czwartek, 14 czerwca 2012

Dobro przyjęliśmy, czemu zła przyjąć nie możemy?


https://www.vismaya-maitreya.pl
"Nagi wyszedłem z łona matki 
i nagi tam powrócę. 
Dał Pan i zabrał Pan.
Niech będzie Imię Pańskie błogosławione
[Hi 1, 21]



W ubiegłym tygodniu miałam okazję spotkać się z polskim księdzem, który pracuje w kościele St.Mary w East Islip. To, co usłyszałam, nie przyniosło mi większej ulgi ani pocieszenia, wręcz przeciwnie. Wyszłam z burzą myśli i jakimś wewnętrznym niepokojem. Rozmawialiśmy między innymi o "Księdze Hioba". Powiedziałam, że chwilami czuję się, jak Hiob z kart "Starego Testamentu". Uważam, iż nie ma w tym nic złego, że próbujemy znajdować podobieństwa do różnych przekazów biblijnych. Czy popełniam bluźnierstwo względem Boga, gdy czasami porównuję swoje życie do Hioba?! Wydaje mi się, że jestem przedstawicielką, żeby nie powiedzieć patetycznie, symbolem niezawinionego cierpienia, bo przecież nie byłam i chyba nie jestem totalnie złym człowiekiem. Uważam, że byłam dobrą matką i żoną. To dla mnie samej, nie zawsze starczało czasu. Z dzisiejszej perspektywy, wiem, że popełniłam błąd zapominając o sobie w myśl zasady - wszyscy byli ważni, tylko nie ja! Ogarnia mnie smutek, gdy robię retrospekcję wydarzeń z własnego życia. Dbałam o wszystkich, tylko nie o siebie, niestety! Wielokrotnie musiałam tak postępować i nie mogłam wówczas odpuścić.

Przypatrując się postaci Hioba - był on wiernym i sprawiedliwym czcicielem Boga i chociaż został skazany na ciężką próbę (utracił majątek, dzieci i zachorował na trąd), nie stracił wiary w Bożą sprawiedliwość. Moja wiara też była wielokrotnie wystawiana na próbę. Często odgrażałam się Panu Bogu, że nie zasłużyłam sobie na taki los, że nie zrobiłam w życiu nic złego, aby tak mnie boleśnie doświadczał, więc dlaczego?! A może po prostu dalej użalam się nad sobą, tracąc resztki energii?! W "Księdze Hioba" napisane jest: "On zrani, On także uleczy, skaleczy i ręką swą własną uzdrowi", żeby tak mówić, trzeba być człowiekiem wielkiej wiary. To także słowa Hioba "człowiek swej drogi jest nieświadomy, Bóg sam ją przed nim zamyka" - oprócz wiary, wielka mądrość życiowa przez niego przemawia. Przyjaciele Hioba przy spotykających go nieszczęściach radzili mu, aby uznał swoją winę. Sądzili, że tragedie, które dotknęły go są karą za grzechy, bo jakże by inaczej? Hiob przekonany był jednak o swojej prawości i bronił jej odważnie, ale wierzył też w istnienie Sprawiedliwego. Dyskutował z nim, pytał dlaczego te dramaty spotkały właśnie jego, lamentował nad sensem swojego życia, ale pozostał wierny Bogu. Ktoś napisał, że "Hiob jest przykładem archetypu człowieka, ciężko doświadczonego przez los, że dramat Hioba polega na napięciu, którego nie można pokonać, bo z jednej strony przekonanie o własnej prawości, a z drugiej świadomość, że to Bóg sprawiedliwy go doświadcza".

Odkąd pamiętam, ja też byłam blisko religii, kościoła, ale z daleka od codziennej obecności w kościele. Nie potrzebowałam, aż tak bliskiego kontaktu z Bogiem. Dbałam o wychowanie religijne i sakramenty swoich dzieci, od chrztu począwszy na bierzmowaniu skończywszy. Starałam się chodzić z nimi do kościoła, ale bynajmniej nie był to przymus z mojej strony, na zasadzie NIEDZIELA - MUSIMY PÓJŚĆ DO KOŚCIOŁA! Chcę jedynie zasugerować, że bardzo łatwo i prosto jest, bez większych wyrzeczeń, dziękować Bogu za wszelkie łaski, gdy w naszym domu nie dzieje się nic złego, gdy omijają nas burze i kataklizmy. Gorzej, gdy doświadczamy cierpienia, choroby i trudności dnia codziennego. Cóż wtedy mówimy - Panie Boże, dziękuję Ci za wszelkie doznane krzywdy, za krzyż, który nakładasz na moje ramiona, czy jesteśmy raczej pełni żalu i smutku i odwracamy się od Niego? Jeżeli większość z nas, opowiada się za przylgnięciem do Pana Boga, bo przecież wierzymy, bez szemrania i godzenie się z Jego wolą, to przykro mi, ale ja nie wyszłam ze swoich prób zwycięsko! Kościół naucza, że Bóg oczekuje od nas patrzenia na wszystkie przeżywane sytuacje, zwłaszcza trudne, oczami wiary. Ja jednak nie potrafię, nie umiem powiedzieć za Hiobem - "Szczęśliwy ten, kogo Bóg karci, więc nie odrzucaj nagan, Wszechmocnego".

Cierpienie jest ciężką próbą w życiu każdego człowieka. Bóg poddaje nas, aby sprawdzić do jakiego stopnia Mu ufamy, czy poddajemy się Jego woli, czy też buntujemy się przeciwko Niemu. Hiob przyjął z pokorą cierpienie, jakie Bóg na niego zesłał. Do końca zaufał swojemu Stwórcy, mimo że ból rozrywał mu serce, nie przestał Go wielbić. Nie miał zamiaru walczyć z Bogiem i przeklinać Go za nieszczęścia, jakie zesłał na niego i jego rodzinę. Postawa Hioba "pokazuje, iż cierpienie nie zawsze jest karą za nasze grzechy, ale próbą, jakiej poddaje nas Bóg. Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy"? - mówił Hiob.

Może spotkanie z księdzem i książka, którą dostałam do poczytania, miały wlać w moje serce więcej pokory i wiary? Ów ksiądz zadał mi pytanie: jeśli nie doświadczyłabym tego, czego doświadczyłam, czy byłabym tak blisko Boga, jak jestem teraz? Chociaż ja, wcale nie uważam, że jestem tak blisko Niego. Jeszcze stoję na uboczu, jeszcze się przyglądam pełna nieufności, mimo że dalej proszę. O tym, czy moja wiara pogłębi się kiedyś, aż do całkowitego przylgnięcia do Boga (nie wiem, czy takie całkowite zjednoczenie w ogóle jest możliwe!), będzie decydowało pragnienie pełnienia we wszystkim Jego woli i związana z tym zgoda, aby swoją wolę poddać Jego woli, ponieważ człowiek, w tym i ja, żyje w ciągłym napięciu między wolą Boga a wolą swoją.