiąc dobrą panią doktor, która przy każdej wizycie krzyczała na mnie, że syn jest jeszcze nie ubezpieczony. Ponowne chwile grozy przeżyłam pod koniec roku, gdy okazało się, że nie ma na liście refundacyjnej Abilify, na szczęście po poprawkach lek ten został tam umieszczony, a wiem, że wielu osobom on pomaga. Przepraszam Cię Claro, że na Twoim blogu uprawiam prywatę i rozpisuję się tak drobiazgowo o swoich sprawach, lecz myślę, że może moje przeżycia pozwolą pomóc choć jednej matce, która dzisiaj jest zrozpaczona i nie widzi nadziei na lepsze życie dla swojego dziecka. Wierzcie mi kochane - przeżyłam wszystko, co matka przeżyć może i wciąż przeżywam to na nowo, stąd wiem, że bez naszego wsparcia, opieki, pomocy, naszym dzieciom będzie niewyobrażalnie trudniej. Z tego przekonania ja czerpię siłę do zmagania się z tą straszną chorobą, ale też z własną niemocą, zmęczeniem, depresją. I tego też Wam życzę: siły i wytrwałości, i przekonania, że dla swoich dzieci jesteście opoką."

"Jeszcze raz o finansowej stronie walki o normalne życie... na początek leki: niektóre "dostawałam" za przysłowiową złotówkę, a nawet za darmo - w zależności od apteki; na ogół cena dwumiesięcznej kuracji wynosiła ok. 50 zł /oczywiście przy uwzględnieniu wszelkich możliwych zniżek/. Raz na 2 miesiące wizyta u lekarza - 150 zł /przy czym pierwsza kosztuje 200/, co uwzględniając bardzo korzystną cenę przepisywanych przez niego leków jest wydatkiem jak najbardziej do przyjęcia. Tym bardziej, że pan doktor okazał się skuteczny, jest dostępny ZAWSZE pod telefonem i zawsze można do niego zadzwonić, służy radą i pomocą w staraniach o rentę lub nawet w podjęciu pracy. Minus - mieszka i przyjmuje ponad 300 km od naszego miejsca zamieszkania. Tam też umieścił syna w szpitalu, gdzie jak już pisałam wyżej - w warunkach ambulatoryjnych ustalono właściwą kurację, co trwało prawie 3 miesiące. W tym czasie "pomieszkiwałam" kątem u rodziny, odwiedzałam syna prawie codziennie, wyprowadzając go na spacer jak małe dziecko i modliłam się, aby po kilku dniach lepszego samopoczucia nie nastąpił kolaps, co w tym czasie raczej było normą. W ciągu tych 12 tygodni, syn przytył 30 kg, parę razy zemdlał podczas rozmowy ze mną przy telefonie wiszącym na oddziałowym korytarzu, po niektórych lekach tętno słabło tak, że było prawie niewyczuwalne, ciśnienie spadało do wartości krytycznych, aż trzeba go było reanimować. Dość powiedzieć, że był najdłużej w tym czasie przebywającym pacjentem na oddziale psychiatrycznym Szpitala w Katowicach - Ochojcu. Wymieniam nazwę tego szpitala, bo wierzę głęboko, że to tam uratowano mojego syna, do końca życia będę wdzięczna lekarzom tam pracującym, cudownym ciepłym, przyjaznym pielęgniarkom. Nazwiska lekarza, który bardzo szybko postawił właściwą diagnozę i skierował syna do szpitala, nie podaję publicznie, ale służę tą informacją każdej osobie, która się do mnie zwróci. Wizyta kosztuje 150 zł, nie jest to mało, ale... w naszym nie najmniejszym przecież mieście wojewódzkim wizyty w poradni psychiatrycznej na NFZ są już wyczerpane na kilka miesięcy. W ubiegłym roku o tej porze /połowa stycznia/ NFZ nie podpisał jeszcze umowy z ŻADNYM gabinetem psychiatrycznym, w tym roku nawet nie podejmujemy prób dostania się do nich. I tak - zatoczywszy koło - dochodzę znowu do kwestii społecznych kosztów schizofrenii, w których nasze państwo uczestniczy w sposób zawstydzająco mały, zwalając je na barki rodzin osób chorych, bo przecież żaden chory nie jest w stanie samodzielnie zapewnić sobie minimum GODNEJ egzystencji i skutecznego leczenia. Jeśli człowiek zachorował w wieku 20 paru lat, to przecież jasne jest, że nie ma za sobą wielu lat pracy, nie zawsze też może się uczyć lub studiować /choćby nawet bardzo chciał/. I takiemu człowiekowi państwo rzuca ochłap w postaci renty socjalnej. Ja się zgadzam, że w naszym kraju jest za wielu rencistów, w tym wielu nieuprawnionych, ale przecież od tego są instytucje zasilane z naszych pieniędzy, aby weryfikować wszystkich, którzy się po pomoc zwracają. Renta nie może być wypłacana z łaski - tym którym się należy. Ktoś wyżej napisał, że należałoby nagłośnić temat... To oczywiste - tak samo na uwagę zasługują inni chorzy i odrzuceni, wykluczeni z naszego społeczeństwa z różnych względów, najczęściej od nich niezależnych. Ale nasze "niezależne" przecież media mają zupełnie inną misję do spełnienia i przypadkowe społeczeństwo jest im potrzebne o tyle, o ile zwiększy wyniki sprzedaży i podniesie słupki oglądalności. My - dotknięci schizofrenią - nie obchodzimy nikogo."
                                                                                           
                                                                                                                       Clara

PS.
Mam tylko nadzieję, że tym wpisem nie zrobiłam nadużycia względem Hanny (matki, syna chorujacego na schizofrenię), chciałam jedynie przedstawić kolejny wiarygodny głos w tym temacie.                                  
                                                                                                          

5 komentarzy:

  1. Witaj Claro,
    to co przytoczyłaś powyżej, to tylko wierzchołek góry lodowej przeszkód /zdawałoby się/ nie do przebycia dla naszych bliskich dotkniętych chorobą oraz nas samych - dotkniętych w dwójnasób w naszej bezradności i niemożności ulżenia im w cierpieniu. Wiesz o tym doskonale Ty sama, wiem ja i wiele innych osób. Czasami zastanawiam się, co by się stało, gdybym została z tym problemem sama, bez pomocy najbliższych - męża, rodziców, krewnych... Myślę, że po prostu nie przeżyłabym tego, choć i tak nie raz i nie dwa marzyłam o śmierci. Dlaczego o tym piszę? Czytam bowiem czasami wpisy osób młodych, które czują się tak strasznie samotne, niezrozumiane, kompletnie wyobcowane spośród otoczenia. Nie zamykajmy oczu na ich problemy, nie odwracajmy się od nich, nawet jeśli odpychają nas od siebie. Oni w ten sposób wołają o pomoc - inaczej po prostu nie potrafią. Tak jak autorka "Monologów intymnych" czy Zosia - autorka komentarza pod Twoim poprzednim postem. Oby ta pomoc przyszła zawsze w porę....
    matka syna chorego na schizofrenię hannajp@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj Haniu, mimo późnej pory, piszę do Ciebie w podzięce za to, że nie gniewasz się na mnie, iż Twoje komentarze stały się główną treścią mojego posta. Mam tylko nadzieję, że rozumiesz moje intencje, aby przybliżyć niejako przez Ciebie problemy, które opisujesz, a nie są one obce tysiącom innych osób. Haniu, czytam bardzo uważnie Twój wpis i nagle uświadomiłam sobie, że nie ma mojego syna, jego choroby, a pozostały... EMOCJE! DOŚWIADCZAM TERAZ UCZUCIA ZAZDROŚCI, że Ty masz wokół siebie tyle bliskich Ci osób - jakie to WAŻNE! Ja byłam sama w walce o mojego syna, tak mi się wówczas wydawało. Pola, w tym czasie była już za granicą. Dzieliłam się z nią problemami przez telefon. Moi rodzice, starsze osoby, nigdy wcześniej nie miały kontaktu z tego typu chorobami. Rodzinę najbliższą za bardzo nie wtajemniczałam w moje sprawy, a i oni jakoś sami nie przejawiali chęci pomocy, stąd zamknęłam się na nich. Haniu, czyli masz podporę i czerp z tego, to daje Ci siłę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Pozdrawiam.Bardzo się bałam o cenę moich leków.Lekarze strajkują, aptekarze też a u mnie w portfelu pustki.Na szczęście moja doktor wypisała mi receptę z datą grudniową i nie przybiła żadnej zwariowanej pieczątki.W aptece zapłaciłam 60zł i odetchnęłam z ulgą.Strach ma wielkie oczy- a ja naprawdę byłam przerażona.Dziękuje Claro za słowa pocieszenia. NIGRA

    OdpowiedzUsuń
  4. Nigro, dobrze, że chociaż i tym razem Ci się udało. Ważne, żeby na przyszłość sytuacja była w miarę stabilna dla Ciebie i wszystkich potrzebujących. Trzymaj się :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj:)
    Na jakiś czas blokuję dostęp do bloga wszystkim, ograniczając go dla kilku osób. Zmieniam też avatara i nazwę. Gdybyś chciała zajrzeć do mnie, napisz: jenny_green@amorki.pl
    Mika (dawna Margerytka)

    OdpowiedzUsuń

Drogi Gościu,

Zanim napiszesz choćby jedno słowo, nie krytykuj, nie osądzaj, tak od razu! Znasz raptem mój pseudonim, ale nie znasz mojej historii...